Trudno nie mówić o wizjonerstwie

#

Tekst pochodzi ze styczniowego numeru "Teatru" (1/2015)

O nowym przekładzie Tragedii człowieka Imre Madácha z Bohdanem Zadurą rozmawia Csilla Gizińska.

CSILLA GIZIŃSKA Jaki był początek Pana drogi do literatury węgierskiej?

BOHDAN ZADURA Wszystko zaczęło się od piłki nożnej, od węgierskiej złotej drużyny. Jako dziecko na pamięć znałem nazwiska całej jedenastki, od Grosicsa po Puskása. Pamiętam, jak z Debreczyna przyjechała drużyna piłkarska, i to z niskiej ligi, może czwartej czy trzeciej, i grała z puławską Wisłą. Pamiętam jak dziś, że Węgrzy grali w żółtych strojach, żółte koszulki mieli jak Brazylijczycy niemal. I oczywiście wygrali 4:0 czy 5:0. Kontakt nawet z taką nie najwyższego lotu węgierską piłką to było dla chłopca coś absolutnie niebywałego. Pamiętam też transmisję radiową finału mistrzostw świata ze Szwajcarii w 1954 roku, kiedy zupełnie nieoczekiwanie Niemcy wygrali 3:2, i pamiętam mojego ojca zawiedzionego tym wynikiem. Ja właściwie też byłem zszokowany. Moi węgierscy idole to był też średnio- i długodystansowiec Sándor Iharos, trzykrotny mistrz olimpijski w boksie László Papp, twórca potęgi polskiej szermierki János Kevey. A potem był rok ’56, i było Radio Wolna Europa, i relacje z Budapesztu, a ja wtedy miałem 11 lat. Bardzo dobrze wszystko zapamiętałem i prawdę powiedziawszy, rewolucja węgierska ’56 roku była jedynym wydarzeniem historycznym, do którego podchodziłem z czystą dziecięcą duszą, bez odrobiny cynizmu… Z jednej z tych audycji, kiedy rewolucja już została stłumiona, dowiedziałem się o losach Pétera Mansfelda. Potem jakiś czas później, też z tego samego radia – z tym że wtedy już mieszkaliśmy w innym mieszkaniu, ja miałem własny pokój i radia słuchałem już na własną rękę – dowiedziałem się o tym, jak przetrzymali go w więzieniu, aż osiągnął pełnoletniość i wtedy wykonali wyrok. Napisałem wtedy wiersz Budapeszt; notabene to chyba jedyny mój wiersz, który mój ojciec rozumiał i który mu się podobał. Przedrukowałem go potem w tomie wierszy zebranych.

GIZIŃSKA Czy wydarzenia roku ’56 miały jakiś wpływ na to, że wiele lat później podjął się Pan tłumaczenia Tragedii człowieka?

ZADURA W pewnym najogólniejszym sensie – oczywiście tak. Zresztą, mówiąc pół żartem, pół serio, gdyby Madách żył w drugiej połowie XX wieku, to na pewno jakaś scena poświęcona tym wydarzeniom w Tragedii człowieka by się znalazła. Myślę, że byłaby w niej również scena rozgrywająca się w 1917 roku w Moskwie czy Petersburgu, a pewnie też i sceny poświęcone polskiej „Solidarności” i upadkowi muru berlińskiego.

Po ’56 roku mój pierwszy kontakt z żywym Węgrem to było spotkanie z chłopakiem, który po październiku przyjechał właśnie do Puław w ramach akcji wysyłania do zaprzyjaźnionych krajów młodych ludzi, których rodziny ucierpiały podczas rewolucji. On przyszedł do naszej szkoły i poprosił mnie, żebym odnalazł jakąś uczennicę z dziesiątej czy jedenastej klasy. Pamiętam jak dziś, nazywała się Zofia Jeżyna, no i pobiegłem ją odszukać. Wówczas zbierałem znaczki i Poczta Polska wydała bloczek poświęcony Chopinowi i Lisztowi. Ten bloczek w mojej kolekcji był największym skarbem filatelistycznym. Mieszkałem niedaleko od szkoły, podczas dużej przerwy pobiegłem do domu, wyciągnąłem ten bloczek z klasera, włożyłem do koperty, przyniosłem i podarowałem mu. On z kolei zaprosił mnie na lemoniadę do pobliskiego kiosku. To był taki pierwszy „ludzki” kontakt z Węgrem. Była też matka mojego kolegi, Bronka Borzęckiego, z którym chodziłem do przedszkola, a potem byliśmy w jednej klasie przez całą podstawówkę i szkołę średnią, była Węgierką. Jego ojciec w czasie II wojny światowej trafił na Węgry i wrócił do Polski z żoną. Pierwszemu synowi dali na imię Bronisław, drugiemu Árpád. Ich mama była bardzo sympatyczna i w specyficzny sposób mówiła po polsku, słychać było, że to jest nauczony język. Pochodziła z Egeru, a pierwsza powieść węgierska, którą przeczytałem w przekładzie na polski, to nie byli Chłopcy z Placu Broni, a Gwiazdy Egeru, które Bronek mi pożyczył.

