Pomnik reportażu polskiego ze Szczygłem w środku

Leszek Bugajski
#

Tekst z siódmego numeru miesięcznika Twórczość (7/2014)

Duży rozmiar imponuje. Onieśmiela też, ale i budzi szacunek. Gdy się trafia w księgarni na potężny tom, to się uruchamia automatyzm: duża, to pewnie dobra. I o dziwo – pomijając milczeniem wszystkie te sagi o „ludziach lodu” i inne bajdurzenia fantasy – to na ogół się sprawdza. Nie wiem dlaczego, ale tak to jakoś jest. Może kiedy autor podejmuje wielki wysiłek pisarki, to rzeczywiście ma coś istotnego do powiedzenia, a może my, czytelnicy, patrzymy na ten jego wysiłek przychylniejszym okiem niż na autorów dających na utwory o przeciętnej objętości. Pisze to tak pół żartem, pół serio, ale sprawa jest dość poważna.

Mamy oto liczącą ponad tysiąc osiemset stronic antologię polskiego reportażu XX wieku opracowaną przez Mariusza Szczygła, wspieranego przez złożona z fachowców radę redakcyjną w składzie: Hanna Krall, Elżbieta Sawicka, Małgorzata Szejnert i Kazimierz Wolny-Zmorzyński. Szczygieł nie dość że pisze świetne reportaże, to w ostatnich latach – chcący czy niechcący – stał się kimś w rodzaju ambasadora polskiego reportażu: pisze i mówi o nim, gdzie może, uczy młodych reporterów, opracowuje antologie, firmuje księgarnie, która wyspecjalizowała się w książkach reportażowych, no i wreszcie wybudował polskiemu reportażowi pomnik. Czyli właśnie tę gigantyczną antologię, którą wszyscy piszący dotychczas o niej w czasopismach oceniali, używając najwyższych pochwał, a „Tygodnik Powszechny”, w którego redakcji dobrze wiedzą, co to Biblia, zatytułował obszerną recenzję: Biblia Szczygła. To robi wrażenie! Złośliwie można by tu wtrącić, że wszystkich obezwładni jej rozmiar, ale byłby to tylko taki sobie żart.

Faktem natomiast jest, że polski reportaż rozwija się znakomicie, zwłaszcza w ostatnim dwudziestopięcioleciu, gdy „zaopiekowała” się nim „Gazeta Wyborcza”, ale i wcześniej za sprawą białostockich „Kontrastów” i PRL-owskich tygodników opinii. Nic dziwnego, że od kilku lat panuje prawdziwa moda na czytanie reportaży. Może rację miał Edward Redliński, gdy napisał kiedyś, że „narodziny  kariera literatury faktu są jedną w wielu reakcji […] na nieznośną literackość literatury”. A może dzisiejsi czytelnicy chcą oprócz literackiej fikcji i fikcji seriali telewizyjnych czytać teksty, które opisują świat prawdziwy. A może też mają dość bajdurzenia o niczym, które z reguły wylewa się z telewizyjnych kanałów informacyjnych, udających tylko, że pokazują prawdziwą rzeczywistość, a faktycznie teatralizujących ją i sprawiających, że na przykład polityka jest spektaklem, a nie odpowiedzialnym rządzeniem. I może dlatego ludzie nie chcą „wydmuszek”, tylko mają naturalną potrzebę spotykania się z pogłębioną analizą zdarzeń i nie wystarcza im powierzchowny standardowy „news”, lecz chcą by ktoś w ich imieniu zajrzał pod skórę pokazywanych zdarzeń. To wszystko jest jednak sprawą do przemyślenia i opisania przy innej okazji. Moim zdaniem pod żadnym pozorem nie można jednak lekceważyć fenomenalnego powodzenia wielkiej księgi opracowanej przez Szczygła, która nawet trafiła na chwilę na pierwsze miejsce zestawienia najlepiej sprzedających się książek (a trzeba za jej posiadanie zapłacić prawie sto sześćdziesiąt złotych). Nie ma o czym dyskutować: polski reportaż jako gatunek literacki czy przyliteracki zasłużył na ten pomnik, który wzniósł mu Szczygieł.

