Uchylanie maski

Henryk Waniek
#

Tekst z piątego numeru miesięcznika Nowe Książki (5/2014)

Czułem się zdeprymowany wielkością odgłosów medialnych, recenzji, omówieni, komentarzy i opinii o książce Magdaleny Grzebałkowskiej, już na długo zanim znalazła się na rynku księgarskim.

Tym bardziej, że podwójny portret ojca i syna, Zdzisława i Tomasza Beksińskich, mógłby z powodzeniem stać się portretem podwójnym, gdyby nieco silniej wyeksponować żonę i matkę, Zofię Beksińską. Nie była ona co prawda wybitną artystką ani prezenterką radiową hitów muzycznych, ale bez jej ofiarnego udziału nie byłoby – zapewniam – ani jednego, ani drugiego. Skromna, oddana i cicha, a równocześnie – szczególnie dla Zdzisława – inspirująca, nie dożyła finalnego ekscesu syna (po wielokrotnych próbach samobójczych wreszcie dopiął swego, by w ten sposób zaprotestować przeciw kierunkowi zmian w muzyce rokowej).

Piszę tu o książce, w której powstaniu miałem swój mały udział, ale – i może przede wszystkim – głównie dostrzegam w niej sprawy będące w swoim czasie w zasięgu moich oczu, uszu i rąk. Natomiast autorka musiała je starannie poznawać, kompletując źródła i usiłując zrozumieć złożoność przedmiotu, jaki postawił przed nią wydawca. Dowodem jej zawodowej, dziennikarskiej i pisarskiej, sprawności był już barwny i dociekliwi wizerunek ks. Jana Twardowskiego. Ale w omawianym tomie poszła znacznie dalej, by osiągnąć ogromny sukces autorski. Temat – poprzez swoją niejako sensacyjność – przysłuży się, jak się spodziewam, sukcesowi książki, choć Grzebałkowska stara się nie epatować niedyskrecjami i tragedią.

Tomasz Beksiński stał się poniekąd idolem pokolenia notorycznych miłośników płyt oraz całej młodzieżowej subkultury wyrosłej na tym zgiełku. Był też świetnym tłumaczem dialogów filmowych. Ale jego ulubiony Sens życia według Monty Pythona zdaje się być jedynym sensem, na jaki – już wcale nie tak młody syn znakomitego malarza – trafił w życiu. Autorka wprawdzie dokłada starań, by unikać krzywdzących uproszczeń, niemniej do sedna prawdy (bo chyba nie ma tajemnicy) pozostaje spory kawałek. Czytelnik z tym problemem musi uporać się sam, wybierając wątki prowadzące w prywatność, życie intymne, stosunki rodzinne, a w konsekwencji społeczne. Do niego należą wszelkie sądy moralne i egzystencjalne wnioski. Scenografią tego przedstawienia jest tło PRL-u oraz jego prowincjonalna, a później stołeczna powszedniość, wymagająca szczególnej akrobacji życiowej. Stąd może przesadna anegdotyczność tamtych czasów, bo przecież niezależnie od barw politycznych, tak wtedy, jak dzisiaj, miejscem akcji jest Polska i jej kulturowa przestrzeń.

Prawdziwie tajemnicza (chciałoby się nawet rzec – metafizyczna) jest jednak sprawa życia, twórczości, kariery i śmierci Beksińskiego-ojca, którego – jak się wydaje – przerastał trud ojcostwa. Architekt z wykształcenia, niegdyś wiodący fotograf awangardowy, twórca niepokojących, choć nieco wtórnych obiektów rzeźbiarskich, ostatecznie został malarzem. I w tej dziedzinie, jak we wszystkim, zwyciężał Beksiński perfekcjonista. Jego obrazy określa się jako „kontrowersyjne”, choć najczęściej jest to wyraz zazdrości tych miernot artystycznych, które nie potrafią dowieść, że wiedzą, do czego służy farba i pędzel, lub gromów ciskanych przez ekspertów „dobrego smaku”. Za kontrowersyjne uważa się też treściowe przesłanie jego dzieł. No tak. Dla wielu okazuje się ono nie do przyjęcia, ponieważ atakuje nasze idylliczne iluzje. Jest eschatologicznie wynaturzone. Przywołuje senne koszmary. Mimo to krąg adoratorów tej sztuki stał się na tyle wielki, że automatycznie potwierdza atrakcyjność obrazów Zdzisława Beksińskiego, czyniąc je tak popularnymi, jakimi de facto są.