GIZIŃSKA Zatem powieść Gézy Gárdonyiego, dziewiętnastowiecznego pisarza, była Pana pierwszym spotkaniem z literaturą węgierską. Jak to się stało, że później sam Pan zabrał się za tłumaczenie właśnie tej literatury?

ZADURA To w dużej mierze była kwestia przypadku, ale przyjaźń i sympatia do Węgier stworzyły dla tego przypadku dobry grunt.

GIZIŃSKA W 2010 roku ukazała się antologia poezji węgierskiej w Pańskim przekładzie zatytułowana Węgierskie lato. Jest Pan znanym poetą, ale także prozaikiem, jednak tłumaczył Pan tylko poezję węgierską. Dlaczego nigdy nie zdecydował się Pan na tłumaczenie węgierskiej prozy?

ZADURA Po pierwsze, nie mamy armat. Kiedy zaczynała się ta moja przygoda, nie znałem ani słowa po węgiersku. Wiele lat później (w 1986 roku) spędziłem trzy miesiące na stypendium Sorosa w Kolegium Eötvösa w Budapeszcie, podczas których Marta Gedeon, żona Jurka Snopka, profesora z IBL-u, usiłowała mnie nauczyć węgierskiego, ale była przesadnie ambitna, jak na moje możliwości, i skończyło się na podstawach. Więc poezja, bo poezję tłumaczyć za pośrednictwem przekładu filologicznego można, a tłumaczenie w ten sposób powieści czy czegokolwiek innego byłoby czystym absurdem. Na początku lat siedemdziesiątych należałem do tych nielicznych wówczas polskich poetów, którzy pisali wiersze rymowane. Kiedy Gracja Kerényi, Andrzej Sieroszewski i István Csapláros zaczęli przygotowywać Antologię poezji węgierskiej, która wyszła w PIW-ie w roku 1975, Wiktor Woroszylski podszepnął moje nazwisko Gracji Kerényi i ona mnie poprosiła o przełożenie wiersza Pétera Bornemiszy, Jánosa Rimaya i czegoś z anonimowej poezji XVIII wieku. To były rzeczy rymowane, nawet bardzo. Ja to zrobiłem, ale nie wszyscy inni poeci wywiązali się ze swoich zobowiązań. Gracja przysłała mi również to, czego oni nie zrobili, i tak mój udział w antologii zwiększył się do dość pokaźnych rozmiarów. Oprócz tej bardzo dawnej poezji tłumaczyłem jeszcze poetów z kręgu „Nyugatu”. Te tłumaczenia zostały bardzo ciepło przyjęte i z węgierskiej strony, György Spiró je chwalił na łamach „Literatury na Świecie”, i z polskiej, Jarosław Iwaszkiewicz Antologii poświęcił felieton w „Życiu Warszawy”, cytując moje przekłady. Napisał, że wiersz Przestroga dla psa Lajosa Áprilyego jest jego ulubionym wierszem i na tej stronie otwarta Antologia leży przy łóżku na jego nocnym stoliku. Oczywiście, dla dwudziestoparoletniego człowieka taka pochwała z ust wielkiego polskiego poety była zachętą, by coś jeszcze zrobić na tym polu.

GIZIŃSKA Przełożył Pan wielu poetów węgierskich od epoki renesansu aż do współczesności. Który z nich jest Panu najbliższy?

