Nowe przygody MLB

Marek Olszewski
#

Tekst z trzeciego numeru miesięcznika Nowe Książki (3/2014)

Zacząłbym może i nieco przekornie od stwierdzenia, że poezję Miłosza Biedrzyckiego najlepiej byłoby zostawić w spokoju ku uciesze czytelników.

Jest to bowiem twórczość tego rodzaju, że każda próba wtórnego „opowiedzenia” jej (czy o niej) naznaczona jest ryzykiem karczowania elementu radosnej i niezwykle energetyzującej spontaniczności, która leży u źródeł tych szalonych wierszy.
Istnieje pewna niezręczność wynikająca ze zderzenia dyskursywnego, porządkującego metajęzyka z pędzącymi ku coraz to nowych przygodom frazami poety. Czego tu u Biedrzyckiego nie ma! Mafia syczuańska spotkana pośrodku starej Ochoty, ropolubni wieżowczanie jako mieszkańcy okolic rafinerii, łapczywie zajadający pizzę z tekturki Czesław Miłosz w roli upadłego autorytetu… A wszystko to podawane wers po wersie z wybornym poczuciem humoru, sporą domieszką ironii i jeszcze większą dozą absurdu.

Trzeba przyznać, że autor Porumba już od pierwszych swoich książek z lat dziewięćdziesiątych gra ze światem na własnych zasadach, które krytycy wywodzą ze szkoły neoawangardy. Właściwa jest mu nieufność  wobec estetyzujących sztuczek: w wierszu Oburzająco z niniejszego tomu, gdzie w początkowej fazie oczom czytelnika ukazuje się niebo porównane do apetycznie wyglądającej porcji lodów, podmiot zaraz torpeduje tę niebezpiecznie bliską kiczu iluminację, pytając pod adresem widoczku:

Czy nie zaszkodzi mu
to wyżywanie się w estetyzujących sztuczkach?
Czy nie zatraci z pola uwagi własnej powagi i wagi?

Sporo jest w nowych utworach refleksji dotyczących pisania wierszy, które albo żartują z doli poety (jeden z utworów nosi tytuł: Odkąd zacząłem stawiać duże litery na przedzie zdań, dobrostan spadł mi niepomiernie), albo też są czymś w rodzaju przenikliwego autokomentarza do własnej strategii poetyckiej: „To jest liryka maski. To jest z liryka maski przezierające / wnętrze zewnętrze” (Librowszczyzna) . Jeśli dodać do tego jeszcze kilka utworów o nieco nostalgicznym posmaku, przywołujących wspomnienia z młodszych lat, można wysnuć wniosek, że Porumb jest książką poety dojrzałego, o ustalonej pozycji, który wypracowuje relacje z przeszłością. Temat taki mógłby sugerować, że Biedrzycki z biegiem lat „sklasyczniał” – nic bardziej mylnego. Przed zastygnięciem chroni go wiecznie młody i niezmiennie zachwycający język, który z jednej strony karmi się nieskończoną pomysłowością autora, z drugiej zaś – głosami innych.

Warto zaznaczyć, że pomimo robienia użytku ze zmysłu parodystycznego Miłosz Biedrzycki nie jest poetą napastliwym, który próbowałby coś dla siebie ugrać w batalii o idee. Nie pasuje mu twarz bojownika, o czym mówi wprost w paru tekstach ośmieszających społeczne bądź narodowe zobowiązania literatury (Kurczak Babel, kilka wierszy o tajemniczych Szipach, Szepach i im podobnych). Nie oznacza to jednak, że odwraca się od wydarzeniowości świata. Wręcz przeciwnie! Wchodzi w samo jej sedno, płynąc w rytmie rzeczywistości, której tempo wyznacza technika. Z niemałym zainteresowaniem obserwuje to, co dzieje się na rynkach finansowych, czyta tabloidy, ale i opowiada o swoich bliskich i dalszych krewnych.

Prędzej więc porównałbym go do nieznośni inteligentnego i przy okazji niezwykle sympatycznego (super?)bohatera, który potrafi zrobić użytek z najrozmaitszych konwencji, stylów mowy, autorskich idiolektów poetyckich, obcych języków (tytułowy Porumb to po rumuńsku kukurydza), posłyszanych anegdot czy piosenek – od pieśni ułańskiej po smętnego bluesa. Ta wielojęzyczność tomiku zbacza ostatecznie w kierunku rozbudowania „wątku rumuńskiego”, któremu przewodzi – pretekstowo przywołany XIX-wieczny rumuński kompozytor – Porumbescu. Bo właściwie… czemu nie?

Ważną i nieodłączną domieszką poetyckiego świata spod znaku MLB jest od zawsze w nim rezydujący element anarchiczny, chuligański, trochę kojarzący się z zapisem automatycznym, trochę z efektem udziwnienia. Spełnia on tutaj funkcję twórczego zapłonu odpalającego maszynerię mowy.

Wyobraźnia pracuje w Porumbie jak zwykle na najwyższych obrotach, co odczuwalne jest zarówno w dziedzinie obrazu, jak i w niespotykanej wręcz inwencji samego języka. Wszelka czystość tony w służbie wystawieniowości wiersza jest przez autora mile widziane. Na jego poetyckim party obowiązują za to: strój nieoficjalny, mowa nieodświętna i wyraźnie popuszczone wodze fantazji. Każdy kto spełnia te trzy proste warunki, może czuć się zaproszony.

Miłosz Biedrzycki
Porumb
Poznań: Wydaw. Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej i Centrum Animacji Kultury, 2013