Syn Kronosa

Dominik Sulej
#

W Posłowiu do Kronosa Jerzy Jarzębski zwraca uwagę na problem semantyki tytułu zapisków Witolda Gombrowicza:

Spośród problemów i pytań, które nastręczył zespołowi redakcyjnemu manuskrypt prywatnego dziennika Gombrowicza, może jednym z trudniejszych do rozwikłania był problem tytułu. Na teczce z rękopisem autor napisał: „Kronos”, i więcej tego słowa już nie używał. Ale cóż znaczy „Kronos”? To w mitologii greckiej jeden z tytanów, syn Uranosa i Gai, a ojciec Demeter, Hestii, Hery, Hadesa, Posejdona i Zeusa, utożsamiany też z rzymskim Saturnem. Mylono go często z Chronosem, czyli z czasem, lub przedwiecznym greckim bogiem-personifikacją czasu, przedstawianym w postaci węża o trzech głowach: człowieka, lwa i byka. Pomylić te mityczne figury było tym łatwiej, że Chronosa transliterowano czasem jako Khronosa, z kolei w wielu językach europejskich (m.in. po angielsku i po hiszpańsku) Kronosa zapisywano w formie Cronos lub Cronus. Kogo więc miał na myśli Gombrowicz? Jako zapis życia, kronika wydarzeń znacznie lepiej tłumaczy się „Chronos”, trudno jednak poprawiać autora. Może więc po prostu zostawić tytuł taki, jaki jest, pozostawiając rozstrzygnięcie problemu czytelnikom?1

Tytuł tego raptularza nosi znamiona charakterystyczne dla tytulatury dzieł Gombrowicza i jest to bodaj jedyna cecha wskazująca na „literackość” owych notatek. Wspaniale patetyczny, choć skażony jakimś nonsensem. Jak Kosmos – tytuł powieści, która z pozoru na totalną nie wygląda, choć nią jest. Jak Ferdydurke – efekt pomyłki zecera. Jak Pamiętnik z okresu dojrzewania – tytuł zastąpiony potem Bakakajem, znowuż wyrazem jakby przypadkowym, bo będącym nazwą ulicy w Buenos Aires. Jak Pornografia – która miała być Akteonem i, choć drastyczna, pornograficzna nie jest. Jak Trans-Atlantyk – mieszczący dywiz, do którego Gombrowicz przywiązywał dużą wagę.
Pomyłką zecera jest „Kronos” w następującym cytacie z W poszukiwaniu straconego czasu:

– Tak – dodał Bloch – wszyscy pieli twoje pochwały. […] Nie, iżbym cię podziwiał mniej niż banda drapieżnych psów, z którymi mnie zaproszono. Ale ja cię podziwiam dlatego, że cię rozumiem, a oni cię podziwiają, nie rozumiejąc. Aby dobrze rzec, ja cię zanadto podziwiam, aby mówić o tobie publicznie; wydawałoby mi się profanacją chwalić głośno to, co noszę w najgłębszym zakątku serca. Daremnie pytano mnie o ciebie; święta Wstydliwość, córa Kronosa, kazała mi zostać niemym.
Nie byłem na tyle nietaktowny, aby okazać niezadowolenie, ale ta Wstydliwość wydała mi się spokrewniona – o wiele bardziej niż z Kronosem – ze wstydliwością, która nie pozwala podziwiającemu cię krytykowi mówić o tobie, dlatego że do sekretnej świątyni, gdzie królujesz, wtargnęłaby w ten sposób horda ciemnych czytelników i dziennikarzy […] .2

W oryginale i w tłumaczeniu Boya zamiast „Kronosa” jest „Kronion”, czyli syn tytana – Zeus (w polskich tłumaczeniach Iliady patronimik ten przyjmuje formę „Kronid”). Oczywiście, to co zwróciło moją uwagę, nie mogło inspirować Gombrowicza – czytał Prousta już przed wojną: Filibert to nie tylko bohater Ferdydurke, ale i ktoś, komu kiwa ręką baron de Charlus, wspominający ze swoim bratem następujący epizod z młodzieńczej edukacji:

– Przypomnij sobie, jacy byliśmy szczęśliwi niegdyś w Guermantes – ciągnął książę Błażej, zwracając się do pana de Charlus. – Gdybyś tam przyjechał czasem w lecie, wskrzesilibyśmy błogie dni. Przypominasz sobie starego Courveau ze swoim: „Dlaczego Pascal jest wzruszający? Bo jest wzru… wzru…”
– „…szony” – wyrecytował pan de Charlus, tak jakby jeszcze wydawał lekcję nauczycielowi.
– „A czemu Pascal jest wzruszony? Bo jest wzru… bo jest wzru…”
– „…szający”.
– „Bardzo dobrze, zdasz egzamin, a księżna pani kupi ci słownik chiński”3.