ZADURA László Nagy? Chyba nie tylko dlatego, że poznałem go osobiście. Wśród jego wierszy, które tłumaczyłem, jest kilka takich, które wpłynęły na moje własne pisanie. Nie wiem, czy to widać, ale ja to wiem, że gdybym nie tłumaczył takiego wiersza, jak na przykład Rusałka wyjąca do krwi, to sam nie napisałbym wiersza pt. Biedni strażacy czekają na pożar. Bardzo mi odpowiada również liryka miłosna Lőrinca Szabó, myślę tu przede wszystkim o cyklu Dwudziesty szósty rok. Bardzo lubię też Księgę Jonasza Mihálya Babitsa, choć jest zupełnie z innej parafii.

GIZIŃSKA Ten utwór Babitsa został przełożony na język polski również przez Pana i ukazał się w 1998 roku. Dlaczego Pana wybór padł na ten poemat o klasycznej formie, który był reakcją autora na Anschluss?

ZADURA Tu właściwie trzeba by podkreślić wielką bezinteresowną pracę Gracji Kerényi na rzecz popularyzacji węgierskiej poezji. Gracja zrobiła przekład filologiczny Księgi Jonasza, nie wiedząc, czy ktoś przetłumaczy ją na polski, czy nie, a jeśli tak, to czy ten utwór zostanie gdzieś wydrukowany. Jednak tak umiała mnie podejść, że właściwie to wykonywałem jej pomysły z entuzjazmem. Z Księgi Jonasza największe wrażenie zrobił na mnie Epilog, bo pierwsze cztery księgi to taka poezja bardzo kulturalna, świetna warsztatowo, mądra, ale trochę jakby niewspółczesna. Natomiast Epilog, czyli Modlitwa Jonasza, jest utrzymany w zupełnie innym metrum, w innej poetyce, w innym klimacie, stanowiąc znakomity kontrapunkt do biblijnej przypowieści. A skoro mowa o poetyce, to bardzo bliski jest mi Péter Kántor.

GIZIŃSKA Tragedia człowieka jest najważniejszym dziełem tak okresu węgierskiego romantyzmu, jak i całej węgierskiej dramaturgii. W posłowiu do książki czytamy, że inicjatorem tego przedsięwzięcia był István Kovács. Jak w ogóle powstał pomysł przekładu tego dzieła?

ZADURA Znaliśmy się z Pistą od drugiej połowy lat siedemdziesiątych, kiedy on przyjechał do Warszawy na zaproszenie Instytutu Węgierskiego i trzeba było przetłumaczyć parę wierszy przed spotkaniem. Byłem na tym spotkaniu i tak się poznaliśmy i polubiliśmy, a ta przyjaźń przetrwała do dzisiaj. Pod koniec lat dziewięćdziesiątych – on wtedy był radcą w Ambasadzie Węgierskiej, a dyrektorem Instytutu Węgierskiego w Warszawie był Attila Szalai – Pista mówi mi, że rozmawiał z Krzysztofem Zanussim, który chciałby wystawić Tragedię człowieka – taki węgierski dramat – po polsku na placu Świętego Piotra w Sylwestra, kiedy drugie tysiąclecie będzie przechodziło w trzecie. Jest polski przekład z 1957 roku, ale on się już zestarzał, nie bardzo to brzmi ze sceny dzisiaj. Powiedział, że da mi tę książkę. Ja na to, że wiesz, ale to… A on: przecież potrafisz! I tak zagrał na mojej ambicji, że to dramat wierszem, że coś się tam rymuje, coś się nie rymuje – poradzę sobie. Dał mi tłumaczenie Lwa Kaltenbergha. Zacząłem to czytać i miałem dwa odczucia: po pierwsze, że tego się nie da czytać; a po drugie, że tego nie da się zrobić gorzej, nie miałem wątpliwości, że jak do tego siądę, to zrobię to lepiej. Attila Szalai mobilizował mnie, obiecując, że „rybka”, czyli przekład filologiczny, będzie nienaganna. Namówili do jej zrobienia Annę Górecką. Ona do tego się zabierała, mówiąc metaforycznie, jak pies za jeża. Przysłała mi jedną scenę, drugą. Potem były długie przerwy. Też nie miała serca do tej roboty, podobnie jak ja. Myślałem sobie – co będę się brał do roboty, póki nie mam całości. Najpierw trzeba wiedzieć naprawdę, co w tym jest, jak to wygląda. Nastało wreszcie trzecie tysiąclecie i nieaktualny stał się ten – nie wiedziałem do końca zresztą, na ile poważny – pomysł Krzysztofa Zanussiego. Myślałem, że mi się upiecze, moi przyjaciele zapomną o Madáchu, rozgrzeszą mnie z tego, że niewiele zrobiłem. Ale Attila kończył kadencję i zaczęły się dramatyczne telefony – Bohdan, ty się nie wygłupiaj, żaden zwrot zaliczki, muszę mieć ten przekład! I tak się zaczęło około pół roku rzeczywiście morderczej pracy. Jak się pisze własne wiersze, to nie jest żadna mordęga. Jak się tłumaczy nie z przekładu filologicznego, ale z języka, który się zna, jakąś powieść, którą się lubi, to też nie jest mordęga, czasem nawet to może być wytchnienie, ucieczka od problemów. Tłumaczenie ukraińskiej prozy pomogło mi przetrwać trudne dni, kiedy teść chorował na raka i wiadomo było, jak to się skończy. Zamiast siedzieć, myśleć, chodzić na palcach i czekać na najgorsze, siadałem do komputera i tłumaczyłem. No a przy Madáchu to rzeczywiście była mordęga.

