Literacka kartografia Tomasza Różyckiego

Bogumiła Kaniewska
#

Tekst z dziewiątego numeru miesięcznika Nowe Książki (10/2013)

Elegancka w swej monochromatycznej tonacji stylistycznej, narracyjnie niespieszna, pozbawiona fabularnych fajerwerków książka Tomasza Różyckiego zdaje się demonstracyjnie przeciwstawiać estetyce kultury popularnej. Estetyce pośpiechu i obrazka. I stanowi równocześnie wyraz bezgranicznego zaufania do kultury w ogóle.

Wśród licznych historii, anegdot i fragmentów z rodzinnej przeszłości jeden wątek wydaje się szczególnie ważny, odgrywa bowiem rolę mitu założycielskiego. Jest to opowieść o dziadku, który – ku rozpaczy  babki – z wojennej zawieruchy ratuje książki. Jego wybór „ogłaszał prywatne zwycięstwo kultury nad historią, ciągłość ducha nad chaosem przemocy, wojny materii”. Gest ten po latach opisze wnuk, uznając jego niezwykłość: dziadek był przecież synem rzeźnika, lwowskim batiarem, żadnym tam intelektualistą czy inteligentem… Ocalenie Moby Dicka, Kmicica, Sopliców, hrabiego Monte Christo i Hansa Castorpa było wyrazem nadziei i wiary – świat nie miał się jeszcze skończyć, miał wrócić na dawne tory. Wybór dziadka zdeterminował los wnuka, bo przecież w kufrze z książkami, po które sięgnie jeszcze jako chłopiec, kryły się groźne bakcyle nieuleczalnej choroby… Czytelniczej pasji, opętania słowem, ucieczki w świat literatury. Notatki z miejsca postoju to objaw tej choroby (objaw kolejny w przypadku autora Dwunastu stacji).

Sens prozy podróżnej Różyckiego objaśnia pierwsza część tytułu. Tomi – miasto, które zasłynęło jako miejsce zesłania Owidiusza, jest miastem tyleż fikcyjnym, co realnym. Miejscem z przeszłości i teraźniejszym wycinkiem przestrzeni. Obcym i własnym. Ten niezwykły status zawdzięcza ontologicznej niepewności  - autor Notatek z miejsca postoju (paradoks zawarty jest też w drugiej części tytułu, podróż okazuje się bezruchem, postój – wędrówką) ma wątpliwości, czy autor Ars amandi rzeczywiście przebywał na dożywotniej banicji, która go unieszczęśliwiła. Może unieszczęśliwił się sam, wymyślając w Tristiach Tomi i panującą w nim zimę, kreując się na banitę i utrwalając swój elegijny autoportret na całe stulecia? Czy Różycki odkrył tajemnicę rzymskiej literatury, zdemaskował wielowiekową mistyfikację? Otóż wręcz przeciwnie: narrator stawia tezę po to, by zaraz jej ważność odsunąć, a zawieszone między światami Tomi uczynić symbolem pewnego szczególnego rodzaju egzystencji. Ofiary zarażenia książkowym bakcylem istnieją w przestrzeni, która jest w równym stopniu prawdziwa i zmyślona – to człowiek tworzy dla siebie miejsce, zawieszone między fikcją a fakcją, wyrastające z rzeczywistości,  a równocześnie stanowiące schronienie, pozwalające na ucieczkę w prywatny świat.

Tomi, jako przestrzeń poddawana refleksji, przemyślana i wymyślona, staje się symbolem i całym światem: „Życie jest tam, gdzie jestem. Życie jest w Tomi, tylko w Tomi, w szarym Tomi, nigdzie indziej. Stolicą świata jest Tomi”. Zatem Tomi jest światem, a proza podróżna Różyckiego – jego mapą, która wbrew swej naturze nie może być prostym odwzorowaniem rzeczywistości. Zawieszona pomiędzy dwoma sposobami istnienia przestrzeń traci swoje cechy fizykalne, zmienia się w myślową konstrukcję i staje przestrzenią hermeneutyczną, fragmentem kosmosu, który dla siebie urządzamy, meblujemy, oswajamy myślą (a i uczynkiem). Toteż obraz świata kreślony z 163 notatkach okazuje się impresyjnym, kulturowym krajobrazem. Składają się na niego wspomnienia rodzinne i prywatne, fascynacje lekturowe i kulinarne (zwłaszcza winne), zapamiętane zachwyty, historyczne anegdoty i refleksje nad lekturami, obrazami, zjawiskami, zadziwienia światem i egzystencjalne fenomeny. Każdy z tych wycinków rozpuszcza granice Tomi (czy Opola, wszystko jedno), które rozrasta się w czasie, przestrzeni, sposobie życia.

