Literat w mleczarni

#

Rozmowa z profesorem Andrzejem Z. Makowieckim o książce Warszawskie Kawiarnie Literackie pochodzi z trzeciego numeru miesięcznika Teatr (3/2014)

PAWEŁ PŁOSKI: Przyniosłem ze sobą mapę Warszawy, bo książka w naturalny sposób prowokuje do przechadzki szlakiem warszawskiej bohemy. Gdzie najlepiej ją zacząć?

ANDRZEJ Z. MAKOWIECKI: Gdyby zaczynać taki spacer z szacunkiem dla tradycji, jeszcze romantycznej, to trzeba zacząć w okolicach Honoratki, czyli róg Kapitulnej i Miodowej, a potem iść Traktem Królewskim i skończyć gdzieś na placu Trzech Krzyży.
A można i w drugą stronę, czyli zacząć od kawiarni U Miki przy placu Trzech Krzyży. Ale to w przypadku, jeżeli zaczynamy od Młodej Polski i nie oglądamy się na tradycję romantyczną.
Bo tu jest pewien kłopot. Zwykło się mówić, że lokale jak Honoratka czy Dziurka to początki kawiarni literackich. Mnie się wydaje, że te kawiarnie romantyczne były naprawdę politykujące, antyreżimowe. Uczestnictwo w nich literatów to rzecz normalna, bo literaci lubią być w opozycji. Więc nic dziwnego, że tam bywał Mochnacki. Ale tam się nie o literaturze mówiło, tylko jak podejść cara.

PŁOSKI: Te kawiarnie są zwykle blisko siebie.

MAKOWIECKI: Lokalizacja kawiarni literackich w Warszawie jest taka, jak na całym świecie – one są wszystkie „w kupie”. Dokładnie w samym centrum, mimo że miały być miejscami zacisznymi, miejscami odosobnienia dla środowiska.
Jeśli zacząć od U Miki, czyli od Nowego Światu nr 1, na rogu placu Trzech Krzyży, to są nieduże odcinki. Nie dochodzimy do BGK i już jest Nadświdrzańska. Potem nagle – w miejscu Empiku – jest Udziałowa, późniejszy Cafe Club, słynny za okupacji, choć nazwa była wcześniej.

PŁOSKI: Tam mieścił się pierwszy w dziejach polskiej sceny Teatr 13 Rzędów…

MAKOWIECKI: Ale ja zapomniałem… rzecz niewybaczalna… Trzeba przecież ten spacer zacząć na Wiejskiej, czyli od Czytelnika, i uważać, żeby nie wejść vis-à-vis do Jontka, bo to utrudnia późniejszą wędrówkę (śmiech), niejednemu utrudniało, pamiętam…

PŁOSKI: Jontek? kawiarnia?…

MAKOWIECKI: Nie, knajpa. W Ziemiańskiej nie było alkoholu, poza kieliszkiem likieru. Jak ktoś chciał golnąć setkę, to miał przez ulicę do Wróbla. Tak to bywało. Tu się piło kawę, a tam się szło na wódkę i zakąskę.
I tak było w Czytelniku. Naprzeciwko był, plugawy zresztą, bar Jontek. I jeżeli – załóżmy całkiem teoretycznie – Konwicki porozmawiał z Grochowiakiem w Czytelniku, to na kieliszek szło się tam…

PŁOSKI: I Grochowiak zostawał… (śmiech)

MAKOWIECKI: Nie będziemy wymieniać wszystkich, którzy zostawali, bo byłoby ich strasznie dużo. Więc trzeba by zacząć od Czytelnika, potem U Miki, potem Nadświdrzańska, potem Udziałowa. Potem przejść na drugą stronę ulicy, zahaczyć o PIW na Foksal, wrócić na stronę zachodnią. I najpierw byłyby Kresy na rogu Wareckiej, potem Pikador. Następnie trzeba by było skręcić w Świętokrzyską, wejść w ulicę Mazowiecką, to by była Ziemiańska. Później należałoby Mazowiecką przespacerować się aż do Pałacu Kronenberga, skręcić w Królewską i wejść do IPS-u. Potem cofnąć się na teren ogrodu przy pałacu Raczyńskich, przejść przez podwórze SiM-u, i wyjść na Traugutta, gdzie był Zodiak.
Rozmawiałem ostatnio z przewodniczką po Warszawie i ona powiedziała, że po lekturze książki wprowadza nową trasę – śladami kawiarni literackich w Warszawie. To jest bardzo dobry spacer.

