Okruchy światła

Kazimiera Szczuka
#

Bóg stworzył  to wszystko przez przypadek i odszedł.    

Opowieść Olgi Tokarczuk o XVIII-wiecznej, mistyczno-mesjanistycznej sekcie żydowskiej Jakuba Franka nosi cechy dzieła baśniowego i para-religijnego, pozostając przy tym rzetelnie udokumentowaną, dbałą o realia powieścią historyczną. Świat Ksiąg Jakubowych jest wielogłosowy, wielowątkowy, heretycki, pełen kabalistycznej symboliki i antynomii gnozy, ale zapełniają go pełnokrwiste postaci i rzeczywiste fakty historii. Całość, choć mozaikowa, wciąga spokojnym, miarowym rytmem wielkiej narracji. Opasły tom Ksiąg… o długim i zawiłym tytule,  wydany został w sposób czyniący z powieści zaczarowany gadżet z odległej galaktyki Gutenberga. Numeracja stron przybrała hebrajski porządek „na wspak”, wyrazy złożone są starannie dobieraną czcionką i przechodzą ze strony na stronę, jak w starodrukach. Są tu ilustracje, mapy, bogate tytuły podrozdziałów i symboliczne nazwania kolejnych Ksiąg. Na tym nie koniec. Autorka deklaruje – w wywiadach i w powieści – sympatię i uznanie dla  księdza Benedykta Chmielowskiego, autora  Nowych Aten, dzieła uznawanego za swoistą księgę ciemnoty i zabobonu dawnych,  przed-oświeceniowych wieków. Słowem: Tokarczuk jedną ręką wskazuje nam na barok, drugą – na Internet. Zdaje się, że podobnie jak Adrian Panek, twórca Daas, arcyciekawego debiutu filmowego (gdzie w rolę Jakuba Franka wcielił się Jan Peszek), autorka Ksiąg Jakubowych uległa mgławicowej poświacie magii wciąż emanującej z wyklętej, odszczepieńczej legendy frankizmu.   

Tokarczuk wychodzi od klasycznej, epickiej ekspozycji. Rok 1752, rynek w Rohatynie. Kamieniczki z niewypalanej cegły, błoto. „Są tu też fara, klasztor Dominikanów, kościół Świętej Barbary przy rynku, a dalej dwie synagogi i pięć cerkwi”. Ksiądz Chmielowski, jeden z kilku nie-żydowskich bohaterów  powieści(!), prowadzi nas przez panoramiczną scenerię. Jaskrawe dynie, gomółki sera, piwo, gorzałka, miody. „Handlują tu czym się da. Także kwiecistymi materiałami, chustkami i szalami prosto z bazaru w Stambule, bucikami dla dzieci, owocami, orzechami”. Ten opis, rodem z klasyki realizmu, barwny i drobiazgowy, to haczyk, ale i (jak mówi  Olga Tokarczuk  w jednym z wywiadów) rodzaj kontraktu z czytelnikiem. „Wchodząc w tę książkę, może on sobie powiedzieć: tak, ten rodzaj traktowania szczegółu i świata mi odpowiada, albo – to mi nie odpowiada”.  Ci, których udało się uwieść, pójdą za głosem pisarki dalej, poza barwne kramy. „Im dalej zapuści się wzrok w boczne uliczki, tym większa nędza wychodzi na wierzch. [...] To już nie sklepy, kramy, ale  budy jak dla psów, sklecone z cienkich desek uzbieranych gdzieś po śmietniskach. […] „Kobiety w łachmanach zbierają wióry i łajno na opał. Trudno po tych łachach odróżnić, czy to bieda żydowska, prawosławna czy katolicka. Tak, bieda nie ma ani wiary, ani narodowości”.  Ksiądz  idzie dalej, chce dotrzeć do uczonych Żydów, aby kupić książkę, może Księgę, bo jest to ksiądz łasy na wiedzę i tajemnice, choć sam uosabia  nieszkodliwą  manię pisania, nie mądrość. Jego zadanie przejmie autorka powieści. To ona zgłębi tajemnice, niedostępne poczciwym umysłom zamkniętym w  klatce  wyczerpanego  języka kościelnej łaciny. To ona przedstawi nam  księgi, tytułowane nazwami żywiołów, sygnowane imieniem bohatera i mieszczące tajemnice księgi ksiąg;  Zohar, zwanej przez badaczy „biblią  kabalistów” i  „ostoją podolskich mesjanistów”. 

