Księga ukrytych aforyzmów

Leszek Szaruga
#

Tekst z dziewiątego numeru miesięcznika Nowe Książki (9/2013)

„Nie wolno postrzegać problemu jako kłopotu” – to bez wątpienia zdanie, które można wpisać w antologię aforyzmów. Dopowiada autor, precyzując, jak można problem potraktować: „Może być nawet przyjmowany jako ekscytujące zdanie, a ćwiczenie sił i umiejętności mogłoby być celem samym w sobie.”

I takich aforystycznych formuł da się tu znaleźć więcej. Przypuszczam – a przypuszczenie to pojawiło się dopiero podczas lektury trzeciego tomu Dziennika Sławomira Mrożka, obejmującego lata 1980-89 – że pilny czytelnik mógłby z tych ponad dwóch tysięcy stron zapisów (jeśli jednak pominąć fragmenty w obcych językach i pozostawić tylko tłumaczenia, byłoby tych stron o wiele mniej) wyodrębnić przynajmniej parę setek sentencji godnych osobnego potraktowania (wszak takie „wyciągi aforystyczne” nie należą do rzadkości). I myślę, że warto to zrobić.

Trzeci – być może nie ostatni – tom diariusza Mrożka skłania do spojrzenia syntetycznego, próby określenia czym jest ten kilkusetstronicowy zapis. Tym bardziej to interesujące, że Mrożek, zauroczony czasem inspirowany twórczością Gombrowicza, swój dziennik pisał, bez wątpienia myśląc o późniejszej – być może pośmiertnej – jego publikacji. Zapisy dziennika autora Pornografii oczywiście czytał, chyba nawet regularnie, i można domniemywać, że stanowiły one dlań jeden z istotnych punktów odniesienia, choćby w kwestii formy. O ile jednak dziennikowe narracje Gombrowicza ogłaszane były jako dzieło literackie, swoisty work in progress, o tyle diariusz autora Tanga można traktować jako notatki o charakterze prywatnym. Ale jak dalece? Do jakiego stopnia Mrożek pozuje tu sam przed sobą ( i domniemanymi późniejszymi czytelnikami), a w jakiej mierze pozostaje szczery i bezpośredni? Inaczej: czy mamy do czynienia – przynajmniej do pewnego momentu (pamiętamy wszak, że wcześniejsze partie dziennika, wspomniane w tomie pierwszym, autor zniszczył) – z kształtowanym świadomie utworem literackim, czy raczej z dokumentem relacjonującym istotne doświadczenia artysty (ważne by było tu zarówno wskazanie dominujących problemów, jak zwrócenie uwagi na sprawy przez pisarza pomijane lub marginalizowane).

Zapewne najważniejszym problemem dziennika jest kwestia tożsamości, którą to tożsamość traktuje Mrożek nie jako coś danego i niezmiennego, lecz jako permanentnie podejmowane zadanie do wypełnienia. Rozważa przy tym problem nie tylko przez niego podnoszony: „Konsekwentnie: c z y s t e g o »ja« nie da się nigdzie znaleźć. Czy to znaczy, że nie istnieje? Niekoniecznie. Ale z pewnością nie istnieje w żadnej formie = w żadnym czasie, w żadnej przestrzeni. Czyste (rzeczywiste) »ja« nie ma świata. Poza przestrzenią i czasem. Nie jest osobiste. Nie może być osiągnięte samo w sobie. Nie jest obiektem – ani dla samego siebie, ani dla obserwatora” (tłumaczenie z angielskiego dokonane przez Krzysztofa Obłuckiego, co warto podkreślić, gdyż przekład autorski mógłby być nieco inny; w ogóle sprawa wielojęzyczności Dziennika, w którym olbrzymie partie zapisane są po francusku i po angielsku, ale zdarzają się też wstawki niemieckie, to rzecz na szkic osobny: czy chodzi jedynie o „ćwiczenia językowe”, czy o to, że zapisy w językach obcych nie tylko pozwalają na zachowanie dystansu, lecz są też bardziej funkcjonale od polszczyzny?)