PŁOSKI: W książce unika Pan anegdotycznego opisu życia kawiarniano-literackiego.

MAKOWIECKI: Pilnowałem porządku. Doceniam legendy, ale mam ochotę się im przyjrzeć. Nie po to, żeby je dezawuować, broń Boże. Stara prawda mówi: nie ma żadnego sposobu, by unicestwić mit czy legendę. Można je zastąpić innymi, ale wyrzucić się nie da.
Mnie w mniejszym stopniu interesowała książka, która by pękała od anegdot i historyjek, nie zawsze prawdziwych. Ileż krąży takich nieprawdziwych legend o aktorach. Z samych opowieści o Himilsbachu i Maklakiewiczu dałoby się zrobić dobry tom. Ja w to nie wierzę. Ludzie tak nie eksplodują tyloma wydarzeniami, opowieściami. Legenda wymaga pewnej kondensacji. To trochę tak, jak ze sztuką teatralną, która winna skondensować w trzech aktach to, co w życiu wlecze się miesiącami i jest nudne.
To był rodzaj uporu: zacytuję tylko te historie, o których mam potwierdzoną relację świadka, że ona została tam powiedziana. Chciałem opowieści nadać rangę faktograficzną. Jak miałem relacje o jakimś wnętrzu sprzeczne, to próbowałem to zestawić, zrekonstruować, bo przecież ja tam też nie byłem.

PŁOSKI: Rekonstrukcja też jest w gestii czytelnika. To jest oddzielna zabawa przy lekturze – sprawdzanie adresów, rekonstruowanie, wyobrażanie sobie, jak mniej więcej to mogło wyglądać. Mnie rozbawiło, że kiedyś nie było kawiarni, tylko mleczarnie.

MAKOWIECKI: My używamy nazwy kawiarnia, ale na określenie takiego lokalu jest kilka nazw. Przecież skamandryci z dziewczynami spotykali się w cukierni. W dwudziestoleciu wszyscy chodzą do cukierni, a nie do kawiarni, przecież Ziemiańska to była „cukiernia Ziemiańska”. A najpierw – za czasów młodopolskich – do mleczarni.

PŁOSKI: Bo z czasem zmieniał się asortyment?

MAKOWIECKI: No tak. Klasyczna cukiernia odeszła od napojów mlecznych – głównej atrakcji mleczarni, gdzie i kawa była zabielana.

PŁOSKI: No i zsiadłe mleko w Nadświdrzańskiej…

MAKOWIECKI: Do legendy przeszło, że kroiło się nożem jak masło i nie było lepszego. Tak głoszą przekazy.

PŁOSKI: Ostatnio mleczarnia wróciła w Aleje Jerozolimskie. Jest „Mleczarnia Jerozolimska”, ale to sieć barów mlecznych, więc nawiązanie jest chyba przypadkowe.

MAKOWIECKI: Nie dowierzam powszechnej świadomości językowej i historycznej. Na przykład mnie zadziwia, że wyrazy obce, obecne w języku warstw wykształconych od całkiem dawna, zostały potem zapomniane i wróciły w wersji angielskiej. Klasyczny przykład, francuskie słowo image (czyt. imaż). Potem znikło i mamy image (czyt. imidż).

PŁOSKI: A właściwie po co literatom były kawiarnie?