 Obraz kolorowego jarmarku – świata, podszytego nędzą, cierpieniem i gniciem – koduje jednak coś więcej niż grę z czytelnikiem i wprowadzenie symbolu księgi (należącego niewątpliwie do ulubionych symboli Tokarczuk). Ten obraz powtórzy się, aby zyskać wykładnię gnostycko-mesjańską. Wciąż w początkowej partii powieści, podążając za żydowskimi  kabalistami poszukującymi Mesjasza,   znajdziemy się  na rynku w Smyrnie. Nachman, rabin z Buska, jeden z  ważniejszych narratorów powieści, wspomina: „Cieszyły mnie  jaskrawe kolory  bazarów. [...]  Cieszyły mnie daktyle ułożone do suszenia, ich słodycz, wzruszające zmarszczki turkusów, wszystkie kolory tęczy ułożonej z przypraw na bazarze. «Nie daj się zwieść tej pozłocie, poskrob w nią paznokciem, zobacz, co jest pod spodem»,  mawiał reb Mordke i ciągnął  mnie na brudne podwórka, gdzie pokazywał mi zupełnie inny świat. Owrzodziałe, chore staruszki żebrzące przed bazarem; męskie prostytutki, wyniszczone haszyszem i chore; biedne byle jak sklecone lepianki na przedmieściach, stada parszywych psów grzebiące w śmieciach, pomiędzy ciałami padłych z głodu towarzyszy. To był świat bezmyślnego okrucieństwa i zła, w którym wszystko pędziło ku własnej zgubie, ku rozkładowi i śmierci.  «Świat nie jest stworzony przez dobrego Boga – powiedział mi kiedyś Reb Mordke, kiedy uznał, że już wystarczająco wiele widziałem. – Bóg stworzył to wszystko przez przypadek i odszedł. Oto jest wielka tajemnica. Mesjasz przyjdzie po cichu, gdy świat będzie pogrążony w największym mroku i największej biedzie, w złu i  cierpieniu. Będzie potraktowany jak przestępca, tak przepowiadali prorocy».”

Mosze, opamiętaj się!

Stopniowo zapoznajemy się więc z naukami kabalistów, urzeczywistnionymi w losach sekty Jakuba Franka w sposób najgłębiej ambiwalentny. Proroctwo spełniło się tam jako oszustwo, wyznawcy  utracili nadzieję i oparcie w żydowskim świecie,  Mesjasz był chciwym na złoto, rozpustnym (acz  nawiedzonym) politykiem.  Wedle Gershoma Scholema, autora kanonicznej pracy Mistycyzm żydowski, frankizm, jako najbardziej radykalna odmiana herezji, doprowadzał paradoksy mesjańskiej kabalistyki niemal do nihilizmu, a sam Frank był człowiekiem brutalnym i niszczącym. Autorka Ksiąg nie szczęści nam na to dowodów, przypominając choćby to, że dawni frankiści w sporze z talmudystami rzucili przeciw nim najohydniejsze oskarżenie o mord rytualny.  Wspaniała – i wstrząsająca – jest w powieści scena publicznej dysputy żydowskiej, kiedy kontr-talmudysta Mosze z Podhajec wykrzykuje ostatnie słowa oskarżenia: „Chodzi o to, że do macy na Paschę dodaje się krwi chrześcijańskiej i dlatego nie powinno być świadków przy jej mieszaniu”, jazłowiecki rabin, przedstawiciel  strony talmudystów,  „łapie się za głowę i zaczyna się kołysać. […] Mosze co ty robisz? Ty kalasz własne gniazdo. Mosze, my się znamy, myśmy w tej samej jesziwie byli. Mosze, opamiętaj się!”. 

 Przechrzty nasze..    

