Po co nam domy muzyki?

#

Tekst pochodzi z czerwcowego numeru Ruchu muzycznego (6/2014)

Jacek Marczyński: Jaką rolę pełni dziś filharmonia? Nadal jest najważniejszą instytucją muzyczną regionu, czy też musi konkurować z nowymi instytucjami, festiwalami, inicjatywami muzycznymi?
Wojciech Nentwig (dyrektor Filharmonii Poznańskiej): Żadne wydarzenie, pomysł, projekt nie zastąpi tego, co daje filharmonia: możliwości regularnego kontaktu ze sztuką. Publiczność wie, że oferujemy w ciągu roku kilkadziesiąt wydarzeń.
Tomasz Bęben (dyrektor naczelny Filharmonii Łódzkiej): O filharmonii można mówić w różny sposób. To oczywiście budynek, miejsce, ale też zbiór wartości, którym się służy. W przypadku naszej filharmonii ważne jest ponadto odniesienie się do tradycji. Opieramy się o historię, o postaci, którym hołdujemy, ale jednocześnie nie patrzymy wyłącznie wstecz. Sztuka jest ciągłą kreacją, nie można stać w miejscu. Czym można to zastąpić? To odrębna wartość.

Ale skoro filharmonia to również budynek, to jeśli Filharmonia Warmińsko-Mazurska otrzymała w Olsztynie nowoczesną siedzibę, czy ta inwestycja stanowiła uznanie jej roli czy też samorząd województwa postanowił wybudować obiekt, który będzie służył różnym celom?
Piotr Sułkowski (dyrektor naczelny i artystyczny Filharmonii Warmińsko-Mazurskiej w Olsztynie): Nasz nowy budynek stał się ważnym miejscem dla regionu i służy rozmaitym wydarzeniom. Ale jego rangę buduje to co my, jako instytucja muzyczna prezentujemy na co dzień. I nie chodzi tylko o same koncerty czy festiwale, ale o to, że są one okazją, by spotykały się na nich różne środowiska. Stworzyliśmy galerię, organizujemy spotkania baletowe, dzięki naszej siedzibie powstało miejsce, do którego warto przychodzić z różnych powodów.

Czy jednak pojęcia takie jak stabilność czy tradycja, do których w swej działalności odwołują się filharmonie, mają w dzisiejszej rzeczywistości jeszcze jakąś wartość?
Mirosław Jacek Błaszczyk (dyrektor Filharmonii Śląskiej w Katowicach): Przyszłość należy budować na tradycji. Inaczej sobie tego nie wyobrażam. Jeśli są w naszej orkiestrze muzycy, którzy znali Karola Stryję, to wartości zdobyte w pracy z nim są kultywowane. Młodzi ludzie pod względem technicznym są coraz lepiej wykształceni, mają większą wiedzę, ale z pewnymi wartościami się nie stykają. Takimi jak odpowiedzialność, hierarchia, szacunek. Można je przekazywać młodym nawet poprzez drobne, codzienne zachowania. Na naszym niedawnym tournée po Japonii widziałem, jak młodzi z szacunkiem odnoszą się do starszych muzyków.
W. Nentwig: Jest takie powiedzenie: nie wart jest przyszłości ten, kto nie zna swojej przeszłości. Jeśli przyjmie się tę konstatację za prawdziwą, to nasze instytucje mają przewagę nad innymi, niekiedy wspaniałymi festiwalami czy jednorazowymi wydarzeniami.
T. Bęben: To prawda, ale spójrzmy też inaczej. Filharmonia Łódzka ma wspaniałego patrona – Artura  Rubinsteina – ale kim jest on dzisiaj dla młodszych mieszkańców Łodzi i regionu? Wiedzą, że był wspaniałym pianista, że urodził się tutaj, że czuł się związany z tym miastem. Ale co więcej? Kim dla tak wielkiej instytucji i dla jej publiczności ma być w XXI wieku Artur Rubinstein? Chłopcem z Łodzi, który zrobił wielką karierę, tak jak ci, którzy dzisiaj stają do telewizyjnego „Idola”? Zbliżamy się do setnej rocznicy powstania naszej orkiestry, więc stawiamy sobie pytanie, czy nasz patron może być kimś ważnym nie tylko dla wyrobionych słuchaczy.
M.J. Błaszczyk: Patronem Filharmonii Śląskiej został Henryk Mikołaj Górecki, postać wszystkim bliska. Ale jeśli nie będziemy sobie też stawiać podobnych pytań już dziś, za trzydzieści lat staniemy przed takimi dylematami, o jakich mówi Tomasz Bęben.