Pomnik, jak być powinno, zaczął budować autor antologii od podstaw. Wprawdzie reportaż narodził się jako forma opowiadania o świecie wcześniej nić XX wiek, ale to właśnie poprzednie stulecie nazywane bywa niekiedy wiekiem reportażu. Medioznawca, profesor Wolny-Zmorzyński, uznaje w posłowiu do książki, że pierwszym polskim reportażem opublikowanym w polskiej prasie był tekst Józefa Ignacego Kraszewskiego Pracownia Suchodolskiego z „Tygodnika Petersburskiego” z 1838 roku. Dodaje też, że za „pierwszy nowoczesny reportaż w polskim piśmiennictwie” uznawana jest Pielgrzymka do Jasnej Góry Władysława Reymonta z 1895 roku. Wspomina też oczywiście o jeszcze sporej grupce tekstów mniej lub bardziej reportażowych napisanych i wydrukowanych przed początkiem ubiegłego wieku, ale antologia Szczygła ma sztywną ramę czasową – wiek XX. Chodziło bowiem jej autorowi też o to, że jego książka – jak pisze – „będzie pokazywać historię Polski i świata odzwierciedloną w reportażach”. Tego pomysłu nie udało się konsekwentnie zrealizować, bo po prostu zabrakło materiału: nie było tekstów, z których udałoby się ułożyć taką historię. Wiadomo: na początku wieku, jeszcze pod zaborami, prasa poddana była kontroli i nie mogli autorzy pisać wszystkiego, co chcieliby napisać, potem wojny światowe i wojenny bałagan, w dwudziestoleciu międzywojennym też nie wszystko, co ważne, zostało opisane w reporterski sposób, a po drugiej wojnie cenzura czujnie przypatrywała się temu, co chcieli publikować reporterzy, i pozwalała na druk tekstów „słusznych” lub przynajmniej obojętnych władzy. Więc oczywiście socrealistyczni Ludzie rusztowań Michała Krajewskiego i Bogdana Ostromęckiego tak, mocny reportaż Marii Dąbrowskiej o nędznym losie robotników – nie. I przetrwał on tylko dzięki temu, ze został wpisany w dziennik pisarki. Stała się więc antologia Szczygła przede wszystkim opisem historii polskiego dwudziestowiecznego reportażu jako gatunku piśmiennictwa. I wcale nie umniejszyło to jej znaczenia.

Jej lektura pokazuje, że poddani zewnętrznym presjom reporterzy opowiadali o świecie, z jednej strony wędrując po rozmaitych jego zakamarkach i relacjonując swoje podróże, z drugiej – skupiając się na losie pojedynczych ludzi, ale starając się te opowieści o ludziach przedstawiać tak, by stawały się one znakiem szerszych problemów, by były opowieściami nie tylko o nich, lecz także o rzeczywistości w której żyją, o opresjach, jakim są poddani. Pokazuje też antologia Szczygła, jak zmieniało się podejście reporterów do świata przedstawianego w ich utworach. W pierwszym tomie, zawierającym teksty chronologicznie wcześniejsze, pełno jest opisów świata – ich autorzy pisali tak, by czytelnik zobaczył w trakcie lektur to, co widzieli oni, jak Maria Konopnicka w reportażu Na normandzkim brzegu czy Stefan Bryła opisujący w 1921 roku amerykańskie sklepy, zresztą dość kiepsko. Autorzy pisali wtedy ze świadomością, że po to właśnie gdzieś pojechali, by opisać miejsce i ludzi, których ich czytelnicy nigdy nie wiedzieli i raczej nie zobaczą.

Stopniowo narasta jednak proces, który możemy nazwać uwewnętrznieniem reportażu – reporterzy nie musieli już opisywać świata, bo ich czytelnicy coraz lepiej widzieli z kina, a później z telewizji, jak świat wygląda. Jego opis nie był już konieczny. Każdy, kto widział kilka amerykańskich filmów, dobrze wie, jak wygląda zaoceaniczna drogeria i co w niej jest ustawione na półkach, i niepotrzebny jest mu opis taki jak wspomnianego Stefana Bryły. Czytelnik współczesnego reportażu oczekuje, wręcz żąda od reportera – czyli swojego wysłannika do takiego miejsca, do którego sam się nie wybierze, czy na spotkanie z takimi ludźmi, których sam nie będzie miał szansy nigdy spotkać – by mu opowiedział, jacy ci ludzie są, co czują, jak myślą, jak oceniają swoje czyny i czyny innych. Mówiąc w uproszczeniu: chce opisu uczuć, stanu ducha, chce poprzez reportaż poznać przede wszystkim atmosferę zdarzeń, których świadkiem był reporter, bo – jeśli są one dramatyczne – to widział je już wiele razy w swoim telewizorze, a jeśli to wydarzenia z przeszłości, czytał o nich w podręcznikach albo książkach historycznych. To jest na przykład przypadek reporterskiej książki Krzysztofa Kąkolewskiego Jak umierają nieśmiertelni czy pisarstwa Hanny Krall. Na to oczywiście nakłada się przemiana, jakiej poddane są język i sposób narracji – dzisiaj nikt już nie zniósłby grafomańskiego bajdurzenia Teodora Tomasza Jeża, choć tylko o kilka lat późniejszy reportaż Władysława Reymonta Z ziemi chełmskiej broni się nadal – no, ale to już kwestia literackiego talentu.