 Ocena wyrosłej z XVII–wiecznego sabbataizmu sekty Franka jednak nie może być jednoznaczna.  Jan Doktór podkreśla, że polscy frankiści wypracowali dla siebie lepszy los, niż ten, który stał się udziałem asymilowanych Żydów niemieckich. „Mimo rozczarowania mesjańskiego, gdy zapowiedziane pod Jasną Górą zbawienie nie nastąpiło, frankiści zachowali pozytywny stosunek do Polski i kultury polskiej, z którą się utożsamiali. Rzeczpospolita pozostała dla nich przez pokolenia «ziemią obiecaną», punktem docelowym długiej drogi i miejscem początkowo mesjańskiego, a później kulturowego spełnienia” – pisze  Doktór.  Skierowanie części elit i ubogich mas żydowskich na  tory asymilacji przez chrzest, stanowiło zalążek nowoczesnego, wyzwolonego projektu duchowości, który, przetrwawszy fazę sekty, otworzył umysły i wyobraźnię ludzi Zachodu. Maria Janion wskazuje dwie drogi adaptowania się „matrycy frankistowskiej” w polskiej kulturze XIX wieku. Jedna, sygnowana przez Zygmunta Krasińskiego, wytwarzała antysemicki stereotyp. „Przechrzty nasze, frankisty, to osobne plemię ludzi, najdziwniej zabobonne, ale bez żadnej w końcu wiary” – pisał Krasiński w jednym z listów.  Druga droga, Mickiewiczowska, nadawała Żydom miano starszych braci i dopatrywała się wyroku Opatrzności we współbytowaniu Polaków i „Izraela” na terenach dawnej Rzeczpospolitej. Niechlubne cechy sekciarskiego zatracenia frankistów odnaleźć można wśród Towiańczyków, ale niewątpliwie czcili oni hebrajską genealogię niektórych „braci i sióstr”,  w tym, oczywiście, żony Mickiewicza, Celiny. Mąż uznawał w niej  Żydówkę–chrześcijankę, czyli frankistkę.  Krasiński nazywał ją  „Żydówicą talmudyczną”.  Na emigracja mówiono „ Towiańszczyzna od początku nam cuchnęła Żydem”. Tak to „podejrzane pochodzenie” (czytaj: żydowskie), zatarte we frankistowskich genealogiach, bywało piętnem lub wybraństwem. Matka Celiny, pianistka  Maria Szymanowska, występuje marginalnie w końcowych partiach Ksiąg Jakubowych, ale jej przodkowie  są głównymi bohaterami powieści. „Szymanowska była prawnuczką Eliszy Szora z Rohatyna, oraz wnuczką Salomona Ben Elisza, zwanego Szlomą z Rohatyna; jej mąż, a ojciec Celiny, Józef Szymanowski, wywodził się również z rodziny frankistowskiej. Mateusz Mises określa rodzoną siostrę Celiny, Helenę Malewską, jako stuprocentową Żydówkę, po mieczu i po kądzieli” – pisze Maria Janion. 

 Po co nam teraz taka wiedza?

W Księgach Jakubowych znajdziemy scenę, gdy Maria Szymanowska, gdzieś około roku 1825, prosi  barona Juliana Brinkena o zarzucenie pracy nad powieścią o sekcie Franka. Jak większość realistycznej  materii u Tokarczuk,  jest to najprawdopodobniej wydarzenie prawdziwe. Brinken bez złych intencji  zamieścił w swojej powieści nazwiska osób znanych, wśród których najznakomitszą była sama Szymanowska, wybitna artystka prowadząca salon kulturalny równy podobnym salonom wyemancypowanych Żydówek europejskich.  W połowie XIX wieku jej karierze mogłoby zaszkodzić   grzebanie w genealogiach i odkrywanie tego, co w naszych czasach Irena Grudzińska-Gross opisała  właśnie jako „podejrzanie pochodzenie” wielkich Polaków. „Łatwo jest kogoś posądzić o… […] wszystko i potem  zdyskredytować. Wie pan, nie śpię w nocy, zawsze się boję, że zaraz zdarzy się coś strasznego… Po co nam teraz taka wiedza?” –  mówi powieściowa Maria Szymanowska do autora  książki-poprzedniczki Ksiąg Jakubowych. Frankiści jako przechrzty, „mechesy”,  ludzie podwójni,  jak marrani kultywujący potajemnie własne obrzędy, ale wtapiający się w europejskie elity –  mogli rozpalać prześladowcze fantazje antysemitów. W  naszych czasach częściej wzbudzają fascynację, ale pamiętać należy, że nasze czasy trwają  dopiero od niedawna. Jeszcze w roku 1975 (!)  Miron  Białoszewski skarży się w  swoim Tajnym dzienniku, że  w książce Aliny Witkowskiej  o Mickiewiczu ocenzurowany został wątek frankistowskiego pochodzenia żony poety. Miała ona podczas swojego ataku psychiatrycznego rozmawiać z Mojżeszem. Dlaczego? „Bo była  była mecheską. Trzecie pokolenie chrzczonych frankistów. Po śmierci matki w Petersburgu zajechała do Warszawy, do dziadka na Waliców, do browaru, a on był już tylko starym Żydem […] Witkowska o mechesce nie dała, bo cenzura” – pisze Białoszewski. Cenzura po-marcowa, okres grobowej ciszy wokół tematów żydowskich, ale i cenzura  środowiska dawnych polonistów, równie przeczulonych na punkcie „matki obcej”, jak „żony obcej”. W latach 70. XX wieku „wyciąganie” tych spraw uznawano za niepotrzebne, prowokujące, niestosowne. Dziś  jest już tylko ciekawe. Czytelnicy Tokarczuk zdążyli już dostrzec, że wydanie  Ksiąg Jakubowych zbiegło się w czasie z otwarciem w Warszawie –  po wielu latach przygotowań – Muzeum Historii Żydów Polskich. Symboliczne znaczenie tych faktów należy docenić, bo oto po raz pierwszy od czasów wojny i Zagłady została oficjalnie, również na użytek szkolnej edukacji, przywrócona pamięć i wiedza o  długim, wielowiekowym trwaniu żydowskiego życia splecionego z historią Polski. Księgi Jakubowe, bez lęku podejmujące zapalne tematy, okazują się dziełem pionierskim, lecz zgodnym z duchem dziejów. I oby dalej pozostawał on dla polskich Żydów łaskawy.