GIZIŃSKA Co sprawiło najwięcej trudności w trakcie tego przekładu?

ZADURA Z jednej strony z tego trzeba było zrobić wiersz. Z drugiej zaś nie można było poszaleć i pisać po swojemu tego, czego nie ma w oryginale. Gdybym znał język oryginału, pewnie miałbym większą swobodę odchodzenia od pierwowzoru. Poza tym, to jednak jest duży tekst. To jest przygniatające uczucie – jak połapać się w tym wszystkim. Nie ma się poczucia panowania nad całością (mam ten kłopot nawet przy niektórych własnych poematach). No, ale minęło pół roku, zrobiłem, oddałem. Attila nawet chyba powiedział, że to bardzo dobre, że trzeba to wydać.

GIZIŃSKA Co Pan właściwie sądzi o tym dramacie?

ZADURA Przyznałem się już, że, podobnie jak Anna Górecka, nie miałem wtedy do Tragedii człowieka serca. Wydawała mi się anachroniczna. Nie wiem czemu, nie widziałem w tym utworze żadnych atrakcji, choćby takich jak bynajmniej nie jednowymiarowa postać Lucyfera. Gdy po kilkunastoletniej przerwie przeczytałem Tragedię na nowo, dość nieoczekiwanie zaczęła mi się podobać. Niezależnie od tytułu jest w niej parę scen wręcz komediowych, zdarzają się przenikliwe opisy mechanizmów ludzkich zachowań (sceny Praga, Londyn), trafia się dowcip sytuacyjny. A kiedy zabierałem się do tej roboty, to wydawało mi się, że jest to takie strasznie „kościółkowe” dzieło. Wówczas nie przyszłoby mi do głowy, że o Tragedii można napisać to, co napisał w szkicu pomieszczonym na stronach Biura Literackiego Miłosz Waligórski, że gdyby biskupi przeczytali ten utwór, to powinna być większa awantura i skandal, niż z powodu tych wszystkich genderów, związków partnerskich i in vitro.

GIZIŃSKA Na Węgrzech w XIX wieku i jeszcze na początku XX to dzieło było potępiane przez Kościół.

ZADURA Tak, było potępiane. To, że Tragedia człowieka dzieje się właściwie przed zbawieniem, oznacza, że nie ma tam w ogóle Chrystusa.

GIZIŃSKA Ale jest wzmianka o Chrystusie w ostatniej scenie, gdy mowa o tym, że zbawienie nadejdzie. Z drugiej strony jest to otwarte dzieło, które można interpretować na różne sposoby. Dowodem na to jest choćby to, że tak jak wcześniej było potępiane przez Kościół, tak później zostało skrytykowane z perspektywy ideologii komunistycznej. Czy widzi Pan paralele między wielkimi dziełami polskiego i węgierskiego romantyzmu?

ZADURA Tak, z Dziadami – Wielka Improwizacja. To nie jest zupełnie tak samo. Ale podobny kłopot, co z Madáchem, miałem z Endrem Adym.

GIZIŃSKA W sensie przekładu?