Wędrujemy zatem po Europie, przesuwając się w czasie i w przestrzeni – poznajemy mieszkańców dawnego Lwowa oraz i uwikłanie w powojenną rzeczywistość. Przyglądamy się ulicom Wiednia i eleganckim kawiarniom, by spotkać w nich Zygmunta Freuda, a jego pojawienie się będzie okazją do opowieści o neurozie. O neurozie faszystowskiej i jej stosunku do człowieka, ciała, sztuki. Pojawiają się także kafka, Musli, Trakl, Rilke, Klimt, Mahler, Strauss, Roth… Fascynacja tymi artystami (często urodzonymi z matek żydówek) pokazuje potęgę naddunajskiej sztuki i jej słabość wobec brutalnych i bezwzględnych mechanizmów bezkompromisowego imperializmu. Chrońmy Austrię przynajmniej myślą, zdaje się namawiać Różycki. Po drugiej stronie opolskiego Tomi pojawia się przykład zwierciadlany: Rosjanie i ich zmagania o wolność myślenia. Różycki – za co cenię go ogromnie- nie epatuje przy tym liczbami, okrucieństwami historii, pokazuje natomiast jej wpływ na pojedyncze ludzkie losy, na biografie, dzieła, uczucia, niespełnienia.

I dlatego mapa Europy kreślona przez literackiego kartografa jest mapą krainy mieszkańców, którzy tak samo raczą się włoskim czy francuskim winem, cierpią na bezsenność, piszą, czytają, słuchają, patrzą, myślą, wędrują. Są ciekawi świata w każdej jego postaci – chętnie sięgają po wiersze zapomnianych poetów, pytając, czemu o nich zapomniano, ale fascynuje ich także opowieść o człowieku utrzymującym się z zabijania żmij, kolor wina w kieliszku. Zatrzymują się na drobiazgach (takich jak nazwy wstydliwej choroby w różnych językach, wskazujące na wzajemność narodowych stereotypów), zachwycają krajobrazem, kolorem śniegu, tonem głosu.

A czego nie lubią? O tym Różycki nie mówi wprost. Nie znajdziemy jednak w tym świecie tłumu, obrazów miejsc modnych, gromadnie odwiedzanych, karmiących masową wyobraźnię. Czytelnikiem i bohaterem Tomi jest wędrowiec, nie klient hotelu all inclusiv. Ktoś, kto samodzielnie odkrywa dla siebie świat. I podglądacz, ciekawy życia innych. Bo mieszańca interesuje to, co osobne, inne, nieobecne, sekretne, indywidualne. Pisząc o czytelniku biografii, autor porównuje go do widza antycznej tragedii, który patrzy po to, by uczestniczyć, doznać oczyszczenia. Ciekawość, z jaką przyglądamy się życiu innych, wynika z potrzeby samopoznania: „Szukamy – co najważniejsze i najprostsze – siebie. W każdej biografii szukamy siebie, jakiegoś śladu, odbicia, refleksu. I to, o czym czytamy, jeśli czytamy uczciwie, do końca, to nie dramat, nie komedia, tylko tragedia właśnie”.

Myślę, że to wyznanie mówi bardzo wiele i o autorze, i o odbiorcy – każdy z nich szuka w tekście samego siebie. Czy mogą się spotkać? Tomasz Różycki pokazuje, że tak – miejscem takiego spotkania staje się właśnie kultura, taki dziwny, nieprzynoszący na ogół dochodów twór, stworzony przez ludzi po to, by istnieć. Istnieć w pełni.

Tomasz Różycki
Tomi. Notatki z miejsca postoju
Warszawa: Fundacja Zeszytów Literackich, 2013