W mroku        

Tokarczuk ceni Frankistowską herezję, jako  pre-oświeceniowy synkretyzm religijny, prowadzący z czasem do deizmu czy wręcz zeświecczenia żydowskich „neofitów”. Podobnie literaturę i sztukę  wynosi ponad materię ścisłej historiografii. Powieściowa struktura niesie szczególnego rodzaju  duchowe przesłanie, pokorne wobec pisarskich marzeń o nieśmiertelności arcydzieł, skrzętnej pazerności archiwistów i historyków na fakty, wreszcie – wobec  religijnych objawień.  „Napisane jest  jednak, że człowiek, który trudzi się sprawami Mesjaszy, choćby tych nieudanych – choćby tylko opowiadał ich historie – będzie traktowany jako ten, który studiuje odwieczne tajemnice światła” – brzmią ostatnie  zdania  powieści. Tokarczuk studiuje, aby  potwierdzić, że tajemnice pozostaną   nierozwikłane. Mroki historii sprzed dwóchsetleci i przekraczające linearny wymiar czasu tajemnice  nauki Mesjasza–apostaty przenika pisarka odważnie. Unika jednak odpowiedzi na pytanie, kim był Jakub Frank. Przedstawia go wśród ludzi, którzy w niego wierzyli. My, czytelnicy, nie musimy. Podolscy mesjaniści „czekali swego  Mesjasza” tak niecierpliwie, że sami musieli odszukać i namaścić następcę Sabbataja. W Księgach Jakubowych akt ten odmalowany jest plastycznie. Jeśli Frank nie był wybrany przez Boga, na pewno był wybrany przez ludzi. Po pierwsze – mędrców, którzy go znaleźli i inicjowali. Po drugie – biedaków, którzy rozumieli jego  proste słowa i grzali się w cieple  charyzmatycznej, choć zapewne psychopatycznej energii. Wedle Gershoma Sholema, wcześni frankiści, często żarliwie wierzący biedacy, „pragnęli czegoś, czego nie mogli nazwać”. Jedno, co na pewno łączy autorkę z żydowskimi bohaterami, to przekonanie, że „świat zbudowany jest z ciemności”. Że bezmiar cierpienia czujących istot zawsze będzie domagał się drobin światła, obiecywanych przez księgę Zohar. Uniwersalność i ponadczasowość zbrodni i cierpienia czyni z nas, śladem autorki, wyznawców jej odnowicielskiej, synkretycznej wersji gnozy. Przerażenie i litość nad światem nie dotyczy tylko wygnania  Żydów z Półwyspu Iberyjskiego, pogromów z czasów wojen kozackich XVII wieku, kontrreformacji, kiedy innowierców obdzierano ze skóry żywcem. Budzi się w obliczu Shoah, wplecionego przez Tokarczuk w finał powieści, i wobec cierpienia zwierząt.