Przez to wspomniane „uwewnętrznienie” reportażu jako gatunku antologia Szczygła, nie będąc (może to i dobrze) opowieścią o historii Polski, staje się historią o Polakach, którzy nie tracą albo tracą ducha, poddani rozmaitym opresjom – wojennym i politycznym, o ich walce z dręczącymi traumami (przede wszystkim okupacyjnymi), o nieprawościach i okrucieństwach, jakich się dopuszczali i dopuszczają, o nadziejach na to, że da się poprawić swój los, nadziejach zresztą raczej nie spełniających się (np. Jak Emilię z Kalabrii od złej pani wykradłam Ireny Morawskiej czy Adam z Ewką żyli w raju Włodzimierza Nowaka). I to jest bardzo dobre, i to pokazuje, jak skutecznym i bogatym gatunkiem piśmiennictwa jest reportaż i jak blisko jest spokrewniony z literaturą. Zawsze miałem spory dystans do określenia „literatura faktu” – po dniach spędzonych na lekturze antologii Szczygła, czyli po dniach spędzonych z mistrzami gatunku, ten dystans zgubiłem.

Czy ja mam jakieś zastrzeżenia do książki Szczygła? Pewnie, że mam, taki już jestem. A na dodatek nie ma antologii, która zadowoliłaby wszystkie gusty. Zawsze czegoś jest za mało, a czegoś za dużo. U Szczygła sporo tekstów nie do czytania – rozumiem powody, dla których je wybrał i pokazał, ale odczuwam po lekturze ich bolesną zbędność. Nie będę ich wymieniał, ale niepotrzebnie je czytałem, a ich wartość jest tylko historyczna. I to jest konsekwencja przyjętego przez autora antologii „Buchalteryjnego” podejścia do całego przedsięwzięcia. Gdyby to był wybór najlepszych reportaży XX wieku, wybór autorski, byłoby super, a tu – jak wynika z opowieści samego autora – pomysł był jak z koszmaru literackiego księgowego: wybrać najlepszy reportaż każdego ze stu lat składających się na wiek XX. To podejście urzędnicze, a nie budowa rzeczywistej hierarchii najlepszych reportaży ubiegłego wieku. Łatwo bowiem sobie wyobrazić, że były lata, w których nie powstawało nic wartościowego, i takie, w których napisano kilka świetnych tekstów. I musiał autor antologii dokonywać bolesnych cięć. A jednocześnie i tak nie zostało to urzędnicze założenie konsekwentnie zrealizowane: są lata „nieobecne” w antologii (pewnie właśnie dlatego, że nie było czego z nich wybrać) i są lata reprezentowane przez więcej niż jeden tekst (pewnie dlatego, że po prostu nie dało się ograniczyć wyboru do jednego utworu). Po co więc ta ekwilibrystyka programowa, skoro i tak życie wymusza przełamywanie wstępnych założeń…

Tak czy inaczej 100/XX to książka ważna, trafiająca w oczekiwania współczesnego czytelnika, co można uznawać za wartość albo nie, ale pokazująca, że jesteśmy potęgą w dziedzinie reportażu. Może nawet światową, co powinno poprawiać zbiorową świadomość. Szczygieł po prostu zbudował pomnik kolegom, a sam – mimo że jest gwiazdą tej dziedziny piśmiennictwa – skromnie stanął z boku. A może ta jego skromność jest udawana? On przecież jest w tej książce obecny w ponad stu tekstach: napisał wstęp do całości i wstępy do każdego z zamieszczonych w niej reportaży – tak naprawdę przy okazji tej pracy napisał swoją autorską książkę umieszczoną wewnątrz tej potężnej księgi.


100/XX. Antologia polskiego reportażu XX wieku pod redakcją Mariusza Szczygła
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2014