(Nie)przegrana sprawa literatury

Julia Wójcicka
#

Tekst z drugiego numeru miesięcznika Nowe Książki (2/2014)

Esej literaturoznawczy ma w Polsce tradycję dość długą, a przede wszystkim wyznaczoną nazwiskami wybitnych twórców i zarazem badaczy.

Rozwój tej formy genologicznej wiąże się z zacieraniem granicy między tradycyjnymi gatunkami literaturoznawczymi a esejem literackim, reprezentowanym na rodzimym gruncie przez szereg znakomitych pisarzy od Stanisława Brzozowskiego po Andrzeja Stasiuka. Nierzadko przyjmuje się, że różnica między nominalną dysertacją a esejem ma charakter retoryczno-techniczny i sprowadza się do cechujących tę pierwszą: bezosobowego stylu wypowiedzi, (pozorów) obiektywizmu, ostrożności w wyciąganiu wniosków, charakterystycznych dla rozprawy zwrotów i sformułowań, w końcu starannie prowadzonych przypisów oraz kompletnej bibliografii. Ujmując rzecz od strony drugiego z rozważanych gatunków, można stwierdzić, że o swoistości eseju na tle piśmiennictwa naukowego przesądza jego swobodna forma oraz wyrazista autoprezentacja tego, kto pisze, bo – zgodnie z tezą Michała Pawła Markowskiego – eseista „jest przede wszystkim podmiotem poszukującym swojej tożsamości”. Pomimo istnienia wskazanych różnic aktualnie coraz częściej przyjmuje się, że nie przesadzają one jednak ani o większej, ani o mniejszej wartości którejkolwiek z form.

Na postępującą eseizację badań literaturoznawczych wskazuje twórczość wielu znawców belle lettre: Jana Kotta, Marii Janion, Stanisława Barańczaka, Ryszarda Przybylskiego, Jerzego Jarzębskiego, Stefana Chwina, Jacka Łukasiewicza, Marka Bieńczyka i last but not least Jarosława Marka Rymkiewicza. Zwłaszcza ten ostatni w swoich publikacjach – od książki Aleksander Fredro jest w złym humorze (w 1984 r. uznanej za rozprawę habilitacyjną) aż do cyklu mickiewiczowskiego Jak bajeczne żurawie – konsekwentnie kreuje coś, co można nazwać metodą eseistyczną w pisaniu o literaturze – metodą niestroniącą nawet od beletryzacji i zmuszającą innych literaturoznawców do przeformułowania tego, co uznają oni za wyznaczniki naukowości w swojej dziedzinie. W omówioną tendencję wpisuje się również Piotr Millati, gdański badacz średniego pokolenia (ur. 1967), którego specjalnością jest literatura XX wieku. Poetyka jego najnowszej pracy, zatytułowanej Tratwa Meduzy, odbiega od sztywnych reguł akademickiego wywodu, bywa nonszalancka, a nawet – jak przyznaje autor – „arogancka”; pod nią kryje się jednak nieujawniona przez Millatiego wprost, lecz widoczna dla uważnego czytelnika dyscyplina myślenia i rzetelność warsztatu filologa.

Omawiana publikacja to zbiór artykułów, badacz wszelako nie stara się nadać mu jedności tematycznej ani nie deklaruje jej we Wstępie. Przeciwnie, otwarcie przyznaje, że Tratwa Meduzy jest „kolekcją” – heterogeniczną konstrukcją, której sens ujawnia niewidoczna na pierwszy rzut oka kategoria łącząca zgromadzone elementy. Jaka to kategoria? Zgodnie z zapowiedzią literaturoznawcy – notabene całkowicie zrealizowaną – autorska podmiotowość czy, mówiąc precyzyjniej, specyficzny sposób lektury, zakładający koncentrację na owej podmiotowości. W perspektywie Millatiego biografia twórcy jest niezbywalnym kontekstem jego dorobku literackiego, w którym zwrotnie zaznacza się figura egzystencji tego, kto tworzy. Reguła ta dotyczy zresztą nie tylko literata, czyli obiektu studiów specjalisty, ale również literaturoznawcy, czyli studiującego podmiotu – i w tekście tego ostatniego ujawnia się bowiem autorskie „ja”. „Podzielam pogląd Diltheya, ze uprawianie nauki o literaturze jest w sporej części ekspresją osobowości badacza. Każdy z nas jest więc obecny w przedmiocie swych badań i to zbliża nas do pisarzy – ich »ja« zabarwia przecież sobą każde wypowiedziane zdanie” – powiada historyk literatury, dając dowód wrażliwości prawdziwego eseisty.