Mimo szacunku do przeszłości trzeba widzieć, że odbiorca muzyki się zmienia. Na ile więc artystyczne programowanie opiera się wciąż na tradycyjnym układzie każdego koncertu? Jak kolejnym generacjom oferować XIX-wiecznym klasyków?
W. Nentwig: Żelazny kanon repertuarowy musi być podstawą, co nie znaczy, że powinien być wyłącznym elementem programu. Na przykład, gdy zaprosiliśmy Leszka Możdżera który wykonał swoją muzykę, a on wyraził ochotę, by częściej przyjeżdżać do nas, postawiłem warunek, by następnym razem zagrał coś z klasyki. Leszek przygotował dla nas Koncert na lewą rękę Ravela. Z orkiestrą Filharmonii Poznańskiej występowali Grzegorz Turnau, Tomasz Stańko, Urszula Dudziak, swoje suity wykonywał nieżyjący Jarosław Śmietana. Takie propozycje też są naszą powinnością, bo musimy znaleźć sposób na pozyskanie na nasze koncerty fatalnie wykształconych, czyli niewykształconych w zakresie wychowania muzycznego, młodych słuchaczy.
T. Bęben: Typowy repertuar symfoniczny dobrze czuje się w bogatym, tradycyjnym społeczeństwie, gdzie kolejne pokolenia przejmują abonament do filharmonii po swoich dziadkach. W Łodzi funkcjonujemy w innym środowisku, nas motywuje takie ustawienie repertuaru, cykli koncertowych czy spotkań ze słuchaczami, by najważniejsza była chęć powrotu do tego, co jest naturalne dla filharmonii, czyli koncertu z udziałem orkiestry symfonicznej, czasami razem z chórem. Wszystko, co robimy: warsztaty dla dzieci i rodziców, spotkania z melomanami, wspólne śpiewanie amatorów w chórze dla (nie) opornych ostatecznie właśnie temu służy.
P. Sułkowski: Otwarcie nowej siedziby dało szansę wielu pomysłom i publiczność nam zaufała. Jeśli proponujemy coś nowego, jest to niejako z góry akceptowane. Przychodzą zarówno stali melomani, całe rodziny jak i młodzież. Mamy cykl „Pop filharmonia”, dotykamy w nim zjawisk muzycznych, które są rozpoznawalne przez młodzież. Sięgamy po artystów, którzy zaczynali od zdobycia klasycznego wykształcenia, jak Zbigniew Wodecki, łączący różne nurty muzyczne.
M.J. Błaszczyk: Wszyscy robimy koncerty edukacyjne, poranki dziecięce, koncerty rodzinne, natomiast modelując program, zawsze pamiętam, że społeczeństwo nie jest jeszcze przygotowane na przykład na Święto wiosny Strawińskiego, choć to już stuletnia klasyka. Jeśli więc na inaugurację sezonu wybieram ten utwór, dodaję Koncert fortepianowy b-moll Piotra Czajkowskiego. Taki koktajl jest niezbędny. Chętnie wspieram młodych kompozytorów, ale zawsze proszę ich o utwór w granicach 15-20 minut, bo mogę go wkomponować w bardziej tradycyjną całość. Trzeba być bardzo elastycznym. Ludzie chcą stabilizacji, pragną obcować z gwiazdami, wielkimi dyrygentami i z muzyką, którą znają: Brahmsa czy Czajkowskiego.
T. Bęben: Ludzie lubią to, co znają. Jednocześnie chcą wrócić do domu z poczuciem dobrze spędzonego czasu, który przyniósł przeżycie emocjonalne. Jeśli artyści przekazują swoje umiejętności w sposób szczery, rodzaj muzyki ma mniejsze znaczenie. W Łodzi nie mamy obaw co do muzyki nowszej, jeśli ta zachwyci publiczność emocjami. Nie ma u nas tak wielkiej grupy przygotowanych melomanów, by kilka razy w miesiącu zapełnić nimi całą salę Filharmonii, natomiast przychodzi wielu ludzi, którzy tu chcą spędzić czas. Jeśli to, co usłyszą, dotrze do ich serc i umysłów, wrócą. A czy to będzie Strawiński czy Chopin, pewnie z ich punktu widzenia jest mniej ważne.
W. Nentwig: Na niedawny koncert „Sacrum profanum” łotewski dyrygent Ainars Rubikis zaproponował: Symphonic Prayer Aleksandra Czerepnina, kompozytora bardzo ciekawego, ale kompletnie u nas nieznanego oraz III Symfonię „Liturgiczną” Honeggera. My dodaliśmy Chichester Psalms Bernsteina w wykonaniu Poznańskich Słowików, które w tym utworze pod batutą kompozytora wystąpiły 25 lat temu. Program był ryzykowny, ale owacje po symfonii Honeggera okazały się nieprawdopodobne. Tak więc koktajl programowy jest niezbędny, ale nie musi się składać wyłącznie z tradycyjnych składników: uwertura, koncert z solistą, symfonia.
T. Bęben: Na cykl koncertów z wielkimi gwiazdami przygotowałem kiedyś w Łodzi pulę zaproszeń dla biznesmenów. Za pierwszym razem byli zachwyceni, za drugim ucieszyli się, że widzą tę samą orkiestrę, bo im się spodobała, ale gdy przyszli po raz trzeci zdziwili się, że znowu muszą słuchać tej samej orkiestry. Jeśli będziemy starali się przypodobać, zminiając nieustannie wykonawców, czy wyszukując najbardziej efektowne utwory, nie zbudujemy prawdziwie głębokich relacji z odbiorcą.
P. Sułkowski: One powstają nie tylko na koncercie. A dziś często bywa tak, że poza salą koncertową muzycy nie komunikują się z publicznością. Szybko wychodzą tylnymi drzwiami, unikają kontaktów, rozmów. Tymczasem artysta musi być otwarty na kontakt z melomanem.
T. Bęben: To prawda, ale pytanie podstawowe brzmi, na ile przyszłością filharmonii jest „eventowość"? Czy zapraszani artyści będą projektować wydarzenia czy też będą budować relacje z odbiorcą?
W. Nentwig: Proszę zauważyć, że wyjątkowość filharmonii polega na tym, że ona co tydzień daje premierę. Tak nie działa żaden teatr czy inna instytucja artystyczna. Każdy cotygodniowy koncert jest premierą. Nie obawiałbym się więc, że zagraża nam „eventowość".
T. Bęben: Zgoda, bo też eventem nie musi być przyjazd wielkiej gwiazdy lecz koncert dedykowany wyjątkowej postaci ze środowiska. Niezwykłe jest samo przeżycie chwili, w której tworzy się sztuka. Tego momentu nie da się odtworzyć, wkładając płytę do odpowiedniego sprzętu. Bilet daje nam przepustkę do niezwykłego świata, który dzieje się tu i teraz.
W. Nentwig: Poza daniem głównym jest coś, co nazwałbym deserem. Od czasu do czasu robimy po koncercie spotkanie publiczności z artystą. Stworzyliśmy Klub Przyjaciół Filharmonii Poznańskiej, raz czy dwa razy w sezonie jedziemy razem na koncert do Filharmonii Berlińskiej, Czeskiej w Pradze, do Drezna czy Bambergu. Klubowicze nie tylko utożsamiają się z nami, lecz także przyciągają na nasze koncerty nowe osoby. I sądzę, że takie działania rodzą naszą przewagę nad tymi, którzy myślą tylko, by dać ludziom kolejny event.
M.J. Błaszczyk: Pamiętajmy jednak, że program filharmonii tworzy się również poprzez negocjacje z samymi artystami Mamy wizję, którą chcemy realizować i zapraszamy gościnnie świetnego dyrygenta, a on proponuje na przykład dwie symfonie i nic innego. Miałem sytuację, gdy on ułożył program wyłącznie na orkiestrę smyczkową lecz dodał 10-minutową uwerturę, w której powinna zagrać orkiestra w maksymalnym składzie.

