Teoria doświadczeniowa

Inga Iwasiów
#

Tekst z siódmego numeru miesięcznika Nowe Książki (7/2014)

Matka feministka jest zbiorem felietonów Agnieszki Graff publikowanych na łamach miesięcznika „Dziecko”, „Wysokich Obcasów”, a także wystąpień autorki na Kongresie Kobiet.

Poprzedza je i scala część napisana z dyskursywnym dystansem, wyjaśniająca „macierzyński zwrot” w pisarstwie autorki kanonicznych analiz polskiego feminizmu, zawartych w tomie Świat bez kobiet. Płeć w polskim życiu publicznym. Parafrazując ten tytuł, można by rzec, iż tym razem Agnieszka Graff postanowiła rozprawić się ze światem bez matek. Parafraza taka byłaby efektowna, lecz dwuznaczna, ponieważ pominięcie, brak, zaniechanie przypisuje Graff nie tyle światu, ile feminizmowi.

Podejmuje zatem dyskusję z nurtem myślowym i ruchem społecznym, który współtworzy, któremu daje od lat sygnaturę i twarz. Czy przyjmuje postawę autorewizyjną, dokonuje autokorekty? Do pewnego stopnia tak, ale jednak tylko do pewnego stopnia. Próbuje raczej wyjaśnić ewentualnym oponentkom/oponentom, że jest to korekta, której dokonać powinien feminizm. „Otóż mam poczucie – pisze – że w polskim feminizmie temat macierzyństwa budzi opór i zniecierpliwienie. A jeszcze bardziej niż temat – konkretny wymiar opieki nad dzieckiem jako bezpłatnej pracy, która spada niemal w całości na kobiety. Feministyczny obieg, z którego w czerwcu 2009 roku wypadłam, zostając mamą Stasia, zajmował się macierzyństwem literacko, historycznie i antropologicznie (Matka Boska, Matka Polka, Polonia, obraz matki w polskiej kulturze), ezoterycznie (Wielka Bogini), metaforycznie (»Matki Założycielki«, »matronat«). Jednak feministki dopiero zaczynały się dobierać do tej tematyki od strony bardziej praktycznej, czyli za pomocą narzędzi socjologicznych i ekonomicznych”.

Trudno nie zgodzić się z twierdzeniem, że narzędzie socjologiczne i ekonomiczne potrzebne są do opisu macierzyństwa. Nie sposób jednak orzec, czy ten rodzaj podejścia może się obyć bez fazy pracy na symbolach, dokonanej przez pisarki i badaczki, lub czy pracę na symbolach trzeba teraz zatrzymać i zmienić zupełnie podejście. O ile rozumiem sposób myślenia Agnieszki Graff, stara się ona zawsze uwzględniać pracę kontekstu, wpływ, jaki na sytuację kobiet wywierają stereotypy, schematy; badać, jak upolitycznia się codzienność, korzystając z zaplecza tradycji, jej rzekomo neutralnego sensu. Wróćmy do poprzedniej fazy. Feminizm lat 90. starał się opowiedzieć po swojemu macierzyństwo, oddać je niejako kobietom, przygniecionym mitologią Matki Polki, przerabiając jednocześnie pytania o (nie)uniwersalność doświadczenia, o uprawnienia do mówienia w imieniu zunifikowanych podmiotów. Wyzwalając z patriarchatu, podkreślałyśmy nasze pochodzenie od matek i naszą wolnośc wyboru bezdzietności. Mówię „naszą”, choć sama w feminizm wchodziłam jako matka dwóch synów. Faktycznie, moje osobiste doświadczenie nie było wówczas ważne i być może dlatego po latach jestem wyznawczynią prymatu autobiografii na innymi formami narracyjnymi.

Wróćmy jednak do dyskursu i jego luk, choć w kwestii autobiografizmu jeszcze będę pisać. Warto byłoby zainteresowania symbolami – rozpięte pomiędzy monografią Sławomiry Walczewskiej Damy, rycerze i feministki a tłumaczeniami dzieł francuskich psychoanalityczek, poszukujących „języka macierzyńskiego” – powiązać z dominującym w latach 90. podejściem do praw kobiet jako praw człowieka. To dość trudne zestawienie, nierobiona linia skojarzeń. W wolną Polskę wkraczałyśmy z rzeczywistości PRL, czyli krainy zniewolonej i surowej, lecz zarazem oferującej żłobki, przedszkola i opiekę sprawnego pokolenia babć. Odczuwałyśmy deficyt narracyjny, miałyśmy poczucie „braku swojego miejsca” i zaczynałyśmy wobec tego pisać o ciąży, prowadzić kampanię „Rodzić po ludzku”, nazywać własne potrzeby, wyrażać nienormatywne pragnienia i tożsamości. Tymczasem zamykano żłobki, urynkowiono przedszkola, wprowadzono zakaz aborcji, zaostrzono społeczną kontrolę macierzyństwa, wyprodukowano nowy fantom, już nie Matkę Polkę, ale Matkę Ery Konsumpcyjnej, otoczoną gadżetami i spełnioną w nowym, wspaniałym świecie eko-techno schizofrenii. Babciami zaś jesteśmy już my, organizatorki pierwszych konferencji genderowych i nie mamy czasu gotować zupek, co dla naszych synków i córeczek chętnie robiłyby kobiety z rodziny.