Większe bloki artykułów poświęcone są Witoldowi Gombrowiczowi i Brunonowi Schulzowi, których Millati – autor książki Gombrowicz wobec sztuki oraz redaktor czasopisma „Schulz/Forum” – jest doskonałym znawcą. W pozostałych tekstach badacz zwraca się utworom Jana Lechonia, Czesława Miłosza, Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, Andrzeja Bobkowskiego i Andrzeja Stasiuka, które interpretuje w szerokim kontekście historycznym, biograficznym i literackim.

Na szczególną uwagę zasługuje szkic o autorze Coco de oro, wyróżniający się na tle Tratwy Meduzy oraz bogatej ostatnio literatury poświęcone Bobkowskiemu niepokornym (w pozytywnym sensie tego słowa) podejściem do utartych i wyeksploatowanych omówieni kanoniczych utworów. Millati bierze tu pod lupę gwatemalską spuściznę „chuligana wolności” i śledzi jej „czarny nurt”, określony przez stosunek twórcy do Latynosów. Wprawdzie można badaczowi zarzucić, że nieco uprościł sobie sprawę, pomijając te wypowiedzi Bobkowskiego, w których z zachwytem wypowiadał się ona na temat swojej „przybranej ojczyzny”, dystansował się do europejskiego dyskursu kolonizatorskiego, a nawet krytykował go. Trudno się jednak z Millatim nie zgodzić, gdy pisze, że pomimo czternastu lat pobytu w Ameryce Środkowej twórca nie przekroczył w gruncie rzeczy horyzontu wyznaczonego przez Keyserlinga w Meditations Sudamericanes oraz Conrada w powieści Nostromo.

Bobkowski w Gwatemali zachował europocentryczną perspektywę i był skłonny postrzegać swój „kieszonkowy kraik” przez europejskie szkło pomniejszające, nierzadko odnosząc się do Latynosów z protekcjonalizmem lub wręcz pogardą. Na fali entuzjazmu wobec tego wiecznego chłopca, włóczącego się rowerem po bezdrożach Francji i sklejającego w Guatemala Ciudad modele samolotów, mówi się o owej kwestii zdecydowanie za rzadko. Pomimo że Millati nie zwrócił uwagi na napięcie między odrzuceniem a podtrzymywaniem kolonizatorskiego dyskursu w omawianej twórczości, chwała mu, ze podjął trudny wątek, pomijany przez wielu „bobkologów”.

Tratwę Meduzy zamyka esej odmienny od reszty tekstów, poświęcony nie tyle konkretnemu pisarzowi, ile wątpliwej kondycji literatury w czasach, zdaniem autora, bardzo marnych. Obraz Théodore’a Géricaulta z 1819 r., który użyczył tytułu zarówno owemu esejowi, jak i całej książce, jest dla Millatiego metaforą sytuacji, w jakiej znalazła się dziś tradycyjna humanistyka i ci, którzy ją uprawiają: coraz mniej liczni, coraz bardziej wyobcowani ze społeczeństwa oraz spraw poruszających ludzkie serca i umysły. Literatura przestała był lustrem duszy człowieka – boleje badacz – i jako niepotrzebna usunie się wkrótce pod naporem mediów bardziej aktualnych! No cóż, być może to prawda, że belle lettre utraciła znaczną część swej mitotwórczej siły na rzecz kina i rozrywki masowej, ale przecież dopóki powstają książki literaturoznawcze, takie jak Tratwa Meduzy – mądre, a zarazem napisane z eseistyczną swadą – sprawa literatury nie jest całkiem przegrana.

Piotr Millati
Tratwa Meduzy
Szkice o literaturze
Gdańsk: „słowo/obraz terytoria”, 2013