MAKOWIECKI: Były potrzebne z tych względów, których już dzisiaj nie ma. Między innymi z powodów komunikacyjnych. Dziś są telefony komórkowe, jest Internet. Zmienił się sposób porozumiewania w czysto technicznych, zawodowych sprawach. W kawiarniach przecież nie rozmawiało się o sztuce w taki sposób, w jaki Krasiński pisze o tym w swojej epistolografii. Widywali się tam ludzie ze swojego kręgu, mieli spotkania z wydawcami, załatwiali interesy. Był to też rodzaj odskoczni towarzyskiej, okazja, by się spotkać, powygłupiać nawet.
Są dwa sposoby widzenia kawiarni. Z jednej strony uwznioślone. Że tam się rozmawiało o sztuce przez wielkie S (w co ja nie wierzę). Że tam powstawały wiersze (no może się komuś zdarzyło coś napisać na serwetce). Że tam się tworzyło programy i pisało manifesty artystyczne (to też nie tak). Drugi sposób – bardziej realistyczny – że pisarze się tam spotykają po to, by się bawić i obgadywać znajomych – że na przykład Iksiński pisze słabe wiersze i nigdy nie dopuścimy do ich publikacji w naszym piśmie.
Prawda jest pośrodku. Trochę tego, trochę tego.

PŁOSKI: Były jeszcze kawiarnie środowisk twórczych.

MAKOWIECKI: Świadomie nie brałem pod uwagę kawiarni w Związku Literatów, ani lokali typu SPATiF, bo one mają ograniczenia wstępu. A w kawiarni literackiej musiała być jakaś „zwykła” publiczność.
I to kolejny powód zaniku zjawiska kawiarni – dziś publiczności w ogóle to środowisko nie obchodzi. W dwudziestoleciu pisarz był celebrytą. Był rozpoznawany na ulicy, dopadano go przy każdej okazji. Był uważany za indywiduum obdarzone wyjątkowymi cechami. Publiczność pasjonowała się na przykład romansami Kazimierza Przerwy-Tetmajera. Jakby Tetmajer żył w naszych czasach, mógłby mieć tych romansów na kopy, a publiczność i tak żyłaby tym, czy Michał Wiśniewski się ożeni, czy się nie ożeni. Celebryctwo przeniosło się w inne rejony, dotyczy zupełnie innej kategorii ludzi, m.in. przedstawicieli jakiejś innej formy sztuki, jeśli tak powiedzieć o prezenterkach pogody.
Pisarze przestali być celebrytami, stracili publiczność masową. Oczywiście, są czytelnicy, ale to nie jest publiczność, która by nadawała komuś rangę celebrycką. Jakby poszła plotka, że w jakiejś kawiarni siedzi Pilch i jeszcze parę piszących osób, to ktoś poleci ich zobaczyć? – nikt nie poleci. Coś się skończyło, jakaś epoka życia literackiego. Ale tak się kiedyś skończyły salony.

PŁOSKI: Skończyła się rola kawiarni jako – by użyć Pańskiego zwrotu – instytucji życia literackiego… Zamiast kawiarni mamy dziś wysyp nagród literackich.

MAKOWIECKI: Tak, giełdę kawiarnianą zastąpiły nagrody. Nagród literackich jest dużo i niektóre dorobiły się wysokiej marki.

PŁOSKI: Dzisiaj pisarzy nie spotyka się w kawiarniach, tylko w zasobnych domach pracy twórczej w Niemczech, gdzie spotykamy ormiańską emigrantkę, japońską historyczkę sztuki i polskiego eseistę.

MAKOWIECKI: Jeśli można podyskutować z noblistą na jego stronie internetowej, to po co kawiarnia?

PŁOSKI: Wspomniał Pan o publiczności kawiarnianej. Czy w kawiarniach literackich było coś z teatru?

