Spojrzenie chirurga

Maciej Robert
#

Tekst z jedenastego numeru miesięcznika Nowe Książki (12/2013)

Objąć spojrzeniem całość literatury to zadanie niemożliwe. Należy skupić się na jej wycinku, najlepiej w miarę reprezentatywnym. Tak właśnie czyni Dariusz Nowacki, który w zbiorze szkiców "Ukosem" wykonuje na polskiej prozie współczesnej „cięcie przekątnej”.

Z punktu widzenia frazeologii „ukosem”, choć zbieżne z wyrażeniem „z ukosa”, nie jest z nim tożsame znaczeniowo. Nowacki, nadając taki tytuł zbiorowi szkiców o polskiej prozie, doskonale wychwycił to minimalne przesunięcie, które otwiera pole do interpretacyjnych dywagacji. Jego, momentami kąśliwe, uwagi nie są nigdy niechętne ani złośliwe – śląski krytyk nie spogląda na literaturę z ukosa, nawet jeśli poszczególne dzieła nie zachęcają go do wystawiania im pozytywnych opinii. „Ukośne” spojrzenie Nowackiego oznacza raczej spojrzenie po przekątnej, rzadko stosowane w krytyce, czy raczej – trzymając się terminu proponowanego przez Joannę Orską – w popkrytyce, która specjalizuje się w spojrzeniu preferującym podział „podłużny”. Ten sposób oglądu, gremialnie podchwycony przez recenzentów wysokonakładowych pism, zakłada hołdowanie nader prostym, zero-jedynkowym rozróżnieniom – literatura może być dobra lub zła, autorzy popularni bądź niszowi, książki zaś żywo komentowane bądź przemilczane.

Kurczowe trzymanie się tych tez o dokonywanie jedynie bezpiecznych (bo powtarzanych przez większość), koniunkturalnych rozpoznań znacznie zawęża postrzeganie całościowego obrazu literatury. Jeśli popkrytycy – porzućmy na chwilę metaforę postrzeżeniową na rzecz chirurgicznej – stosują naskórkowe cięcie podłużne, to Nowacki zanurza swój krytyczny skalpel głęboko, tnie na ukos, przecinając aorty. To coś więcej niż powierzchowny zabieg, to skomplikowana operacja na żywym organizmie, którą krytyk wykonuje z chirurgiczną precyzją. Radykalne cięcie nie oznacza przy tym wywrotowych przewartościowań – gest krytyka należy raczej rozpatrywać jako chęć ukazania skomplikowanych procesów, które zachodzą w najnowszej polskiej prozie. Jest to bowiem organizm złożony, wymykający się jednoznacznym klasyfikacjom, niejednorodny, targany wewnętrznymi sprzecznościami. Ukośne spojrzenie – czy też cięcie – pozwala Nowackiemu w pełni je dostrzec i zrozumieć.

Ukosem nieprzypadkowo chyba otwiera szkic poświęcony twórczości Szczepana Twardocha. Autor fetowanej Morfiny jest bowiem najlepszym przykładem na to, że powierzchowne spojrzenie krytyczne, uwikłane w sieć schematycznych sposobów lektury, jest nie tylko nieuprawnione, ale przede wszystkim bezużyteczne w kontakcie z prozą, która na przestrzeni siedmiu zaledwie lat przeszła ogromne przeobrażenia. Chodzi tu nie tylko o łatwy do zaobserwowania progres warsztatowy, który skutkował transferem Twardocha z getta literatury fantastycznej do mainstreamowego panteonu, ale przede wszystkim o zawartość ideologiczną jego powieści i opowiadań. Nowackiego na szczęście specjalnie nie zajmuje polityczny spór o tego pisarza, który nazywa „sztucznie rozdmuchanym, publicystycznie wyolbrzymionym”. Szeroko komentowana przez prawicowe media „ideologiczna zdrada” (za taką uważa się porzucenie „Frondy” na rzecz „Polityki”) jest dla Nowackiego jedynie anegdotycznym punktem wyjścia do drobiazgowej analizy pisarskiej ewolucji Twardocha.