A jak podczas programowania działalności uwzględniać to, co egzystuje poza tradycyjnym nurtem filharmonii? Co z muzyką dawną, oddaną zespołom specjalizującym się w jej wykonywaniu? Co z muzyką najnowszą, która nie korzysta wyłącznie z orkiestrowego instrumentarium i wymaga od muzyków specjalnych umiejętności? Brak takich dzieł zubaża muzyczny świat, który powinna kreować filharmonia.
M.J. Błaszczyk: Filharmonii Śląskiej jest łatwiej, ma również orkiestrę kameralną, której możliwości sięgają od baroku do utworów współczesnych. Natomiast rzeczywiście ciężko zrealizować dziś w filharmonii oratorium Haendla czy mszę Bacha. Takie dzieła wymagają zatrudnienia fachowców, którzy potrafią je przygotować. Wtedy dopiero przyjemność mają muzycy i słuchacze.
W. Nentwig: W Poznaniu mamy dość komfortową sytuację: są zespoły, choćby Arte dei Suonatori, specjalizujące się w muzyce barokowej. A my zaprosiliśmy jako głównego dyrygenta gościnnego Christophera  Hogwooda. On wręcz prowokuje muzyków, by zmierzyć się z tą materią, zestawiając na przykład concerti grossi z utworami Tippetta, albo łączy Bacha w różnych opracowaniach z Pulcinellą Strawińskiego. Staramy się podawać ten repertuar w jakimś kontekście, słowem: trochę inaczej, by nie ścigać się z zespołami wyspecjalizowanymi w muzyce dawnej.
T. Bęben: Jak już powiedziałem, nie boimy się w Łodzi muzyki nowej, teraz przeprowadzamy inny eksperyment. Zbudowaliśmy organy w barokowym stroju 415 Hz, centralna Polska nigdy nie miała szansy, by mieć tej klasy instrument. Niebawem zaczniemy budować drugi, przeznaczony dla orkiestry symfonicznej w stroju 443 Hz. Chcemy, by muzyka dawna zestawiona z późniejszą poczuła się naprawdę dobrze w Łodzi.