MAKOWIECKI: Można mówić o takim teatralnym układzie życia w kawiarni. Bałem się z tego wyciągać ostateczne konsekwencje. Myślałem, że to się nie całkiem sprawdzi.
Na pewno w kawiarni ten wymiar, który ma charakter wewnątrzśrodowiskowy, byłby niepełny bez widowni. Co z tego, że mamy zarezerwowany stolik, jak nikt się nie próbuje do niego dostać. Co z tego, że jest reglamentowana salka, jak nikt nie ma ochoty narazić się na uwagę: „Proszę pana, tu zbierają się pisarze, gdzie się pan pcha”. Poza pognębieniem tego, który się pcha „na chama”, bez uprawnień, ten fakt dowartościowuje tych, którzy nie dopuszczają.

PŁOSKI: W Pańskiej książce w odniesieniu do kawiarni nie pada słowo „przedstawienie”. Unika Pan tego z premedytacją?

MAKOWIECKI: Gdyby dało się opisać kawiarnie dwudziestowieczne w kategoriach spektaklu i kategoriach teatrologicznych, to by było cudowne. Przecież na benefisach jest czasem tak, że na widownię zaprasza się kolegów z branży, którzy stanowią tę najbliższą publiczność, a zjadacze chleba, kibice teatralni – resztę. W kawiarni publiczność też bywa uszeregowana pod względem ważności. Ale tu też czasami nie chodzi o to, żeby ten zwykły zjadacz chleba doszedł do wniosku, że coś nie jest dla niego, że jest jakaś bariera – ale by ktoś z branży zrozumiał, że nie ma szans dojść do sceny, do punktu centralnego. Zatem są pewne elementy przestrzeni scenicznej. Mnie się wydawało, że to trochę za mało.

PŁOSKI: Szczególną hierarchię wytworzyła Ziemiańska. Tam musiało być napięcie. Stolik Cyrulika i skamandrytów, stolik Kwadrygi, stolik Gombrowicza.

MAKOWIECKI: Żadna chyba kawiarnia nie miała tak jasnego podziału. Tam nastąpiło jeszcze coś istotnego – ci najwięksi zostali od razu przestrzennie wyniesieni. Z półpiętra jak archaniołowie patrzyli na kotłujący się tłum. W Ziemiańskiej nigdy właściwie nie było wolnego miejsca w tych godzinach popołudniowych, kiedy był czynny stolik skamandrytów. Przez to wytworzył się tam taki obyczaj, że wchodziło się do kawiarni w kapeluszu i w palcie. Ludzie stali albo przechadzali się między stolikami w jesionce i w kapeluszu. Sama bytność w tym miejscu była oczekiwaniem na coś niezwykłego. Już samo pokazanie się zaspokajało człowieka ambicjonalnie. To coś niezwykłego i taka wyjątkowa była pod tym względem kawiarnia.
W Ziemiańskiej był także, najmniej opisany, stolik filmowy.

PŁOSKI: Bywali tam też Schiller, Horzyca, ale nie było stolika teatralnego.

MAKOWIECKI: Już w Młodej Polsce aktorzy bywali czasami w Udziałowej, ale zawsze ta giełda aktorska była u Lourse’a (w Hotelu Europejskim) i u Semadeniego (pod filarami, obok wejścia do Teatru Narodowego). Trzeba pamiętać o specyfice tego zawodu. Nie było wtedy castingów. Gdzie się one odbywały? W kawiarni. To był zawód, w którym adepci najwcześniej musieli nastawić się na giełdę. Plastycy i pisarze nie musieli. Więc, jak już ustaliła się tradycja, to nie było potrzeby zmieniać miejsca. Owszem, można było pójść do Ziemiańskiej, ale nie należało liczyć na to, że się tam dostanie kontrakt, bo tam się tego nie załatwiało.

PŁOSKI: Nad kontuarem popularnej klubokawiarni Chłodna 25 umieszczono cytat z Tadeusza Kantora: „Każda rewolucja artystyczna zaczyna się w kawiarni”. Prawda – czy to tylko okrągłe stwierdzenie?