Szkic poświęcony jego prozie umieszcza w rozdziale Przekroje, w którym krytycznemu oglądowi poddaje całość dzieła pięciu prozaików (poza Twardochem to Wojciech Chmielewski, Piotr Ibrahim Kalwas, Michał Witkowski, Radosław Kobierski). Ze wspomnianej piątki jedynie Twardochowi i Witkowskiemu udało się na dłużej zaskarbić uwagę czytelników. Pierwszy z nich osiągnął to poprzez wyraźny wzrost formy, drugi – dzięki przeskoczeniu wysoko zawieszonej poprzeczki. Po odkrywczym i brawurowym Lubiewie Witkowski zaproponował dwie równie frapujące powieści (obie, Barbara Radziwiłłówna z Jaworzna-Szczakowej i Margot, pozostają – zdaniem Nowackiego – wciąż niedostatecznie zinterpretowane), trzecią zaś, bestsellerowym Drwalem, dokonał rzeczy niemal niemożliwej – pogodził czytelników czekających na dalszy ciąg Lubiewa z fanami kryminału, a jednocześnie pozostał wierny swojemu stylowi, lokującemu jego twórczość mimo wszystko w rejonach literatury artystycznej.

To, co udało się Witkowskiemu, nie stało się udziałem pozostałej trójki. Chmielewski po wydaniu dwóch dobrze przyjętych tomów opowiadań, nie przeszedł pozytywnie próby powieści, Kalwas z każdą kolejną książką powtarzał w coraz mniej odkrywczy sposób inkantacje islamskiego konwertyty, natomiast Kobierskiemu, cenionemu wszak za finezję językową i zdolność wskrzeszania minionych czasów, krytyk zadaje odważne pytanie „Po co to wszystko?”. Przekrojowy charakter szkiców nie tylko pozwolił Nowackiemu w pełni dostrzec specyfikę stylu danego autora i drobiazgowo prześledzić jego drogę twórczą, ale też pomógł zwrócić uwagę na mechanizmy warunkujące stałą obecność na literackim rynku, co dopełnia te świetne wypowiedzi krytyczne elementami analizy socjologiczno-literackiej.

Na tym tle teksty pomieszczone w rozdziale zatytułowanym Zbliżenia, które dotyczą konkretnych utworów kolejnej piątki pisarzy – Kazimierz Orłoś, Zbigniew Masternak, Jerzy Franczak, Sławomir Shuty, Krzysztof Varga – jawią się, choćby poprzez swoją skromniejszą objętość, jako pisane z mniejszym zapałem krytycznym (choć i tu Nowacki przejawia predylekcję do spojrzenia kontekstowego). Nie brakuje jednak w tych szkicach wyrazistości sądów – Ruchy Shutego zostały opisane jako dzieło przekraczające granice odporności czytelnika, natomiast w cyklu powieściowym Masternaka Nowacki widzi „gramofańską determinantę”.

Prawdziwe narzekania pojawiają się jednak w rozdziale trzecim, poświęconym ciekawemu zagadnieniu powrotów literackich. Na przykładzie spóźnionych premier lub ponownych wydań utworów Donata Kirscha, Krzysztofa Niemczyka, Tadeusza Olszewskiego, Ireneusza Iredyńskiego, Janusza A. Zajdla i Michała K. Pawlikowskiego krytyk (re)definiuje pojęcie pisarza zapomnianego.

Wnioski nie są – zwłaszcza dla historyków literatury – budujące. Okazuje się bowiem, że niegdysiejsi pupilkowie czytelników oraz autorzy, którzy w odpowiednim czasie z różnych powodów nie doczekali się publikacji, przepadają z kretesem (nie jest to, rzecz jasna, paradygmat, a jedynie opinia wysnuta na bazie przytoczonych przykładów). Trudno powiedzieć, czy stoi za tym odmienna koniunktura, czy może zbyt wygórowane oczekiwania. Jedno jest pewne, jak twierdzi Nowacki – dziś czyta się zapomnianych pisarzy bez drżenia serca: że oto odkrywamy dzieło, które zweryfikuje literackie hierarchie i wprowadzi konkrety do podręczników. Wręcz przeciwnie – wymuszone powroty są w dużej mierze efektem starań garstki admiratorów, co niestety widać – książki te, edytorsko niechlujne, ukazują się najczęściej w małych oficynach. Sprawiedliwość dziejowa nie ma tu nic do rzeczy.

Zbiór błyskotliwy szkiców Dariusza Nowackiego, dokumentujących jedynie wycinek polskiej literatury XXI wieku (książki opisywane w ostatnim rozdziale, choć metrykalnie wcześniejsze, ukazały się także po 2001 roku), nie ma pretensji monograficznych i jako taki nie jest raportem o stanie polskiej prozy. Jest to zaledwie – czy może „aż” – rzut oka na współczesne trendy literackie, uważne spojrzenie na przekrój dzisiejszej prozy, jakże zróżnicowanej pod względem gatunkowym czy ideologicznym. Jeden z wielu możliwych przekrojów.    

Dariusz Nowacki
Ukosem
Szkice o prozie
Katowice: Stowarzyszenie Inicjatyw Wydawniczych, 2013