Tym niemniej czas, w którym Witold Gombrowicz zaczyna prowadzić kronosowe zapiski, stowarzysza się z ponowną lekturą Prousta. Na przełomie lat 1952 i 1953 nazwisko autora cyklu pojawia się trzykrotnie: [1952 XI] „Ostatnie korekty. Złamałem drugiego zęba. Nuda. Czytam Prousta, Ciano etc. (Harrods). Nic nie piszę. Nowiński bardziej pojednawczy. Śmierć Lolka Wickenhagena. Retiro” (s. 148); [1952 XII] „Samotność. Proust. Szukam Al. Spotykam ją przypadkiem na Leandro Alem przy Corrientes. Jestem zadurzony (jak dawniej z J.C.). Nowy Rok samotnie na placu Retiro” (s. 149); [1953 I] „Oczekuję niecierpliwie książki lub listu od Giedroycia. W Banku: sprawozdanie roczne, nuda. Z Nowińskim chłodno. Nuda. Szachy. Proust” (s. 150). Te wzmianki dobrze pokazują, czym Kronos jest – tekstem istotnym, ale tekstem szkieletem (i to niekompletnym), który w ciało oblecze się gdzie indziej: w utworach Gombrowicza, ale też w książkach Rity Gombrowicz, która w dużym stopniu Kronosa udostępniła już lata temu, rekonstruując na jego podstawie dzieje życia swojego męża. W Dzienniku z roku 1954 Gombrowicz reanimuje spotkanie tych dwóch aktów – pisania Kronosa i lektury Proustowskiego cyklu:

[…] usiłuję dokonać rzeczy nad siły a tak upragnionej – nawiązać z Witoldem Gombrowiczem do epok niepowrotnych. Rekonstrukcji mojej przeszłości poświęciłem wiele czasu, ustalałem pracowicie chronologię, wytężałem pamięć do ostateczności szukając siebie, niczym Proust, ale nic nie da się zrobić, przeszłość jest bezdenna a Proust kłamie – nic, zupełnie nic nie da się zrobić… Ale wiatr południowy, powodując jakieś zaburzenia w organizmie, wytwarza we mnie stan nieomal miłosnego pożądania w którym, błądząc rozpaczliwie, usiłuję ze skrzywionymi ustami choć przez chwilę obudzić w sobie dawne moje istnienie.
Na avenida Costanera, wpatrzony w fale wyrzucane w górę białymi kłębami przez kamienne obmurowanie brzegu z uporczywą furią, przyzywałem ja, dzisiejszy Gombrowicz, tamtego dalekiego mego protoplastę w całej jego drżącej i młodej bezbronności. Trywialność tamtych zdarzeń nabierała dziś dla mnie (dla mnie, który już wiedziałem, który dzisiaj byłem właśnie swoją ówczesną przyszłością, rozwiązaniem zagadki tamtego chłopca) otóż nabierała ona świętości legend o dalekich początkach; i dziś ja znałem powagę tamtego śmiesznego cierpienia, znałem ex post…4

Tego stylu nie znajduję w Kronosie, choć dreszcz związany z lekturą równoległą właśnie Kronos mi umożliwia. Koniec roku 1952 to również praca nad korektą Trans-Atlantyku: [1952 IX] „Z Bankiem dość groźnie się zapowiada. Poza tym mam mało pieniędzy. Nudzę się i jestem zgnębiony. / Korekta Trans-Atlantyku” (s. 147). Egzemplarz autorski trafia w ręce twórcy 3 II 1953. Sięgnąłem jeszcze raz po Sodomę i Gomorę, która powinna towarzyszyć każdemu czytelnikowi Gombrowicza, i zaskoczyły mnie mile tytuły dwóch części rozdziału trzeciego: Fikcyjny pojedynek i Stacje „Transatlantyku”. Zabawne…
Dla Gombrowicza „Chronos” był „Kronosem” zrównanym z „Saturnem”. Nie jest ten tytuł pomyłką, a wykorzystaniem tego poetyckiego utożsamienia – logika myśli zaangażowanej w procedury twórcze rozmija się w tym przypadku z porządkiem historii wierzeń religijnych. Nie rozróżnia Gombrowicz owych postaci mitycznych, tak jak nie rozróżniał ich ważny dla autora Kosmosu Słowacki:

