Turcy i Polacy

Witold Szabłowski
#

Tekst pochodzi z gazetki targowej „Polonya’ dan kitaplar″ (Książki z Polski) przygotowanej specjalnie na tegoroczne Międzynarodowe Targi Książki w Stambule:

1961
Włosy ma już przyprószone siwizną, ale trzyma się prosto. Jest wyraźnie zakłopotany i żeby to zakłopotanie przykryć, opowiada o Fidelu Castro, któremu zaledwie kilka dni wcześniej osobiście wręczył ustanowioną przez Stalina nagrodę Obrońców Pokoju. Potem czyta swoje wiersze i długo prawi o poezji. Choć nie widzieli się dziesięć lat, choć ona każdego dnia myślała o nim i za nim tęskniła, on jej ani nie przytula, ani nie okazuje czułości.
Wreszcie wydusza z siebie, że ma, tam, w Moskwie, inną kobietę.
„Nazim dziś jest paszą z dwoma żonami. A ja jestem taka głupia” - napisze kilka dni później w liście do przyjaciółki z Włoch Munevver Andac, legendarna żona Nazima Hikmeta, jego Penelopa, która latami nie mogła dostać pracy, której wyrzekło się wielu przyjaciół, która prawie zginęła płynąc do swojego Nazima przez morze i która dopiero w Warszawie, w słynnym Hotelu Bristol, dowiedziała się, że jej Odys od dawna ją oszukiwał.
Hikmet miał wtedy polski paszport - Stalin nie spieszył się, żeby dać mu radziecki, a ten z orłem bielikiem na okładce dostał jako prawnuk polskiego powstańca Konstantego Borzęckiego. Pradziadek Borzęcki, po przegranym boju z Rosją dotarł aż do Turcji, przyjął islam, dostał imię Mustafa Celaleddin i zasłynął jako dzielny żołnierz (zginął w jednej z bitew na Bałkanach) i publicysta, który walczył o miejsce Turcji w rodzinie krajów europejskich. Celaleddin pół wieku przed Ataturkiem wymyślił, że zbliżenie Turcji do Europy powinno nastąpić przez alfabet. W książce „Dawni i nowi Turcy” wzywał, by zmienić alfabet z arabskiego na łaciński.
Ta książka stała na półce Ataturka. Ojciec Turków dokonał w niej kilkuset podkreśleń. W miejscu, gdzie Celaleddin pisał o alfabecie, dopisał: „Wykonać”.
I wykonał.

1968
Hotel Bristol, w którym się spotkali Nazim i Munevver, mijam prawie codziennie w drodze do pracy. Jeżdżę dokładnie tą trasą, którą Munevver szła na wyczekiwane spotkanie z Nazimem - obok Polskiej Akademii Nauk z pomnikiem Kopernika na froncie, obok bramy Uniwersytetu Warszawskiego, obok kościoła sióstr wizytek.
Po tym spotkaniu Nazim wyjechał z Dworca Głównego pociągiem do Wiery, swojej ostatniej żony. Tej, która dwa lata później, już po jego śmierci, znalazła w kieszeni jego marynarki wiersz:

Powiedziała chodź
powiedziała zostań
powiedziała śmiej się
powiedziała umrzyj
Przyszedłem
zostałem
śmiałem się
umarłem.

Tą trasą Munevver chodziła przez siedem kolejnych lat życia; po kilku tygodniach od drugiej strony, od strony odbudowywanej po II wojnie światowej warszawskiej Starówki, na której zamieszkała. Choć Nazim chciał, by wyjechała do NRD i zaczęła pracę w tureckim radiu, wolała zostać w Warszawie. Uczyła Polaków tureckiego, współtworzyła podręcznik, który choć ma już prawie pół wieku, do dziś jest kultowym, najważniejszym podręcznikiem do nauki tureckiego w Polsce. Później, gdy Nazim umarł, brała udział w niekończących się capstrzykach i akademiach ku czci swojego zasłużonego męża-nie-męża.
Munevver wyjechała z Polski dopiero w 1968, w czasie, gdy komuniści pod wodzą Władysława Gomułki wygonili z kraju tysiące Żydów. Munevver też miała w żyłach kilka kropli żydowskiej krwi i choć nikt jej do wyjazdu nie nakłaniał, atmosfera w Polsce zniesmaczyła ją do tego stopnia, że wolała żyć w Paryżu.
Wraz z nią wyjechał mały Memed, jedyny syn Hikmeta. Ale jeszcze wiele lat później, gdy jedna z jego polskich przyjaciółek odwiedziła go w Paryżu, dopytywał, czy nie stracił akcentu z Mokotowa, jednej z dzielnic Warszawy.
Do dziś w Warszawie żyją jego koledzy ze szkoły. Wiele razy próbowałem, również przez nich, do niego dotrzeć. Niestety, Memed nie chce rozmawiać ani o ojcu, ani o swoich warszawskich latach.

