Recycling sentymentalny

Ola Cieślak
#

Tekst z pierwszego numeru miesięcznika Nowe Książki (1/2014)

Kiedy mówimy o książkach, często automatycznie dzielimy je na książki dla dzieci, młodzieży i dla dorosłych. Komiksom bez względu na wiek odbiorcy poświęca się osobne półki w księgarniach, i nie ma w tym nic dziwnego. Ciągle jeszcze natomiast z pozycji dziwolągów startują książki obrazkowe, tzw. picture books.

Bogato ilustrowane, często zdają sugerować, że odbiorcą jest najmłodszy czytelnik. Tymczasem są to lektury wymagającego dorosłego wsparcia, wspólnego czytania i oglądania. I co najważniejsze – omawiania.

Picture book, czy po prostu książka obrazkowa, wydaje się być określeniem zbyt ciasnym, bo może dawać mylne wrażenie, ze chodzi po prostu o książkę, w której ilustracja przeważa nad tekstem. Być może stąd popularność anglojęzycznej nazwy, która jest bardziej uniwersalna i którą posługują się twórcy tego rodzaju książek. Książka obrazkowa to przecież miano, jakim można określić większość książek dla dzieci. Niestety określenie graphic novel – powieść graficzna, które wydaje się bardziej intuicyjne dla tego rodzaju publikacji, zarezerwowane jest dla powieści obrazowanych w sposób charakterystyczny dla komiksu. Pojęcie „książka artystyczna”, artist’s book też nazwą stosowną nie jest, choć przecież większość książek obrazkowych ma charakter artystyczny czy autorski. Warto wiedzieć, że to pojęcie odnosi się raczej do unikatowych lub niskonakładowych, sygnowanych obiektów książkowych o wartości kolekcjonerskiej.

Ta potrzeba klasyfikacji, choć dość nużąca, wydaje się jednak mieć sens. Bo gdzie szukać książek Iwony Chmielewskiej? W dziale dziecięcym z książkami do nauki liczenia i  zwierzątkami? Półka z określeniem picture book ułatwiłaby moim zdaniem poszukiwanie sporej części książek tego coraz popularniejszego wśród autorów nurtu. Picture book zakłada balansowanie między światem tekstu i obrazu, przenikanie się tych światów, wzajemne dopowiadanie. W obrazie kryją się sensy, które nabierają znaczenia dopiero w reakcji ze słowem. I ten rodzaj dwutorowej, uzupełniającej się narracji sprawia, że książka może stać się również obiektem zainteresowania dorosłego odbiorcy, jako rodzaj łamigłówki do rozwiązania albo po prostu poetyckiej metafory.

Światy w opowieściach Iwony Chmielewskiej sprawiają wrażenie niedzisiejszych, trochę zagubionych w czasie. Język, którym posługuje się autorka, ma w sobie coś, co porównałabym do mebli Pieta Heina Eeka. Eek projektuje meble, które dają wrażenie skleconych ze sprzętów już nienadających się do użycia, z resztek ławek, desek. Jest w tych projektach duża surowość, szacunek dla naturalnych surowców, fascynacja fakturami, patyną czasu. Mimo pozornej przypadkowości zestawień znajdujemy w jego projektach duży spokój i ten rodzaj ponadczasowej prostoty, który sprawia, że czujemy się w ich otoczeniu bezpiecznie, domowo. Nawet kanapa uszyta z wojskowych namiotów niesie w sobie jakiś emocjonalny ładunek, jakąś historię, i ta historia właśnie sprawia, że jest to obiekt ponadczasowy.

Patchworkowość, sięganie po surowce wtórne – podobnym językiem posługuje się w moim odczuciu Iwona Chmielewska. Sama autorka pisze w Czterech zwykłych miskach, że wykorzystała nikomu już niepotrzebne papiery i książki wycofane z bibliotek. Tak jak Piet Hein Eek tworzy nowy obiekt, jakby nieosadzony w czasie. Chmielewska uprawia sentymentalny recycling – tworzy gradientowe pejzaże z pożółkłych kartek, odbarwieniom papieru nadaje znaczenia, przydając im kontekst (przedostatnia rozkładówka Czterech zwykłych misek jest tego najlepszym przykładem – przebarwienie staje się uchylonymi drzwiami).