Po dwóch dekadach trzeba więc zacząć walczyć o coś, co wydawało się na początku dość oczywistym składnikiem świata. Na początku? Myślę tu oczywiście zarówno historycznie, spoglądając przez ramię na doświadczenia polskiego feminizmu, ale też pokoleniowo i biograficznie. W latach 80. jeszcze bez większego zachodu można było umieścić dziecko w systemie opiekuńczym. Inna sprawa, czy się tego pragnęło, czy też wybierało wyboistą drogę opieki domowej. Energię w latach 90. kierowałyśmy na opowiedzenie swojego doświadczenia, często zabierając dzieci na spotkania grup feministycznych, a te nieco większe zostawiając w domu, nierzadko z ojcami, bo w moim pokoleniu ci ojcowie niekoniecznie byli patriarchalni, czyli nieobecni i zarazem kontrolujący. Dziś opowieści u nas dostatek, brak za to przedszkoli.

Jaki ma to związek z przyjęciem przez feminizm języka praw człowieka? Moim zadaniem taki, że faktycznie tamta decyzja strategiczna przesuwała akcenty ku sprawom obywatelskim, pracowniczym, ekonomicznym, pozostawiając kłopotliwą lukę, czy mówiąc obrazowo – kobiecy pokój z kącikiem dziecięcym gdzieś na boku. Agnieszka Graff wyraża takie odczucie, gdy pisze o trudnym splocie imperatywu, po prostu potrzeby opieki nad dzieckiem i emancypacyjnego światopoglądu. Sądzę, że ten pozostawiony z boku pokój kobiet i niemowląt jest produktem założenia, iż równouprawnienie powinno być włączające, zbudowane na wspólnocie demokratycznej, a ta ma „ważne zadania”. Że chodzi o reprezentację, partycypację, płacę i władzę, inne kwestie natomiast w pewnym sensie stanowią „procesy naturalne”. W końcu matką małego dziecka bywa się krócej niż pracownicą czy polityczką, a więc skupić się trzeba na równej płacy, która skądinąd załatwi pozostałe kwestie. Z macierzyństwa kobieta da radę wyjść, jak z choroby wieku dziecięcego.

Spuszczona z oka sprawa macierzyństwa podryfowała, co można było przewidzieć, w stronę dyskursu konserwatywnego. Matki stały się zakładniczkami powinności, z którymi pozostawiono je same, stopniowo zabierając to, do czego nie wolno było wzdychać: kto odważyłby się twierdzić, że niektóre kwestie PRL rozwiązywał lepiej niż demokratyczna Polska? Oczywiście, bez przesady. Nie samym przedszkolem dziecko żyje, w rodzicielstwie przed rokiem 1989 było sporo ciemnych miejsc czysto materialnych, psychologicznych, organizacyjnych, społecznych. Rozważając – i tak czyni Graff – status matek, trzeba myśleć równolegle o ograniczaniu dostępności do aborcji. Nie dlatego, że to dwie strony medalu, lecz dwie strony politycznego klinczu, w którym utknęły kobiety, realizując strategię prorównościowe w ramach języka praw człowieka. Hasło świętości życia właśnie w planie symbolicznym utrąca możliwość otwartego wznoszenia roszczeń w kwestiach podstawowych. To hasło utwierdziło kompromisową ustawę o urlopach rodzicielskich, wyrażającą przekonanie, iż mężczyzna co prawda może zająć się dzieckiem, ale pierwszeństwo obowiązku należy do kobiety.