ZADURA Tak. Są wiersze Adyego, które bardzo mi się podobały. Tłumaczyłem je z ogromną przyjemnością. A były też takie, przeciwko którym buntowała się cała moja natura – i poetycka, i ludzka, jeśli można tak powiedzieć. Jest taki wiersz – Piękne słowa na odchodne – jak można takie wiersze pisać? Stosunek do kobiety wyrażony w tym wierszu jest bardzo podobny do postawy wobec kobiet niektórych postaci w Tragedii człowieka.

GIZIŃSKA Dlaczego mówił Pan na spotkaniu w Instytucie Teatralnym, że postać Ewy jest papierowa, nierealna, wręcz sztuczna? Dla mnie jest ona najbardziej zmienną postacią, która jednocześnie ma w sobie i dobro, i zło. Adam jest postacią wyidealizowaną, a Lucyfer – choć powinien być uosobieniem zła – jest raczej przeciwieństwem Adama i ma „najbardziej ludzką twarz”.

ZADURA Myślę, że kwestie Lucyfera są formułowane zgodnie z zasadami logiki. To znaczy, że Lucyfer jest partnerem do rozmowy. Z Adamem bywa już różnie. Ale czy Ewa myśli? Być może myśli, ale nie wiem, czy autor dramatu zostawił jej pole do popisu pod tym względem.

GIZIŃSKA Według mnie Ewa przede wszystkim czuje. W ostatniej scenie, kiedy Adam mówi, że rozumie słowa Pana, ona stwierdza, że je czuje.

ZADURA Akurat ta kwestia została bardzo przytomnie przez nią wypowiedziana. Mimo wszystko uważam, że Tragedia człowieka była pisana z męskiego punktu widzenia, który dla mnie jest dość anachroniczny.

GIZIŃSKA Również w ostatniej scenie Pan Bóg określa rolę Ewy u boku Adama – oto Bóg wytycza rolę mężczyzny i kobiety. Mężczyzna jest tym, który podejmie trud, a kobieta tą, która jest poezją i swoją intuicją ma pomagać Adamowi.

ZADURA Ale ja głęboko przeciw temu protestuję, bo znam mężczyzn obdarzonych intuicją i znam kobiety, które całkiem nieźle sobie radzą w walce.

GIZIŃSKA Zatem ta relacja męsko-damska u Madácha odzwierciedla pojmowanie roli kobiet i mężczyzn według Starego Testamentu?

ZADURA Jak najbardziej. I ponieważ właśnie obecnie przewalają się najróżniejsze dyskusje – mądrzejsze i głupsze – o rolach kulturowych przypisywanych stereotypowo płciom, to kiedy się czyta Tragedię człowieka dzisiaj, nie czuje się oderwania tego tekstu od współczesnego kontekstu tak, jak mogło się to odczuwać pod koniec XX wieku.

GIZIŃSKA Podczas wspomnianej rozmowy w Instytucie Teatralnym stwierdził Pan, że Madách w swoim dziele wiele rzeczy przewidział. Czy miał Pan na myśli scenę Falansteru?

ZADURA Tak. Ale Falanster jest na tyle uniwersalny, że nie ma w nim tego detalu historycznego, który jest na przykład w paryskich scenach z Wielkiej Rewolucji Francuskiej. Kolektywizm, eugenika, wyczerpywanie się źródeł energii, loty kosmiczne, in vitro. Trudno nie mówić o wizjonerstwie Madácha, choć u niego Ziemi grozi zamarznięcie, a nie globalne ocieplenie.

GIZIŃSKA Niezależnie od interpretacji reżyserskich, jak ten dramat poetycki może być odbierany przez współczesnego czytelnika?

ZADURA Zadziwiało mnie i zadziwia do dziś to, że dla tylu Węgrów ten utwór jest tak ważny, podczas gdy Węgier i Węgrów jako takich, prawdę powiedziawszy, w nim nie ma. Oprócz nazwiska Jánosa Hunyadiego, bohatera historycznego z XIV wieku, którego Lucyfer wymienia jako jednego z największych bohaterów historii.

