Ciągle w ruchu

#

Bill Johnston (ur. 1960) – profesor literatury porównawczej Indiana University, gdzie wcześniej kierował Centrum Studiów Polskich. Ma ogromny dorobek przekładowy: tłumaczył zarówno literaturę staropolską (Kochanowski), jak romantyczną (Słowacki), pisarzy XIX wieku (Żeromski, Prus), klasyków dwudziestowiecznych (Gombrowicz, Herling-Grudziński, Baczyński, Różewicz) oraz literaturę najnowszą (Tulli, Stasiuk, Pilch, Myśliwski, a z poetów m.in. Tkaczyszyn-Dycki, Różycki, Koehler). Sam też pisze wiersze; jesienią ukaże się w USA jego pierwszy tomik Wound Theory (Teoria rany). A w lipcu WL wznowiło Język angielski dla początkujących Johnstona, napisany wspólnie z Katarzyną Rydel-Johnston.

Z Billem Johnstonem, laureatem nagrody Transatlantyk, rozmawia Bożena Dudko

Tekst pochodzi z sierpniowego numeru Nowe Książki (8/2014)

Pamięta pan swoje pierwsze spotkanie z Polską?
Oczywiście, był rok 1976, nigdy przedtem nie byłem za granicą. Jechałem autobusem z Holandii przez RFN, przekroczyliśmy żelazną kurtynę i wjechaliśmy do Polski. Spędziłem wtedy dwa tygodnie na zjeździe esperantystów w Międzygórzu, wsi pod Śnieżnikiem, niedaleko granicy z Czechosłowacją.

Skąd u szesnastolatka z robotniczego miasteczka Barrow na północy Anglii zainteresowanie esperantem?
Zawsze lubiłem języki. Najpierw był francuski, potem, gdy miałem 13 lat, rosyjski. Mieliśmy znajomego zapalonego esperantystę. Prowadził kółko dla kilku osób i tam nauczyłem się esperanto tak dobrze, że dostałem nagrodę – sto funtów. Dowiedziałem się, że w wakacje będzie zjazd esperantystów, w którym udział kosztował 105 funtów. I postanowiłem tę nagrodę na to przeznaczyć. To był kluczowy moment w moim życiu. Zafascynował mnie kraj, kultura, ludzie, historia. Wszystko. Język polski wydał mi się czystą wersją rosyjskiego. Nie byłem dobry z rosyjskiego, miałem słabych nauczycieli, ale polski od razu mi się spodobał. Zakochałem się w polszczyźnie.

Jak się pan uczył polskiego?
W 1981 roku przyjechałem do Letniej Szkoły Języka Polskiego na Uniwersytecie Warszawskim. Ale tyle się wówczas w Polsce działo: strajki, rozkwit Solidarności itp., że zamiast chodzić na zajęcia, wałęsałem się po Warszawie. Wtedy kupiłem Pana Tadeusza i powiedziałem sobie, że kiedyś go przeczytam. Trochę to trwało.
Wróciłem po stanie wojennym – we wrześniu 1983. Jedyną możliwością, by tu zamieszkać, było nauczanie angielskiego. Miałem szczęście, bo trafiłem do Krakowa i uczyłem angielskiego m.in. pracowników naukowych UJ, np. Jerzego Jarzębskiego, Tamarę Trojanowską. A we Wrocławiu Leona Kieresa. W sumie spędziłem w Polsce dziesięć lat. Mam tu, w Krakowie, rodzinę. A które miasto było najważniejsze? Każde było ważne na swój sposób i dało mi coś innego. Wrocław też bardzo lubię i miałem tam owocny czas. Mnóstwo ludzi mi pomogło: naukowcy, redaktorzy, pisarze, i w Polsce, i w USA. Za dużo, by ich wszystkich wymienić. Na początku bardzo mi pomógł Stanisław Barańczak.

Od ponad 20 lat mieszka pan i pracuje  w USA. To ciekawe doświadczenie dla lingwisty Brytyjczyka?
W Ameryce ludzie nie do końca czują, co to jest klasa, choć oczywiście i tak są klasy. System brytyjski jest bardziej zbliżony do tego, co było w Polsce: arystokracja, szlachta itd. Ważne, by to wiedzieć, jeśli się pracuje nad pewnymi tekstami, tak jak teraz, gdy przekładam Pana Tadeusza. Na przykład prof. Clare Cavanagh kiedyś powiedziała, że tylko Anglik może tłumaczyć Gombrowicza, u którego stosunki klasowe są bardzo widoczne. Angielski i amerykański to dwie różne wersje tego samego języka. I to jest moje kolosalne szczęście, że mam dostęp do obu sfer językowych, co bardzo wzbogaca moją angielszczyznę. Angielski jest niesamowitym językiem. W Anglii był zawsze wielki snobizm wobec języka Ameryki, ja jednak odczuwam, coś zupełnie innego – wielką radość. Język amerykański jest twórczy, swobodny. Ma inne rytmy i innego ducha, więc cieszę się, że obcuję z obiema wersjami.

Kto jest odbiorcą pana tłumaczeń: Brytyjczyk czy Amerykanin?
Raczej Amerykanie. Z nimi mam większy kontakt, wiec, co sądzą o moich tekstach. W Anglii bywam rzadko, wyjechałem stamtąd w latach 80., moje kontakty ograniczają się do rodziny i kilkorga znajomych. Choć ukształtowała mnie Anglia, dużo dały mi też lata spędzone w Polsce, to Ameryka zmieniła mnie, pod wieloma względami na lepsze. Jestem ciągle w ruchu. A każde miejsce, gdzie mieszkałem, zostawiło we mnie trwały ślad.

Tłumaczy pan wszystkie gatunki, zarówno klasykę, jak i literaturę współczesną. Skąd taka różnorodność?
Bo Polska ma dobrą literaturę w każdym gatunku. Oczywiście początek nie był łatwy, czasem znalezienie wydawcy trwało kilka lat. Trzeba wykazać się ogromną cierpliwością. Ale jak tekst jest naprawdę dobry, to w końcu ktoś to zauważy. Teraz dostaję tyle propozycji, że mam wolność i mogę wybierać, co przełożę. Tłumaczenie to moja pasja, namiętność. Bardzo lubię też uczyć studentów sztuki przekładu.