Agnieszka Graff podkreśla, iż zmiany wymaga dotychczasowe podejście rynkowe. Pracodawca musi przyjąć, iż opieka nad dzieckiem nie jest wadą kobiety, lecz pewnym etapem życia, ponadto nie rymuje się tylko z płcią żeńską, także mężczyźni miewają dzieci. Ta kwestia należy zresztą do najtrudniejszych. Sama autorka pisze przecież o nierównym w gruncie rzeczy rozkładzie sił w rodzinie: na kobiety spada większość obowiązków. Z tego założenia wychodzi konkretny pracodawca i cały system: kobieta jest „obciążona” macierzyństwem. Co zresztą oznacza również i to, że mężczyzna nie może liczyć na ulgi w pracy, gdy zostaje ojcem. Poza prawem działają tu kulturowe odruchy, wzmacniane dodatkowo tym nowym, urynkowionym, a zarazem jednak konserwatywnym przekazem, z którym spotykamy się na każdym kroku.

W pierwszej części książki autorka formułuje wprost jedną z możliwości negatywnego odbioru „zwrotu macierzyńskiego”. Chodzi tu o jego ocenę jako elementu backlashu, antyrównościowego kontruderzenia, które wolę nazywać cofnięciem. To faktycznie niełatwa kwestia. Mogłabym poświadczyć, że Matka feministka nie przestaje analizować feministycznym okiem mechanizmów władzy i praw panujących w piaskownicy. Stawia przenikliwe diagnozy polityczne i edukuje w sprawach podstawowych, takich jak wybór zabawek, obyczaje społeczne na placu zabaw, potrzeba tworzenia macierzyńskich wspólnot. Niełatwo mimo wszystko rozstrzygnąć, w jaki sposób będzie czytana, czy nie dostarczy argumentów tym, którzy chcą powrotu do jednoznacznej definicji kobiecości. Nie można wykluczyć, że Matka feministka zostanie potraktowana jako dowód naturalności roli kobiety, której w dodatku przecież liberalno-konserwatywny kompromis zrobił prezent w postaci rocznego urlopu macierzyńskiego. Są już tego pierwsze symptomy: od dawna żadna książka napisana przez feministkę nie miała tak dobrej prasy. Nie da się ukryć: mainstream czeka na matki, nawet jeśli te są wściekłe. Wściekłość bowiem może w tym przypadku być usprawiedliwiona, gdyż służy najważniejszej kobiecej sprawie, jaką jest opieka nad dziećmi.

Jestem przekonana, że Agnieszka Graff wyważyła racje – zdaje zresztą sprawę z procesu pracy nad książką i ewentualnych wątpliwości – i że pogłosy recepcji staną się materiałem jej kolejnych analiz. Chciałabym jednak zgłosić propozycję, by nie proklamować przesterowania dyskursu na jeden, uznany teraz za centralny temat, lecz próbować patrzeć na sprawy równości jako na współzależny system.

Zwornikiem tego systemu w samym dyskursie jest – moim zdaniem – osobiste doświadczenie, biografia. Agnieszka Graff deklaruje, że jej książka nie jest „zwierzeniowa”. Istotnie, nie jest, ustanawia granice, choć zarazem w części felietonowej buduje wrażenie prywatnej rozmowy z czytelnikami. Jest jednak książką głęboko doświadczeniową i w tym sensie także autobiograficzną. Moim zdaniem to dobrze i nie ma potrzeby odsuwać tej perspektywy, dowodząc, iż chodzi o politykę wobec macierzyństwa, nie o prywatny rozrachunek z nierównymi chodnikami. Właśnie feminizm nauczył mnie uporczywej autoanalizy, dlatego nie widzę konfliktu między narracją własnej biografii, empatią społeczną a programem politycznym. W końcu czytelniczkami „Dziecka” są matki (część ojców), ale zrozumieć potrzeby, które nie dotyczą nas w danym momencie naszego życia, można poprzez prostą empatię, a uczynić z nich program działania należy odwołując się do argumentów różnorodności i równoprawności doświadczeń. Choć dziś moi synowie są dorośli i część zapalnych tematów feminizmu – antykoncepcja, aborcja, związki partnerskie, edukacja seksualna, rodzicielstwo – nie dotyczy mnie bezpośrednio, zdaję sobie sprawę z ich znaczenia. Mam także podejrzanie backlashowy temat: dużo myślę o śmierci, doświadczeniu pozornie uniwersalnym.

Nowa książka Agnieszki Graff pokazuje, iż nie ma czystych teorii, dobra teoria czerpie z życia i chce wpływać na życie. Ta ma pełne szanse wywierania wpływu: klarowna, miejscami dowcipna, szczera i wychylona ku odbiorczyniom/odbiorcom, stanowi zapis etapu życia, zamienianego na naszych oczach w energię sporu i program społeczny.

Agnieszka Graff
Matka feministka
Warszawa: Wydawnictwo Krytyki Politycznej, 2014