Być amerykańskim poetą

#

Tekst z szóstego numeru miesięcznika Nowe Książki (6/2014)

Z Charlesem Simiciem – laureatem drugiej edycji Międzynarodowej Nagrody Literackiej im. Zbigniewa Herberta, wyróżniającej wybitne dokonania artystyczne i intelektualne na polu literatury światowej – rozmawia Marek Paryż.

Odegrał pan bardzo ważną rolę w spopularyzowaniu w Ameryce twórczości wielu poetów z Europy wschodniej i centralnej. Większość z nich już nie żyje. Czy poezja z naszej części Europy nadal jest widoczna za oceanem?

Szymborska wciąż cieszy się popularnością, zarówno wśród młodszych, jak i starszych czytelników poezji, ale obawiam się, że niezbyt wielu Amerykanów czyta dzisiaj Miłosza, Herberta, Brodky’ego czy Popę. Jako naród przestaliśmy się interesować małymi krajami i dotyczy to również naszej klasy wykształconej.

Wśród poetów, o których pan pisał, byli i tacy, którzy wierzyli, że poezja ma do spełnienia istotną funkcję publiczną, a nawet polityczną. Czy poezja może wnosić znaczący wkład do tematów publicznych? A może takie myślenie jest anachroniczne?
 
Znałem osobiście dwóch autorów przekonanych o takim znaczeniu poezji: Pabla Nerudę i Allena Ginsberga. Pierwszy, jak pan wie, był stalinistą, a drugi uważał się za dwudziestowiecznego Walta Whitmana. Nie mogę mówić w imieniu reszty świata, ale w Ameryce tak rozumiana publiczna rola poety jest nie do pomyślenia. Biedny Allen, ongiś niezmiernie popularny wśród młodych, rzadko jest dzisiaj czytany. Amerykańscy poeci to osoby prywatne piszące dla innych osób prywatnych w ogromnym kraju z etnicznie i religijnie zróżnicowaną populacją, w której z przyczyn kulturowych czy politycznych ludziom często nie jest ze sobą po drodze.

Czy doświadczenie imigranckie – mimo upływu czasu – w dalszym ciągu wpływa na pańska percepcję Ameryki i Europy?

Moją tożsamość ukształtowało dojrzewanie w czasie drugiej wojny światowej w okupowanym kraju, a potem emigracja. Ale po sześćdziesięciu latach w Stanach Zjednoczonych mam też inne tożsamości, które są dla mnie ważniejsze, i jest wśród nich bycie amerykańskim poetą.

Stanisław Barańczak, polski tłumacz pańskich utworów, napisał, że tę twórczość przenika świadomość amerykańska, ale jej podświadomość jest wschodnioeuropejska. Czy pan widzi podobną dwoistość?

Barańczak do pewnego stopnia miał rację, ale zważywszy, jak dużo czasu przeżyłem w Ameryce, moje doświadczenia i wspomnienia związane są zasadniczo z tym miejscem i niewiele starej Europy zostało w mojej podświadomości. Tylko w wierszu o moim wojennym dzieciństwie widać tę dualność, o której mówi tłumacz. Ale gdy piszę o krowach i kurczakach w New Hampshire albo o ulicach Nowego Jorku, to takie tematy nie mają oczywiście nic wspólnego z moim serbskim pochodzeniem.

Kierunek rozwoju poezji amerykańskiej po drugiej wojnie światowej wiąże się ze zwrotem ku temu, co osobiste, ulotne, przygodne. Pan należy do pokolenia, dla którego historia była rzeczą fundamentalną. Czy poezja wciąż potrafi uwzględniać tematy historyczne?

W okresie po drugiej wojnie światowej zdarzali się poeci, którzy włączali takie tematy do swoich utworów. Wspomniałem już o Ginsbergu; oprócz niego był Robert Lowell, autorzy piszący wiersze protestu przeciwko wojnie w Wietnamie albo popierający ruch na rzecz swobód obywatelskich. Teraz mamy zdecydowanie mniej tego rodzaju twórczości, zarówno poeci, jak i obywatele w ogóle, odwrócili wzrok od wojen w Iraku czy Afganistanie; również od przejawów niesprawiedliwości społecznej w kraju. Dlaczego tak się dzieje – to problem złożony i nie ma tu prostej odpowiedzi. Jeden powód może być taki, że jeśli mieliśmy jakieś zbiorowe sumienie jako naród, to uległo ono atrofii.

Jakie obce wpływy i inspiracje można znaleźć we współczesnej poezji amerykańskiej? A może jest ona tak żywa i zróżnicowana, że nie musi podejmować dialogu z „innymi tradycjami”?

W latach 60. i 70., kiedy wydawano dużo poetyckich tłumaczeń, nasi poeci inspirowali się twórczością z innych części świata, zwłaszcza z Europy i Ameryki Południowej. To zamknięty rozdział, bo na przestrzeni ostatnich trzydziestu lat poezja amerykańska tak bardzo się zróżnicowała, że autorzy zwracają uwagę przede wszystkim na to, co dzieje się w wymiarze lokalnym.

Skoro poezja amerykańska jest dzisiaj tak rozproszona, czy może wyłonić się z niej jakiś kanon? Jakie współczesne zjawiska poetyckie mogą stać się podstawą dla powstania choćby namiastki kanonu w przyszłości?

Gdyby zadał mi pan to pytanie trzydzieści lat temu, spróbowałbym odpowiedzieć, ale nie dzisiaj. W całym kraju zamykane są biblioteki i księgarnie, w szkołach i college’ach uczy się coraz mniej literatury, a młodzi ludzie coraz mniej czytają. Trudno mi sobie wyobrazić, aby w takich warunkach ukształtował się jakiś kanon. Nawet uniwersytety nie wierzą już w kanon i na przestrzeni ostatnich dwudziestu lat ochoczo okroiły, niekiedy zlikwidowały, programy literatury powszechnej. Przypuszczam, że poezja pozostanie mocno zróżnicowana, odwołując się do szerokiego zakresu poetyk – od formalizmu do awangardy. Nie chcę jednak snuć dywagacji, skoro nie mogę z całą pewnością powiedzieć, że za trzydzieści, czterdzieści lat wciąż będziemy mieć drukowane książki.