Kryminał z historią w tle

Sławomir Buryła
#

Tekst pochodzi ze styczniowego numeru Nowych Książek (1/2015)

Nie lubię kryminałów: ani polskich, ani modnych od jakiegoś czasu skandynawskich. I pewnie już się t nie zmieni.

W swoim życiu przeczytałem nie więcej niż dziesięć tytułów spełniających wymogi tego gatunku. W ostatnim roku były to: Pogrom w przyszły wtorek Marcina Wrońskiego, Martwe popołudnie Mariusza Czubaja. Obydwa to przykłady znakomitego opanowania warsztatu. Trzeba to też powiedzieć o Powrozie Tomasza Białkowskiego.

Tę powieść wypada usytuować w coraz liczniejszej grupie kryminałów sięgających do dwudziestowiecznej historii Polski. Ich autorzy często umieszczają akcję w realiach międzywojnia, czasach okupacji lub w pierwszych latach powojennych. Czynią tak Wroński i Czubaj. Czyni tak również Białkowski. U Czubaja i Białkowskiego dodatkowo wydarzenia z przeszłości rzutują na przyszłość.

Nie będę zdradzał perypetii Powrozu. Byłoby to przecież wbrew prawom gatunku. Streszczanie fabuły, rozwiązanie zagadki oznaczałoby odebranie przyjemności lektury. Dość stwierdzić, że utwór dzieje się jakby w dwóch planach. Pierwszy to wydarzenia sprzed siedemdziesięciu lat. Czwórka dzieci jest świadkiem publicznej egzekucji załogi SS z obozu w Stutthofie. Takie publiczne wykonywanie wyroków na hitlerowskich oprawcach nie było zbyt częste w powojennej Polsce m.in. dlatego, że obawiano się reakcji tłumu (warto przywołać przypadek Rudolfa Hössa, komendanta Auschwitz, którego powieszono na terenie Oświęcimia, utrzymując w tajemnicy datę i miejsce). Bodaj największym echem odbiło się publiczne stracenie Arthura Greisera, naczelnika Kraju Warty. Jego śmierć wywołała ekstazę radości wśród zgromadzonych widzów. I podobnie jak przy śmierci katów ze Stutthofa, także przy niej obecne były dzieci. U Białkowskiego pojawia się motyw, który znamy z relacji policyjnych – dzieci będące świadkami wieszania hitlerowców same zaczynają „bawić się w wieszanie”. W Powrozie skutkiem tej zabawy jest śmierć żydowskiego chłopca, któremu udało się uciec przed pogromem w Kielcach. Drugi plan jest współczesny i ukazuje dochodzenie w sprawie zbrodni na sześćdziesięciokilkuletniej kobiecie.

U Białkowskiego, Wrońskiego i Czubaja znajdziemy portret Polski czasu „wielkiej trwogi”, by nawiązać do tytułu ważnej książki Marcina Zaremby. Lata 1944-45 to moment zawieszenia między stanem wojny a pokoju. Jest to okres rzadko ukazywany w literaturze doby PRL. Znamienne, że wracamy do niego dopiero teraz za sprawą publikacji historycznych (Strach, Złote żniwa Jana Tomasza Grossa, Wielka trwoga Zaremby) oraz prozy najnowszej. Działania zbrojne formalnie zakończono w maju 1945 roku, ale rzeczywistość wciąż przepełniała wojenna pożoga. Ludzie nie czuli się wcale bezpieczniej niż za okupacji. Trwała przecież wojna domowa. W małych miejscowościach oraz wsiach grasowały bandy złodziei, rabusiów i kryminalistów. Dominowały niepewność i trwożne pytanie, co będzie dalej. Nikt nie mógł być pewny drugiego człowieka. To chwila moralnej i cywilizacyjnej zapaści.

Taki obraz odbiega od tego, co mogliśmy przez całe dziesięciolecia usłyszeć i przeczytać o latach 1945-49. Przedstawiano je jako okres społecznej jedności, zaangażowania i frontalny początek odbudowy kraju ze zgliszczy. Trudno nie dostrzec energii wielu młodych ludzi z zapałem podnoszących kraj z upadku, wznoszących nowoczesne zakłady przemysłowe. Społeczeństwo jednak było w poważnym stopniu naznaczone świadomością „epoki pieców”. Ten właśnie stan znakomicie oddaje powieść.

Powróz jest dobrze skomponowany, pozbawiony tzw. dłużyzn. Autor operuje krótkim zdaniem. Detektywami, a w każdym razie osobami, które dążą do rozwikłania zagadki, czyni dwie kobiety. To przypadek coraz częstszy w najnowszej historii gatunku, literackiej i filmowej. Iga i Anna okazują się zgranym zespołem śledczym.

Białkowski nie tylko konstruuje ciekawą opowieść kryminalną, ale też stara się wiernie oddać realia społeczne i obyczajowe. Zwłaszcza część pierwsza (Wtedy) wypada przekonująco. Świat powojennej „wielkiej trwogi” przedstawiono niezwykle sugestywnie. Niektóre obrazy budzą grozę: „Kobiety są chore. To efekt przejścia wyzwolicieli. Teraz roznoszą swoje choroby wśród klientów. Miasto toczy syfilis. Na rynku można również znaleźć kogoś, kto pomoże usunąć ślady po żołdakach. Zrobi to w tajemnicy. W szopie, piwnicy wygrzebie z brzucha maleńkie, różowe ciało. Spali je w piecu albo wyrzuci między pokruszone cegły, w rumowisko. Wnet zeżrą je wygłodniałe psy, których watahy krążą w pobliżu”.

Część druga (Teraz) utrzymana jest w innej tonacji. Nie ma już takiego nagromadzenia okrucieństwa. Opowiadając o współczesności, Tomasz Białkowski również stara się uchwycić jej podstawowe wymiary społeczno-obyczajowe. Stąd wyraźnie zarysowany obraz polskiej prowincji naznaczonej nieufnością do obcych, często nietolerancyjnej i wrogiej wobec innych narodowości. Nie sposób pochwalać tego typu uczuć. Trzeba jednak mieć na uwadze, że ta sama prowincja zachowuje wciąż w „kapsule pamięci” wspomnienia okupacyjne, w których Niemcy i Ukraińcy (a niekiedy i Rosjanie) pozostawili po sobie traumatyzujący ślad zbrodni i niewyobrażalnego bestialstwa, jakich dopuścili się wobec ludności cywilnej. Niepojęty i trudny dziś do zrozumienia fenomen publicznych egzekucji, zainteresowanie, jakie wzbudzały wśród lokalnej społeczności, nie brał się znikąd.