Gdzie natomiast jest granica kompromisu między muzyką nazywaną poważną a popową czy jazzową?
P. Sułkowski: Wyznacza ją to, co jest akceptowalne dla naszych melomanów, nawet jeśli bywa prowokujące. Na estradzie Filharmonii w Olsztynie występowały bardzo różne zespoły. Czasami uważałem, że to propozycje zbyt odważne. Ale jeśli ktoś przyjdzie na taki koncert, jest szansa, że muzyka zachęci go i wróci. I często byłem mile zaskoczony. Także tym, że młodzi wykonawcy, którzy też wcześniej nie wchodzili do filharmonii, czuli się zdopingowani faktem takiego występu. To jest dwustronna edukacja: dla publiczności i dla artystów. Żyjemy w świecie, który tę granicę kompromisu nieustannie przesuwa.
W. Nentwig: Był w Filharmonii w Olsztynie raper?
P. Sułkowski: Tak i został bardzo dobrze przyjęty. Realizując Dziadka do orzechów zaprosiliśmy różne szkoły tańca: towarzyskiego, break-dance, hip hopu. Po jakimś czasie okazało się, że w całym regionie wszyscy wiedzieli, kto to jest Czajkowski, a grupy taneczne zaczęły używać w swoich programach również muzyki klasycznej. Jeden z zespołów break-dance’owych wygrał zagraniczny konkurs, tańcząc do Mozarta.
T. Bęben: Najważniejsze jest nie to, by zagrać określoną melodię, ale by trafić do ludzi. Filharmonia jest domem muzyki, a muzyka to mnogość znaczeń. Jeśli będziemy o nie wszystkie dbać, w filharmonii dobrze poczuje się brzdąc i emeryt, stały słuchacz i przypadkowy odbiorca.

Skoro tak wiele mówimy o młodych widzach, to czy nieprawdziwe jest twierdzenie, że filharmoniczna publiczność starzeje się w szybkim tempie?
W. Nentwig: Kiedy po raz pierwszy przyjechał do nas wspomniany już Leszek Możdżer, powiedział zdziwiony: „W jakiejkolwiek filharmonii niemieckiej średnia wieku na sali wynosi 60+, a tu zobaczyłem dwudziestolatków. To zachwycające”. Trzeba zatem mieć i urzeczywistniać pomysły, które przyciągną do filharmonii ludzi młodych.
T. Bęben: I znaleźć klucz do wywołania emocji. Po ponad trzydziestu latach musieliśmy zrezygnować z organizowania tzw. audycji muzycznych w przedszkolach i szkołach. Ale też doszliśmy do wniosku, że miejsce prawdziwej filharmonii nie jest dziś w szkolnej sali gimnastycznej. Filharmonia żyje w mateczniku muzyków, w Łodzi mieści się on przy ul. Narutowicza. A dotychczasową aktywność kameralną zamieniliśmy na aktywność całej orkiestry, która nie odwiedzała żadnej szkoły podstawowej. Teraz dzieci przyjeżdżają do nas, mamy gigantyczne zainteresowanie i świetnego, rozmawiającego z dzieciakami dyrygenta. Taka wizyta w filharmonii jest jak szczepionka, zostawia trwały ślad u młodego odbiorcy.
P. Sułkowski: Wielu młodych ludzi nie utożsamia się z instytucją filharmonii nawet po kilku audycjach w szkole, ale gdy przyjdą do nas i poczują atmosferę, są dumni, że tu byli.