MAKOWIECKI: Rewolucja szykowała się w kawiarni romantycznej, ale nie literacka. Na dobrą sprawę zdecydowałbym się tylko na jeden przykład – Pikador. Napawa mnie podziwem wobec Skamandra, niezależnie od poezji, ich umiejętność wejścia w nowe warunki obiegu literatury. Nawet to, że w swoim programie podkreślają komercyjny, fiskalny charakter sztuki – że za dedykację tyle marek, a za dopisanie „kochanemu” tyle. W tym jest trochę zabawy, ale także spostrzeżenie, że sztuka zrobiła się towarem. I należy z tego wyciągnąć konsekwencje. Może to trochę rewolucja podpatrzona – bo to trochę od Majakowskiego i Burluka wzięte. Taka kawiarnia-kabaret, gdzie się deklamowało Rimbauda, gdzie wielcy poeci czytali swoje wiersze, ich akolici swoje i było miejsce dla satyry politycznej. To było kompletnie nowoczesne. Tu dokonała się rewolucja. To był sygnał, co jest objawem sztuki nowoczesnej – czyli świadomie rynkowe, towarowe relacje w tym wszystkim. Skamandryci zauważyli to doskonale. Od razu.

PŁOSKI: To może bliższe prawdy byłoby powiedzenie, że każda opozycja prędzej czy później w kawiarni wyląduje.

MAKOWIECKI: Jeżeli nie będziemy mieli na myśli tylko rewolucji artystycznej. Wiele rewolucji zaczynało się od spiskowania w kawiarni. Nie jestem pewien, czy Lenin w Szwajcarii też nie spiskował w kawiarni. Życie kawiarniane w PRL-u było takie wątłe, bo aktywna opozycja była liczebnie bardzo szczupła.

PŁOSKI: Z tego powodu nie przeszły do legendy bar kawowy przy Grubej Kaśce czy bar kawowy Piotruś. Pan napisał o wzorcowych kawiarniach. A czy pominął Pan kawiarniane meteory, miejsca, w których coś się wydarzyło, ale jednorazowo?

MAKOWIECKI: Trudno snuć takie rozważania o dwudziestoleciu, bo nie byłem tego świadkiem. Jeśli chodzi o lata powojenne, to na pewno taką szansę po październiku miał klub Manekin na Rynku Starego Miasta, który miał i górę, i piwnicę, i bardzo dobre koncerty jazzowe. Tam przez pewien czas zbierali się nieprawomyślni literaci. Ale za krótko i za mało.
Szansę miała Telimena. Jeszcze przed maturą parę razy nabożnie siadywałem przy stoliku, przy którym rozmawiali Piotr Witt, Mariusz Tchorek i Jerzy Prokopiuk, jedyny prawdziwy gnostyk w Polsce. O Telimenę upomniał się nawet Andrzej Dobosz. Ale ona tak naprawdę nigdy się nie ukonstytuowała jako kawiarnia literacka.

PŁOSKI: A Pan bywał w opisywanych przez siebie kawiarniach?

MAKOWIECKI: Jak zacząłem pracować w PIW-ie, to kawiarnia już nie funkcjonowała. Wcześniej, nie to, że bywałem – bo bywanie polega na siedzeniu, rozmawianiu z ważnymi ludźmi. Widziałem tylko tych ludzi, bo przecież tam była też księgarnia. Była też malutka salka kawiarniana, gdzie nigdy nie można było wsadzić szpilki, gdzie siedziały tuzy polskiej literatury i plastyki, a oprócz tego kilka pięknych dziewczyn. I rozmawiając z panią Blanką o tym, co ostatnio wydano, stawał się człowiek publicznością. Natomiast nigdy nie bywałem w kawiarni jako uczestnik rozmowy na przykład przy stoliku Słonimskiego, to byłyby za wysokie progi. Podobnie z Czytelnikiem. Jeżeli tam bywałem, to raczej w drobnych sprawach wydawniczych niż jako ktoś „z towarzystwa”.