To jest przeciwko Sienkiewiczowi

Stylizacja, parafraza i fikcja mieszają się pod wprawną ręką pisarki. Otwarta forma, zbudowana z wielu małych narracji, sprostała zamierzeniu stworzenia sugestywnego świata, znanego historykom ale i wskazującego na daremność ich poczynań  w zderzeniu z umownym statusem obiektywnej  prawdy. Autorka jednak nie oparła się na własnej fantazji, pozwoliła sobie puszczać jej wodze jedynie „między faktami”, nie zamiast. Weszła w gąszcz rozpraw naukowych i historycznych źródeł, sama też  dokonujących odkryć w złożonej dziedzinie genealogii rodów frankistowskich. Lakoniczna nota  bibliograficzna obok prac klasycznych odnotowuje nowe publikacje Pawła Maciejki, który odegrał  rolę konsultanta przy pisaniu powieści. Pisarskie zmagania z materią historycznych źródeł są w Księgach Jakubowych dyskretnie przysłonięte, ale wyczuwalne. Budzą podziw. Tokarczuk przyznaje w wywiadach, że jej „trudzenie się sprawami Mesjaszy” trwało siedem lat. Jej nowoczesna, polifoniczna  powieść historyczna nazwana już została przez krytykę  dziełem anty-Sienkiewiczowskim, uznana za odnowicielską,  bliższą prawdy wizję dawnej Rzeczpospolitej. Marginalny dla polskiej literatury  żydowski punkt widzenia przemieszczony zostaje do centrum, a katolicka polskość przeniesiona na obrzeża i przesycona „prawosławną biedą”, pańszczyźnianą męką, kolorytem żydowskiego i islamskiego Orientu. Podjąwszy wysiłek przywrócenia współczesnym czytelnikom wiedzy o rdzennej wielokulturowości Polski, Tokarczuk sama wyznaje: „bezczelnie dekonstruuję wizję świata, którą odziedziczyłam jako czytelniczka Sienkiewicza. To jest przeciwko Sienkiewiczowi. Pokazuję Kresy Rzeczpospolitej z zupełnie innej strony” – mówi pisarka w rozmowie ze Sławomirem Sierakowskim.                      

Co druga z nich to prorokini

Tokarczuk interesuje  kameralny teatr historii społecznej, nie wielki teatr wojen. To też różni ją od Sienkiewicza. Kluczem do przeszłości, do materii życia sprzed dwóch wieków, w naturalny sposób są dla współczesnej pisarki postaci kobiet. W Księgach Jakubowych znajduje to teologiczne uzasadnienie, skoro „W Zoharze mówi się, że wszystkie niewiasty na ziemi tkwią w tajemnicy Szechiny”.  Opisana w księgach Mojżeszowych; Księdze Wyjścia i Księdze Liczb,  Szechina to dosłownie Chwała Boża, widzialny znak obecności Boga, ukazujący się jako obłok, który otaczał  Arkę Przymierza albo ogień, nocą prowadzący Izraelitów przez pustynię.  W tradycji kabalistycznej – zgodnie z hebrajskim rdzeniem słowa – Szechina oznacza pierwiastek żeński. Dla Jakuba Franka,  więzionego przez czternaście lat na Jasnej Górze, wcieleniem Panny, obiecującym nadejście kobiecego Mesjasza stał się katolicki wizerunek Matki Boskiej. 

 Olga Tokarczuk przedstawia własną wykładnię boginicznej mocy Szechiny. Jest ona ściśle spojona  z  tekstową sygnaturą samej pisarki,  wskazaniem na jej obecność w przedstawionym świecie. Prorokinie z rodu Szorów, zrodzone z drobiazgowej wyobraźni  literackiej Tokarczuk, tworzą z nią   więź wzajemnego oddziaływania. Pisarka i bohaterki widzą się nawzajem;  wzajemnie wspierają   swoje istnienie. Chaja, córka Eliszy Szora, bodaj  najsilniejsza z  kobiecych postaci  powieści, odczuwa obok siebie zadziwiającą obecność tajemniczego „kogoś”, w kim my, czytelniczki i czytelnicy, rozpoznać możemy Boga albo.. autorkę. „To ktoś, kto ich czule obserwuje, ją samą  i kantor, i wszystkich rozproszonych po świecie braci i siostry, i ludzi na ulicy. Ten ktoś przygląda się szczegółom, o, teraz na przykład obserwuje planszę i figurki. Domyśla się Chaja, czego ten ktoś chce, więc traktuje go jako nieco kłopotliwego przyjaciela. Podnosi zamknięte oczy i usiłuje spojrzeć temu komuś w twarz, ale nie wie, czy to może się udać”.  W świecie mistycznej herezji wszystko jest możliwe, nawet spojrzenie postaci w oczy autora,  pod warunkiem, że rzeczy nie ulegają spłaszczeniu, odczarowaniu. Dlatego, zgodnie z intencją pisarskiego głosu, pozostawmy te pytania, „czego on/ona chce” bez odpowiedzi.       