Cztery zwykłe miski to wręcz modelowy przykład picture book. Autorka zrobiła książkę o wyciętym z papieru pakowego półkolu. Wokół tego banalnego ścinka papieru Chmielewska buduje historię o snuciu opowieści. Uczy twórczego myślenia, pokazuje, że językiem papierowego półkola można mówić o sprawach ważnych, o dzieleniu się, o pomaganiu innym. Wkładając tę książkę na półkę „literatura dziecięca”, odbieramy jej szansę trafienia e ręce dorosłego bezdzietnego czytelnika, który miałby możliwość zapoznać się z ideą książki obrazkowej. A picture book to przecież świetny pomysł na prezent. Nie tylko dla dziecka.

Cztery strony czasu – zapis tego, co działo się w czterech pokojach toruńskiej kamienicy na przestrzeni wieków – formalnie przypomina zwykła, ilustrowaną opowieść, lecz spostrzegawczy odbiorca znajdzie tu symboliczną powtarzalność nie tylko w warstwie tekstowej, ale i ilustracyjnej. Książkę tę łatwo jest ocenić pochopnie jako nudną, a jest to ten rodzaj lektury, który wymaga czytania wielokrotnego, wymaga współpracy i domaga wręcz skupienia, „myszkowania” między stronami. Młodszy czytelnik, naprowadzony na trop przez dorosłego z pewnością odkryje motywy łączące historie czterech pomieszczeń.

Podglądając życie mieszkańców, z łatwością dostrzeżemy, że „ludzie się zmieniają”, że fundamentalne rzeczy, takie jak praca, przygotowywanie posiłków czy tulenie niemowląt do snu, są niezmienne. Autorka nazywa miasto sceną, a mieszkańców marionetkami. Można zarzucić Chmielewskiej, że jej postacie są kartonowe, bezduszne, nie budzą emocji. Ale przecież to wszystko konwencja teatrzyku. W rolę Poruszyciela wciela się sama autorka, która na końcu opowieści sprząta po sobie, odkurzając niepotrzebne skrawki papieru i segregując głowy i ręce wszystkich bohaterów.

O tych, którzy się rozwijali to druga po Czterech zwykłych miskach książka oparta na obiekcie. Tym razem wątek – dosłownie i w przenośni – stanowi nić znaleziona w sklepie z używanymi rzeczami. Zwykły przedmiot opowiada historie zwykłych ludzi, którzy w bezinteresowny sposób pomagali innym. Kartonik z nawiniętą nicią staje się w książce tułowiem bohatera. I nie mówimy tu o konkretnych bohaterach, choć precyzyjnie wyrysowane portrety sugerują nam, że za papierowymi marionetkami kryją się historyczne pierwowzory, takie jak np. Janusz Korczak czy Irena Sendlerowa. Rozszyfrowanie bohaterów jest trudne, ale żaden z nich nie szukał przecież popularności. Ludzie przechodzą często do historii jako nazwiska, a Iwona Chmielewska odwraca sytuację: przywraca im twarze, ludzką postać, pokazuje, że tak naprawdę chodzi o zwykłych ludzi, nie o ich nazwiska. Każdy z nas ma przecież moc pomagania innym.

Styl Chmielewskiej jest rozpoznawalny i nie jest to styl łatwy. Książki sprawiają wrażenie konstruowanych na zimno, bez zbędnych emocji. Bohaterowie Chmielewskiej nie parskają śmiechem, nie prowadzą dowcipnych dialogów. To książki utrzymane w duchu filozoficznych przemyśleń, przepełnione mądrym spokojem. Każde dzieło Iwony Chmielewskiej przypomina medytację nad wybranym tematem. Ten rodzaj myślenia sprawia być może, że jej twórczość cieszy się popularnością w Południowej Korei.

Myślę, że największym komplementem dla autorki byłoby nazwać ją Wiedźmą. Bo wiedźma to nie śmieszna pani w szpiczastym kapeluszu, nie czarownica o brudnych szponach, ale ta, która wie. Wie i dzieli się swoją wiedzą, przybliża nam to, czego być może sami nie dostrzegamy albo o czym zapomnieliśmy. Po jej wiedzę trzeba przyjść samemu, co nie zmienia faktu, ze dotarcie do niej ułatwiłaby z całą pewnością sekcja picture books w każdej księgarni czy bibliotece.  
 
Iwona Chmielewska, Cztery zwykłe miski, Wrocław: Format 2013
Iwona Chmielewska, Cztery strony świata, Poznań: Media Rodzina 2013
Iwona Chmielewska, O tych, którzy się rozwijali, Poznań: Media Rodzina 2013