Oto weź posąg Saturna… Najniższy duchem człowiek widzi w nim bezserdeczne ojca straszydło, który własne dzieci skamieniałe połyka… wnętrze swoje napełnił kamieniami, a nie czuje, zębem na granitowych członeczkach zazgrzytał, a nie wzdrygnął się… O jakże godny litości barbarzyński naród, który takie grzeszne przeciwko naturze straszydło w kościele swoim postawił! Taki sąd jest dziś barbarzyńca człowieka.
Lecz filozof uśmiecha się… i rzecze: Jest to alegoria i morał w postaci posągu, w kościele naszym stojący… jest to Czas, który nareszcie i ten kościół z kolumnami i blachami złotemi, i z całą gromadą dzieci posągów połknie i strawi…5

W Kronosie, pod datą XII 1955 znajduje się m.in. takie zdanie: „W Wilię burza i zgasło światło”. Taki zapisek to efekt trawienia, to resztka, która w Dzienniku wypełni się ciałem i duchem (zwracam uwagę na ujętą w cudzysłów parafrazę z Króla-Ducha):

Dziś wilia. Pojutrze rano wyjeżdżam.
Wiatr zelżał i po południu włóczyłem się po plażach – zrobiło się gorąco – ale wieczorem burza, chmury zaokrąglone, podobne do kul olbrzymich, obwisłych, którym z brzucha wypełzały szybkie, drące się na strzępy, obłoczki. Wszystko to zaczęło się zacieśniać, gęstnieć, ciążyć, zbliżać, zastygać, naprężać, bez jednej błyskawicy, w ciemności wieczoru wzmożonej ciemnością burzy. […] „Niebo ściemniało, ale świeciło się, jak wid szatańskiej stolicy” – fosforyzujące bez przerwy i coś jak błędne ognie wśród chmur i grzmot przetaczający się, też nieprzerwany. Ha, ha. Nie czułem się zbyt pewnie. […] Wstałem, przeszedłem się po pokoju i naraz wyciągnąłem rękę, sam nie wiem po co – może dlatego, że, bojąc się, jednocześnie bawiłem się moim strachem. Był to gest nieuzasadniony i wskutek tego jakiś niebezpieczny – w takiej chwili, w tych warunkach.
Wtedy burza zatrzymała się. Deszcz, wiatr, grzmot, blask – wszystko skończone. Cisza.
Nigdy nic podobnego nie widziałem.
Zahamowanie burzy w pełnym toku, dziwniejsze od znieruchomienia konia w pełnym galopie, ta nagłość – jakby ktoś podciął ją w pędzie. Trzeba to zrozumieć: burza, która nie wyczerpała się w sposób naturalny, ale została przerwana6.

Ten obraz jest pretekstem do wprowadzenia wątpliwości w centrum myśli racjonalnej, wirusa przypadkowej analogii w porządek determinizmu. Jednocześnie wygląda na parodię mitu o gromowładnym Zeusie – Kronionie.
Dla Gombrowicza czas był „pożercą”, czynnikiem rozpraszającym, życie zmieniającym w mgławicę lub garść piasku. W przełomowym 1963 roku o Kronosie, cytując go, pisał tak:

Ale jakże zaczerpnąć zupy życia dziurawą łyżką tych statystyk, wykresów? Ba, jedna z moich walizek w kajucie zawierała pewną teczkę, ta zaś teczka zawierała szereg pożółkłych arkuszy z chronologią, miesiąc po miesiącu, zdarzeń moich – zajrzyjmy, na przykład, co się działo ze mną ściśle dziesięć lat temu w kwietniu 1953-go. „Ostatnie dni w Salsipuedes. Piszę Sienkiewicza. Ocampo i spacery po Rio Ceballos, nocne powroty. Czytam Zniewolony umysł i Dostojewskiego. 12-go powrót do Buenos Aires koleją. Bank, nuda, Zawadzka, okropność, list od Giedroycia, że książka nie idzie, ale chce wydać coś jeszcze. U Grocholskich i Grodzickich. Bankiet w »Wiadomościach«…” etc. etc. Mogłem tedy dopomóc pamięci, przespacerować się z miesiąca na miesiąc po przeszłości – ale co z tego? Co robić, pytam, z tą litanią wyszczególnień, jak wchłonąć te fakty, gdy każdy rozpadał się na mrowie drobniejszych zdarzeń, które w końcu przeradzały się w opar, było to osaczenie wielomiliardowe, rozpuszczenie w ciągłości nieuchwytnej, coś jak brzmienie raczej… jak tu w ogóle mówić o faktach?7