 „Chaja gdy wróży, wpada w trans – bawi się wówczas małymi figurkami z chleba czy gliny, które ustawia na własnoręcznie wymalowanej planszy. I wtedy wieszczy przyszłość.” W młodości nieraz się myli, później, na starość, gdy jest już  Chają – Marianną  Lanckorońską (bo przecież wszyscy frankiści zmienili przy chrzcie imiona i nazwiska), żydowska prorokini potrafi rozłożyć na swojej planszy każde «dalej» i każde «bliżej» zarówno w czasie, jak i przestrzeni, umie z pozycji figurki pokazać lgnięcie lub – przeciwnie – odpychanie. Widzi też jasno konflikt i zgodę”. Te operacje, stanowiące odpowiednik  pracy  nad  tekstem literackim, są powtórzeniem  struktury spojrzenia z góry, jakim dysponuje inna bohaterka – Jenta.  Stara ciotka rodu Szorów, babka Jakuba(!), która jeszcze w prologu powieści połyka magiczny amulet i staje się wszystkowidzącym duchem, to jedyna prawdziwa uciekinierka ze świata śmiertelników, wielka sprzymierzeńczyni i opiekunka Olgi Tokarczuk w jej pisarskim przedsięwzięciu. Postać staruszki, pół żywej, pół martwej, stała się dla autorki symbolicznym duchem opowieści, ale i warunkiem uruchomienie narracyjnego mechanizmu. Pisarka twierdzi, że Jenta „pojawiła się z przyczyn technicznych”, jako dodatkowy, „czwartoosobowy narrator”, punkt widzenia  ogarniający całość, konieczny dla uporządkowania pozostałych głosów i tekstowych kategorii czasoprzestrzeni. O tę archetypiczną figurę mocy troszczy się w powieści cały szereg kobiet. Chaja   „poprawia na chorej wilcze skóry, owija jej wokół szyi swój szal i widzi, że staruszka nosi mnóstwo amuletów – jakieś małe woreczki na sznurkach, kawałki drewienka z wypisanymi na nich znakami, figurki z kości. Chaja nie śmie ich tknąć.” Szechina wedle Tokarczuk to tajemna moc, tożsama z „podwójną naturą Chai”,  gospodyni domu i  posępnej prorokini. To również „chmurny wzrok Chany”, żony Jakuba, która widzi rzeczy takimi jakie są, sama umie zdrapywać ze świata pozłotę, nawet tę, którą tworzy odurzająca charyzma jej męża. W Iwaniu,  miejscu współbytowania sekty, „wszyscy są  brudni i zawszeni. Nawet Jakub ma wszy, a to dlatego, że zadaje się z miejscowymi brudaskami. […] To nie jest żadna wspólnota, tylko zwykła zbieranina, tłum zmieszany. […] Przymyka się na to  oczy, że każdy sypia tu z każdym, a nawet  przydaje się temu szczególnego sensu. Chana nie rozumie, dlaczego mężczyznom tak na spółkowaniu zależy, nic w tym znowu takiego wspaniałego. Po drugim porodzie całkiem straciła na to ochotę. Przeszkadzają jej zapachy innych kobiet na skórze męża.”

Moc kobiet to także inteligencja Gitli. Niegdyś zagorzała wyznawczyni Franka, potem żona doktora Aszera Rubina, Gitla z praktyki i domowej edukacji poznaje okulistykę i filozofię. Pisze wraz z mężem rozprawy o oświeceniowym racjonalizmie. Jakaś moc – przynajmniej przetrwania i ukrywania własnych uczuć   istnieje  również w Ewie, córce „Mesjasza”, której dusza i ciało zawsze miały stanowić własność ojca. Ewa  to jedna ze smutniejszych postaci powieści.   

Na ostatnich jej stronach widzimy z oddali najpotężniejszą z czarownic. Blady duch Jenty, wciąż krążący w przestworzach, widzi „tam w dole siedzącą postać z twarzą oświetloną białą poświatą”.  Jenta widzi jej osobliwą fryzurę, cudaczny strój”.  Istota pochylona nad świecącym  monitorem   komputera kończy swoją robotę.  Księgi... zostaną teraz przekazane światu. Każdy  – i każda – weźmie  z nich to, co zechce i to co potrafi.