Księga pierwsza proroka Andrzeja

Tomasz Cyz
#

Tekst pochodzi ze styczniowego numeru "Ruchu Muzycznego" (1/2015)

Ta książka jest niczym biblia. Dla najmłodszych, młodych, nieco starszych, starszych i najstarszych. Dla wszystkich. Muzyków, muzykologów, teoretyków; kompozytorów, wykonawców; melomanów. Dla znawców i laików. Dla wierzących. Ta książka musiała się ukazać. Chociaż... Powinna ukazać się za życia autora. Ale autor - Autor! - nie dbał o siebie (kiedy umierał, nie miał żadnej książki na koncie). Dbał o muzykę, o utwory, o młodych (duchem, nie zawsze ciałem) kompozytorów. O tych, którzy nutami i partyturami chcieli zmienić świat.

Andrzej Chłopecki (1950-2012). W pośmiertnym wspomnieniu w „Gazecie Wyborczej” pisałem: „Charakterystyczna sylwetka. Ciemne dłuższe włosy, broda, szara marynarka (w innych sytuacjach także w odcieniu musztardy), ciemny golf i spodnie. I papieros. Kolejny. I to potrząsanie głową, znamionujące nie tyle niezgodę ze słowami rozmówcy, ile poszukiwanie własnych myśli, skupienie, kontrę. Wtedy zwykł odchylać głowę lekko w tył, robić duże oczy, które z jednej strony przeszywały, z drugiej była w nich słodka mgła ironii, przymrużenie oka świadczące o sporej dawce poczucia humoru”.

Był wieloletnim autorem audycji muzycznych w radiowej „Dwójce”; sprawozdawcą koncertowym, komentatorem, recenzentem (w Polskim Radiu pracował od 1975 roku do 13 grudnia 1981, potem od 1991 roku do śmierci). Te audycje nadawał najczęściej w nocy, bo noc była jego czasem. I najczęściej o muzyce współczesnej. Na tych audycjach wychowywały się całe pokolenia słuchaczy, melomanów. Bo Chłopecki nie tylko prezentował muzykę, ale potrafił w charakterystycznej logorei oddać jej istotę.

Świetnie pisał. Ta książka jest tego dowodem. Znalazły się w niej - w układzie redaktorów: Joanny Grotkowskiej, Katarzyny Naliwajek-Mazurek i Jana Topolskiego - felietony z cyklu Dziennik ucha (publikowane w „Res Publice Nowej” w latach 1993-1998) oraz z cyklu Słuchane na ostro (publikowane w „Gazecie Wyborczej” w latach 2001-2011). Prawie wszystkie: dwadzieścia cztery z trzydziestu jeden z „RPN” (w tym jeden niepublikowany) i sto pięćdziesiąt pięć ze stu dziewięćdziesięciu pięciu z „GW”. Morze tematów. Grad haseł i nazwisk.

Spójrzmy tylko na tytuły: Wahadło z Kofflerem („RPN” 1996 nr 6), Kilarów dwóch („GW” 2002 nr 174), Socrealistyczny Penderecki (tamże, 2003 nr 239), Sankt Sofia Gubajdulina (2003 nr 226), Panufnika ucieczka donikąd (2004 nr 244), Boulez, czyli Luwr (2005 nr 54), Nieznośna lekkość Glassa (2005 nr 152), Rok Karola (2006, nr 78 i 90), Chojnacka! (2007 nr 263), Oficer Krauze (2008 nr 28), Schaef-ferissimo (2009 nr 132 i 149), Rok 200 po Ch. (2010 nr 37), Mahler i jego Europa (2010 nr 183), Andrzej Krzanowski - Chopin akordeonu (2010 nr 243). Już one same oddają specyficzny język Chłopeckiego, poczucie humoru, umiejętność łączenia odległych tematów, tworzenia kontekstów, skojarzeń i zderzeń.

Kilka przykładów pokazuje też, że potrafił sięgać po tematy, które nie śniły się (niektórym) muzykologom. Bard („GW” z 17 kwietnia 2004) poświęcony został Jackowi Kaczmarskiemu („Był taki czas w pochopinowskiej epoce, gdy niejaki Stanisław Moniuszko pisał swój Śpiewnik domowy, mając nadzieję, że trafi on pod strzechy. Raczej nie trafił, może fragmentarycznie. Nie pamiętam już, na rynku jakiego miasteczka żebrzący o wsparcie uliczny grajek z gitarą w pierwszej połowie lat 80. śpiewał songi Kaczmarskiego, nie zważając na to, że krąży wokół niego zaambarasowany milicjant. Pamiętam przecież, że dałem monetę”).

W felietonie Popularniejsi od Jezusa („GW” z 18 grudnia 2010) analizował fenomen zespołu The Beatles („Trzy gitary, sekcja rytmiczna i śpiewanie. Ekspansywny wizjoner Lennon, konserwatywny i czarujący aparycją McCartney, introwertyczny i poszukujący Harrison, komiczny Ringo - czterech chłopaków bez solidnego wykształcenia i zanurzenia się w kulturze zespoliło się w całość zjawiska, które coś istotnego tej kulturze podyktowało. Każdy inny, a całość zdumiewająca. Eksperymenty z metodami nagłaśniania, wprowadzenie syntezatorów, ścieżki dźwiękowe z kwartetem smyczkowym i orkiestrą symfoniczną, za sprawą Harrisona wprowadzenie instrumentów hinduskich. To wszystko otworzyło wczesny big-beat i muzykę rockandrollową na rock progresywny i artystyczny”).

Ale jest jeszcze coś: ostrość sądów. I umiejętność ich wyrażania. Starał się nie owijać w bawełnę (choć uwielbiał zawijasy językowe). Dostawało się w jego felietonach innym krytykom: Cichy terror adresowany był do... Daniela Cichego, Teatrolog w operze cierpiący - Piotra Gruszczyńskiego („w operze jest tak, że Kent Nagano ma rację. [...] Jak [kurtyna] w górę poszła, to Nagano w operowym kanale, a nie Warlikowski w którymś z rzędów na sali gryzący palce ze zdenerwowania, a tym bardziej nie Gruszczyński, tamże obmyślający strategie konfrontowania teatru dramatycznego z operową muzyką na użytek przygotowywanego tekstu,ma wpływ na reakcję widzów, słuchaczy i zjadaczy prasowych recenzji”).

Dostawało się i kompozytorom. Najmocniej dostało się raz Krzysztofowi Pendereckiemu - choć może, rykoszetem, największą ofiarą słynnego felietonu Socrealistyczny Penderecki był sam autor. Posłowie Recepcja, proszę! Jana Topolskiego podsumowuje lawinę, którą ten gorący i odważny szkic wywołał.

21 stycznia mija sześćdziesiąta piąta rocznica urodzin Andrzeja Chłopeckiego. Szczególnie wtedy czytajmy Dziennik ucha i Słuchane na ostro. We wspomnieniu o Bohdanie Pocieju pisał: „Nie, nie odszedł jeden z licznych polskich krytyków muzycznych, odeszła wielka postać polskiej humanistyki muzycznej”. Wraz z Andrzejem Chłopeckim skończył się czas, by w wysokonakładowym dzienniku drukować felietony wysokomuzyczne. Nie tylko dlatego bardzo nam Ciebie, Andrzeju, brakuje. Kiedy w ubiegłym roku przez polski świat muzyczny przetaczała się dyskusja nie na temat, czasem myślałem, co byś nam powiedział do słuchu. Na ostro.