Jedno zdaje się nie ulegać wątpliwości: dochodzenie do siebie jest jednocześnie oczyszczaniem się z siebie i wyzwaniem do nowego widzenia świata, do burzenia gotowych formuł, jak choćby wtedy, gdy rozważa autor skłonność do tego, co nazywa „zawężaniem” spojrzenia: „Jeśli mówię »życie i – albo śmierć« - to jest również zawężanie, mimo olbrzymich rozmiarów rozważanych tematów, robiącej wrażenie przestrzeni między nimi. Dalej – zawężanie nie dokonuje się w samych rozważanych tematach, nie w ich wyborze, ale w sposobie, w jaki są traktowane. Zestawienie »Życie-Śmierć« jest nieważne, nieoperacyjne, chyba że ma się na celu uzyskanie imponującego brzemienia. Z operacyjnego punktu widzenia »Życie-Śmierć« jest tak wąskie, że jego wąskość nie zostawia w ogóle żadnej przestrzeni”. Co interesujące, spekulacje te przeprowadza Mrożek w języku angielskim: czy dlatego, że uznaje ów język za bardziej precyzyjny? Bo przecież jakoś inaczej czyta się ostanie zdanie przytoczonego wywodu po angielsku: „From the operational point of view »Life-Death« is so narrow that its narrowness doesn’t leave any space at all”. To się czuje. Czy to tylko wprawka językowa, rodzaj ćwiczenia, czy raczej świadome budowanie dystansu wobec siebie i własnej językowej formy? Na pewno są to rozważania warsztatowe, próby sprawdzania napięć międzypojęciowych i tych, które powstają w relacjach międzyludzkich, co dla dramaturga wydaje się sprawą fundamentalną.

Przy tym wszystkim świat przesuwa się w dzienniku gdzieś w dalekim tle: dochodzą tu co prawda echa wydarzeń, lecz np. sprawy związane z wprowadzeniem stanu wojennego w Polsce, podobnie jak wcześniej wydarzenia roku 1968, kwitowane są wzmiankami niezdradzającymi większego zaangażowania emocjonalnego. Można powiedzieć, że dziennik Mrożka jest przeciwieństwem ideału diariusza Herlinga-Grudzińskiego, który chciał przede wszystkim rejestrować panoramę rzeczywistości z maleńkim autoportretem autora w rogu obrazu. Tu przeciwnie: panorama owa zostaje ledwo naszkicowana, choć często w formułach niepozbawionych sarkazmu: „Najpierw w Europie zastąpiona Boga Historią (Boga, nie wiem, jak inaczej to określić), potem w USA Historię supermarketem. W Europie zaś zastąpiono Historię ubezpieczalnią społeczną. W Rosji – od razu zastąpiono Boga i Historię gołą władzą, czyli formą nihilizmu. W Polsce nic nie zastąpiono niczym, ponieważ tam chodzi tylko o to, żeby jakoś być i przetrwać, najwyżej: o to, żeby być po ludzku. Nie jest to kraj, któremu dane jest decydować o czymkolwiek, z najwyższym trudem – tylko o sobie”. Zważyć warto, że słowa te zanotowane zostały na rok przed obradami Okrągłego Stołu i mogą posłużyć za motto rozleglejszych analiz politologicznych – rzucone jakby mimochodem, ale zgadzające się w rozpoznaniu z postulatem stawianym w 1956 roku przez Gombrowicza polskiej inteligencji: że nie chodzi o to, by być komunistami bądź antykomunistami – chodzi o to, by być.

Ale też nie jest tak, by dla badaczy form dziennikowych księga Mrożka pozbawiona zupełnie była smakowitych ingrediencji. Oto bowiem wewnątrz potężnej narracji pojawia się wstawka zastanawiająca i nieco odmienna w charakterze notacji – jest nią Mój dzienniczek prowadzony przez autora od 24 kwietnia do 30 maja 1981 roku i będący zapisem miłosnych perypetii bohatera, a zatem odsłaniający głębsze pokłady intymności.

Operujący głównie drugą osobą liczby pojedynczej, jest potężną epistołą skierowaną do wybranki, z którą relacje nie są ani proste, ani łatwe, także za sprawą wzajemnego oddalenia – ona w kraju, on na obczyźnie – a to w tamtych czasach stanowiło istotną przeszkodę w budowaniu żywej relacji (kto pamięta, czym było wówczas telefonowanie z zagranicy, bądź za granicę, nie mówiąc już o zdobywaniu paszportów i wiz, ten doskonale zrozumie, o co chodzi). W efekcie to, co winno się było realnie rozgrywać między dwojgiem ludzi, zostało rozpisane na „ja-ty” owego intymnego „dzienniczka”, w istocie przeniesione w swoiście wirtualną przestrzeń wewnętrznego, noszącego dialogowe cechy monologu.

Na koniec zatem kolejny aforyzm, który określa podstawowy kłopot relacji międzyludzkich, w tym także literatury: „Sprawy zasadnicze nie mogą, nie powinny być przeżywane pobieżnie poprzez słowa i za pomocą słów”.  

Sławomir Mrożek
Dziennik. T. 3, 1980-1989
Kraków: Wydawnictwo Literackie, 2013