Na ile nowoczesne media są dziś przydatne waszym instytucjom? Filharmonie w Łodzi i Olsztynie organizują transmisje z Metropolitan w Nowym Jorku. Wiele instytucji muzycznych wkracza do internetu, jest on sojusznikiem czy też wrogiem filharmonii?
P. Sułkowski: Większość informacji umieszczany w internecie, dzięki czemu zyskaliśmy zasięg, jakiego nigdy wcześniej nie mieliśmy. Internet ma ma jeszcze tę przewagę, że jest tańszy niż reklamy w prasie czy na billbordach.
T. Bęben: Wykorzystanie mediów społecznościowych jest oczywistością: prowadzimy blog, jesteśmy na facebooku, nie ma się czym chwalić. Filharmonia Łódzka zasłynęła kilka lat temu w całym kraju z tego, że transmituje przedstawienia operowe z Nowego Jorku. W społecznym odbiorze było to zdecydowanie ważniejsze od faktu, że gramy koncerty. Z multimediów można zatem uczynić jeden ze środków przekazu albo użyć ich do współtworzenia wydarzenia artystycznego. Wyobrażam sobie, że w przyszłości pójdziemy śladem Metropolitan czy Berlińskich Filharmoników i zbudujemy takie relacje z odbiorcami, że oni w dobrze wyposażonych salach w regionie zechcą posłuchać naszego koncertu transmitowanego w piątek o godz. 19. Wykorzystajmy multimedia do kreowania sztuki. Z okazji zbliżającego się stulecia Filharmonii Łódzkiej prosimy stu wykonawców, by przysłali nam sześć takich samych dźwięków nagranych w różny sposób. Poprosiliśmy Artura Zagajewskiego, aby z tej rzeszy dźwięków zrobił kompozycję. Chodzi również o takie wykorzystywanie multimediów.

Przez tę dyskusję przewija się wątek budowania więzi z odbiorcą, który powinien mówić: to moja filharmonia, który chciałby przyjść do jej gmachu i czuć się tym wyróżniony. Czy to oznacza, że obecny boom na inwestycje muzyczne w Polsce jest uzasadniony? A może to raczej dowód rozbudzonych ambicji decydentów?
P. Sułkowski: Jesteśmy bogatsi w doświadczenia od Hiszpanów czy Portugalczyków, którzy dwadzieścia lat temu budowali nowe sale koncertowe, a potem stały one puste. Nie było orkiestr, a obiekty były drogie, tak jak wiele stadionów, które posłużyły wyłącznie do igrzysk. Nowe sale są potrzebne, zarówno artystom, jak i publiczności. Sztuki dziś nie można tworzyć i odbierać w prymitywnych warunkach, w brudzie czy prowizorce.
T. Bęben: Sens inwestycji powinien wynikać przede wszystkim z faktu podstawowego: z więzi z odbiorcami. Jeśli jej brak, po co budować nową filharmonię? Dla honoru domu? Dla biznesu, który po jakimś koncercie tu podpisze prestiżowy kontrakt z zagranicznym partnerem? Podobne pytania dotyczą zresztą nowych lotnisk, stadionów, parków wodnych powstających w Polsce. Przeżywamy czas wymazywania biedy średniego pokolenia, które przez lata wychowywało się w skromnych warunkach, a teraz chce odmienić swój świat i pobawić się nowymi zabawkami. Inwestycyjne wydatki musimy uzasadniać tym, że są potrzebne. Pokażmy naszą działalnością, że jesteśmy przydatni w budowaniu kapitału społecznego. To pojęcie dość odległe od sztuki, ale ci, którzy do nas przyjdą, niech wiedzą, że będą uczestniczyć w wydarzeniu i wyjdą z filharmonii jako ludzie bardziej świadomi. To wcale nie jest banał.