Moją niechęć czy brak entuzjazmu w trakcie pracy nad tym przekładem w pewnym sensie tłumaczy moje spojrzenie na literaturę. Myślę, że tu obowiązuje zasada, że co się stało, to się nie odstanie, a co się nie wydarzyło, tego nie da się już nadrobić. Gdyby na przykład twórczość jakiegoś znakomitego poety – na miarę Kochanowskiego i Kochanowskiemu współczesnego – pozostawała nieznana i nagle by ją odkryto, to myślę, że powstałoby parę doktoratów, parę prac habilitacyjnych, ale poezja polska nie wyglądałaby jednak inaczej. To samo dotyczy tłumaczeń klasyki. Ładnych parę lat temu dowiedziałem się, że węgierski poeta István Bella (którego zresztą znałem i lubiłem) przełożył Dziady. Pomyślałem sobie wtedy: no fajnie, tylko kogo dzisiaj na Węgrzech te Dziady tak naprawdę będą obchodziły? Czy Dziady po węgiersku mogą oddziaływać w jakikolwiek sposób na kształt współczesnej dramaturgii węgierskiej? Wydaje mi się, że nie bardzo. Oczywiście, dobrze, że są, bo wypełniona została jakaś luka. I tak to jest z Tragedią człowieka. Oczywiście wiem, że wcześniej były już jakieś próby przekładowe, że nawet w Krakowie wystawiano ten dramat w 1903 roku. Potem ktoś to tłumaczył poprzez tłumaczenie niemieckie.

GIZIŃSKA Dramat wystawiał w 1971 roku gdański Teatr Wybrzeże, i to wtedy powstało tłumaczenie Stanisława Hebanowskiego. Było ono nie tylko próbą uwspółcześnienia dramatu Madácha, ale także przygotowaniem do inscenizacji. Czy widział Pan jego tekst?

ZADURA Nie, nie wiedziałem o istnieniu tego przekładu. Wiedziałem o spektaklu, ale byłem przekonany, że powstał on w oparciu o tłumaczenie Kaltenbergha.

GIZIŃSKA Mówiliśmy o Dziadach na Węgrzech. Gdyby Tragedia człowieka została wystawiona w Polsce, to co mogłoby być najbardziej interesujące dla polskiego odbiorcy?

ZADURA Wydaje mi się, że nie ma jednej Polski. Polska jest pęknięta na pół, czy nawet na więcej części, i nie ma jednej publiczności teatralnej. Myślę, że jednej z tych Polsk bardzo by mogło odpowiadać to, czego w moim odczuciu jest w Tragedii człowieka za dużo, charakterystyczny dla epoki patos, który dominuje w tym utworze jako środek wyrazu artystycznego. Myślę, że są ludzie, którzy oczekują, by sztuka miała przesłanie i żeby było to przesłanie „wierz głęboko i walcz!”. Natomiast dla mnie tak naprawdę szansą takiego poematu dramatycznego jak Tragedia człowieka jest chyba to, co zrobił Marcell Jankovics w swojej filmowej animacji. Dlatego bardzo się cieszę, że ilustracje w książce pochodzą z jego filmu, a nie wykorzystano tych klasycznych, bo wtedy byłaby już tylko kolumna na kolumnie i patos na patosie.

GIZIŃSKA Jednak Węgrzy przez ponad sto lat dzieło Madácha poznawali także poprzez ilustracje Mihálya Zichyego, słynnego dziewiętnastowiecznego grafika i malarza.

ZADURA Te ilustracje towarzyszyły też polskiemu wydaniu Tragedii z 1957, w swoim rodzaju są zresztą świetne, tyle że pompatyczne, wzniosłe, na koturnie. Erotyczne rysunki, które robił Zichy w okresie, gdy mieszkał we Francji, są moim zdaniem zabawniejsze.

GIZIŃSKA Dzięki wrocławskiemu wydawnictwu Biuro Literackie powstała piękna książka z ilustracjami zaczerpniętymi z filmu Marcella Jankovicsa. Co według Pana te obrazy dodają do tekstu Madácha?

ZADURA One ten tekst uwspółcześniają. Nie chciałbym, aby to źle zabrzmiało, ale czasem pada stwierdzenie, że Tragedia człowieka to taki węgierski Faust, a Jankovics to taki węgierski Disney. Film rysunkowy spod znaku Disneya jest to niewątpliwie coś popularnego, masowego, zakotwiczonego w popkulturze – a więc coś bardzo współczesnego. Jest to zatem taki wehikuł, który może przybliżyć Tragedię człowieka wrażliwości współczesnych odbiorców.