1683
Wiedeń otoczony był wojskami Kara Mustafy tak, że nawet myszy ciężko by się było prześliznąć. Obrońcy oblężonego od dwóch miesięcy miasta na początku września 1683 roku powoli zaczynali rozmawiać o poddaniu się. Wielu zginęło, wielu też uciekło. Brakowało jedzenia, a morale dzień po dniu spadało.
Król Jan III Sobieski prowadził w stronę Wiednia wielką armię, bał się jednak że miasto upadnie, zanim dojdzie do niego z odsieczą. - Trzeba dać wiedeńczykom znać, że pomoc jest coraz bliżej - mówiono w obozie króla. - Ale jak to zrobić?
I wtedy pojawił się szlachcic ze wschodu Polski, Jerzy Franciszek Kulczycki. Ponieważ dorósł na granicy Rzeczypospolitej i Turcji, od dziecka znał język turecki. Przez wiele lat robił interesy z Turkami dla Wschodniej Kompanii Handlowej, teraz zaś zaciągnął się do wojska idącego na Wiedeń.
Kulczycki postanowił dostać się do oblężonego Wiednia. Przebrał się w strój janczara i szedł przez obozowisko wroga, nucąc pod nosem tureckie piosenki, które znał jeszcze z dzieciństwa.
Reszta jest już w podręcznikach do historii. Kulczycki dostał się do Wiednia w ostatnim momencie. Wiadomość, że odsiecz się zbliża, dała obrońcom miasta nowe siły i dzięki niej nie poddali miasta. Gdy król Sobieski, po wygranej bitwie, triumfalnie wjechał do miasta, Jerzy Kulczycki był jednym z pierwszych ludzi, których chciał nagrodzić. Pokazano więc Kulczyckiemu bogate namioty Kara Mustafy, pokazano mu wspaniałe konie, pokazano chorągwie. Wzrok Kulczyckiego powędrował jednak dalej, w stronę trzystu worków z dziwnymi, czarnymi nasionami, które służący chcieli już wyrzucić na śmietnik.
- Chcę te worki - powiedział Kulczycki.
I kilka miesięcy później założył pierwszą w Wiedniu kawiarnię. Kulczycki osobiście obsługiwał swoich gości ubrany w turecki fez, a do kawy z jednego z trzystu zdobycznych worków, podawał zawsze ciasteczko w formie półksiężyca.

2014
Relacje polsko-tureckie zaczęły się głównie od tego, żeśmy ze sobą wojowali. - Ale - podkreśla zawsze mój zaprzyjaźniony turecki historyk - mimo naszych wojen, zawsze się szanowaliśmy.
Między innymi przez ten szacunek Ottomanowie nigdy nie uznali rozbiorów Rzeczpospolitej. I kiedy Polskę w XVIII wymazano na 123 lata z map Europy, tylko turecki sułtan na zebraniach ambasadorów regularnie pytał, gdzie jest poseł z Lechistanu.
- Poseł z Lechistanu jeszcze nie przybył - odpowiadał jeden z dworzan. Trudno się dziwić, że wielu Polakom, na myśl o tureckiej przyjaźni, szklą się oczy.
Szklą się na wspomnienie Adama Mickiewicza, naszego wybitnego poety, który w Turcji chciał powołać legion do wspólnej walki z Rosją i który zmarł w stambulskiej kamienicy, niedaleko placu Taksim.
Szklą się na myśl o Polonezkoy, polskiej wsi nad Bosforem, gdzie do dziś żyją nasi ziomkowie i gdzie Turcy mogą spróbować polskich pierogów.
Szklą się wreszcie, gdy przed oczami stają kadry z naszej historii najnowszej. Z komunistycznej Polski do Stambułu jeździły i latały tysiące handlarzy. W dzielnicy Aksaray setki sklepów nosiły polsko brzmiące nazwy: „Boniek”, „Wałęsa”, był nawet sklep o wdzięcznej nazwie „Solidarność”. Tysiące Polaków zaprzyjaźniły się ze swoimi tureckimi kontrahentami. Część z tych przyjaźni przetrwała do dziś.
Ale najbardziej zaszkliły nam się oczy, gdy do Turcji pojechał Tadeusz Mazowiecki, pierwszy premier Polski po tym, jak obaliliśmy komunizm. - Poseł z Lechistanu wreszcie przybył - powiedział premier Mazowiecki, czym pięknie spuentował jeśli nie 600, to przynajmniej 250 lat relacji Polaków z Turkami.