Cenne w Kronosie jest to, że możemy reanimować wyżej opisany gest, zrobić to samo, wykonać ruch wzroku ku zapiskom płynącym przez Atlantyk. Lekceważąc czas i przestrzeń, złapać twórcę za rękę – ku temu dążę jako czytelnik i Kronos mi to ofiarowuje. Umożliwia fantazmatyczny akt podglądania, o którym marzył Gombrowicz, z tym zastrzeżeniem, że to on będzie podglądającym. Jak daleko pozwolę zapuścić się swojemu wzrokowi, błądzącemu po rozwartych na biurku książkach?
W 1967 autor Kosmosu zapisuje: „Zapomniałem napisać, że Andrzejewski czule się odezwał – ale nic z tego” (s. 361). Odmowa kontaktu wiąże się z tym, że Jerzy Andrzejewski użył w Idzie skacząc po górach (1963) cytatu z newralgicznego fragmentu Dziennika, rozpoczynającego się frazą:

Źródła moje biją w ogrodzie, u wrót którego stoi anioł z mieczem ognistym. Nie mogę tam wejść. Nigdy się nie przedostanę. Skazany jestem na wieczyste krążenie wokół miejsca, gdzie święci się moje najprawdziwsze oczarowanie8.

Leon w Kosmosie (1965) tak zapowiada wycieczkę do miejsca „frajdy z kuchtą”:

[…] podpuszczę wam w górach ojczystych dziwną słodycz, wyfurczę istny smakołyk łykusieńkowaty, co tam Turnie, Kościeliska, Morskie Oko, łapcie za przeproszeniem stareńkowate, pocztówkowate, chy, chy, wylizane, wymiętoszone, turystyka ze starej pończochy guanowata, ja wam wysupłam z górskiej panoramy gędźbę nad gędźbami, garść, mówię, widoków first klas prima że dusza kic na całe życie skarb i sen, cudum cudowatum […]9.

Gombrowicz robi tu aluzję do powieści Andrzejewskiego. „Gędźba nad gędźbami” przywołuje Pieśń nad pieśniami, wyrażenie „cudum cudowatum” jest aluzją do łacińskiego brzmienia tego tytułu – Canticum canticorum. Od „duszy kicającej w górskiej panoramie” już tylko krok do Idzie skacząc po górach, będącego cytatem z przywołanej księgi biblijnej. Kosmos, nad którym Gombrowicz sprawuje kontrolę absolutną, podprowadza czytelnika do bramy. Kronos pozwala ją przekroczyć. Wolę drzwi zamknięte ręką autora niż otworzone pod jego nieobecność.
 

1. W. Gombrowicz, Kronos, wstęp R. Gombrowicz, posłowie J. Jarzębski, przypisy R. Gombrowicz, J. Jarzębski, K. Suchanow, Kraków 2013.
2. M. Proust, W poszukiwaniu straconego czasu, tomy 1–5 tłum. T. Żeleński (Boy), tom 6 tłum. M. Żurowski, tom 7 tłum. J. Rogoziński, wstępem opatrzył T. Żeleński (Boy), Warszawa 1965. Cytat pochodzi z tomu 4: Sodoma i Gomora.
3. Tamże.
4. W. Gombrowicz, Dziennik 1953–1969, posłowie J. Franczak, Kraków 2011.
5. J. Słowacki, Dialog troisty z Helionem, Helois i przeciwnikami, [w:] Krąg pism mistycznych, oprac. A. Kowalczykowa, Wrocław 1982.
6. W. Gombrowicz, Dziennik…, dz. cyt.
7. Tamże.
8. Tamże.
9. W. Gombrowicz, Kosmos, Kraków 1986.