Pozostaje jednak sprawą, czemu służy twórczość w planie życiowym artysty. Dla Beksińskiego, poza wszystkim innym, była ona narzędziem stworzenia sobie optymalnej wygody bytowej. Można by nawet powiedzieć, że właśnie w tym osiągnął powodzenie, gdyby rzeczywistość nieznająca pardonu, niezważająca na nasze prywatne marzenia, nie dopadała artysty po wielokroć. Aż do ostatniej chwili.

Na początku naszej znajomości pojawiała się w rozmowach kwestia prawdy. Zdzisław przywoływał chętnie ten fragment z Cervantesa, gdzie Don Quijote uczynił sobie hełm z tektury i uderzył weń mieczem, by sprawdzić jego odporność. Hełm nie wytrzymał, a zasmucony rycerz zrobił sobie nowy. Lecz już nie poddał go próbie. Kontaktu z prawdą należy unikać. Najlepiej nałożyć jej maskę według własnego widzimisię i w żadnym wypadku pod nią nie zaglądać.

Ale skądinąd wiedziałem, że w Beksińskim jest znacznie więcej, niż na ogół pokazuje. I myślę nie tyle o jego obrazach, bo to wydaje się per se oczywiste, ile o swoistej filozofii, jaką uprawiał. Jej ślady – lecz jakże szczątkowe – pobrzmiewają w licznych udzielanych przezeń wywiadach i niezliczonych listach, jakie namiętnie pisywał. Można w nim widzieć osobliwego intelektualistę, ale do czasu, gdy zrodzi się podejrzenie, że to maska, pod którą mogą być i następne. Nigdy się nie dowiemy, czy te różne zasłony (zza nich Beksiński sygnalizował swą obecność), nie stały się ostatecznie szatą Dejaniry. Grzebałkowska wiele odsłania, choć ogranicza ją kontekst Tomasza. Najważniejsze, że książka ta przypomina nie dość dyskutowane, ciągle czekające na swoją okazję zjawisko artystyczne, jakim był Zdzisław Beksiński. A to, że różniliśmy się w poglądach, nie przeszkadzało mi wcale stać po stronie jego twórczych przedsięwzięć.     

Usłyszałem gdzieś, że jest to książka o niedostatku miłości. Możliwe, że i taką tezę założyła sobie Magdalena Grzebałkowska. Spytam ją przy okazji. Ale przypuszczam, że raczej ci, którzy umieją mierzyć miłość na kilogramy, a nade wszystko wiedzą, co to jest miłość prawdziwa, nie dostrzegają w tym obszernym tomie prawdziwie polskiego (może nawet małopolskiego) obrazu uczuciowości, zniekształconego przez rozmaite tła polityczne, ustrojowe, gospodarcze i obyczajowe. Zawsze zastanawiało mnie, że Zdzisław Beksiński ani razu nie opuścił Polski, a wszelkie okazje podróży zagranicznych stanowczo odrzucał. Powody były różne, choć on sam wyjaśniał to w sposób nieco pokrętny. Jakby się obawiał, że gdzieś tam może jest karczma, która „Rzym się nazywa”. Dziwiłem się temu, dziwiłem, aż w końcu pojąłem, że po prostu to nie mogło się stać gdzie indziej, jak tylko między Wisłą i Sanem. I przez cały czas właśnie tym było – czymś arcypolskim.

Magdalena Grzebałkowska
Beksińscy. Portret podwójny
Kraków, Znak 2014