Pensjonat

Wiesław Myśliwski
#

Zapraszamy do lektury fragmentu nowej powieści Wiesława Myśliwskiego Pensjonat, który ukazał się w kwartalniku Akcent (1/2013):

Niepotrzebnie wziąłem ten notes. Pomyślałem jednak, że zamiast nudzić się, może uda mi się z jakąś literą zrobić porządek, a kto wie, czy nie natchnęłoby mnie to, aby tak samo zrobić z następną, co przemogłoby wreszcie bezradność, która doprowadzała mnie do tego, że po kilkunastu nazwiskach rezygnowałem.
Na wszelki wypadek wziąłem też kilka książek , płyt, odtwarzacz, ponieważ gdzieś tam w głębi siebie nie byłem tak całkiem pewny swojego postanowienia. Może gdyby deszcz padał. Była późna jesień, więc można było się spodziewać, że będzie często padał, a czasu miałem dosyć, przyjechałem na cały miesiąc. Na myśl, że mógłbym spędzić ten czas na niczym, przerażenie mnie ogarniało. Niestety, nie umiem odpoczywać. O, to wielka umiejętność umieć odpoczywać. Gdy postanawiam odpocząć, choćby te pół godziny, godzinę, jakiś niepokój mnie nawiedza, zaczynam niemal fizycznie odczuwać, jak przepływający przeze mnie czas przyspiesza, zaganiając  mnie z sobą, a nie widzę niczego, o co mógłbym się zaprzeć lub czego przytrzymać.

Zmęczony nieraz do kresu sił, poddaję się temu zmęczeniu tak bezwolnie, jakbym się śmierci poddawał. Ale czy można to nazwać odpoczywaniem? Poza tym od dawna źle sypiam, tak że i sen nie jest w stanie przemóc we mnie tego zmęczenia. Często budzę się rano równie zmęczony, jak wieczorem kładłem się spać. Ktoś mógłby pomyśleć, że to z przeciążenia nadmiarem pracy, na co często ludzie się skarżą. Lecz w moim przypadku nie. Lubię pracować, praca odrywa mnie od samego siebie. Moje zmęczenie wydaje mi się jakby naturalnym stanem tego, że żyję. Być może absurdalna to myśl, lecz ileż takich absurdalnych myśli kołacze się w każdym.

Następnego dnia po przyjeździe, o świcie, jeszcze przed śniadaniem, jako że wcześnie wstaję, również ze względu na psa, które zabrałem ze sobą, wabił się Oskar, foksterier, nie żyje, a przeżyłem tak dotkliwie jego śmierć, że odtamtąd nie mam psa, wybrałem się na spacer wokół pensjonatu. Chciałem w tym pierwszym moim wyjściu zobaczyć przede wszystkim jezioro, które mi właścicielka pensjonatu, gdy przyjechałem, a był już zmierzch, od razu zaczęła zachwalać, że muszę koniecznie zobaczyć, a przekonam się, w jak cudnym miejscu znajduje się jej pensjonat. A jezioro to nie wszystko, dookoła jeszcze lasy, przeważnie sosnowe, więc najzdrowsze. Jechałem tu parę kilometrów duktem przez las, to już trochę widziałem. Wiosna aż tchnie żywicą. Szkoda, że nie przyjechałem wiosną. Ale i teraz, jesienią, można odpocząć, nie będę żałował. Cisza, spokój. Wiosną jest zwykle więcej gości. A teraz tylko pan Dionizy. Pan Dionizy jednakże spokojny człowiek, wychodzi tyle z pokoju, co na posiłki i wieczorami na telewizję, bo pisze wspomnienia. Mieszka zresztą na parterze, a pański pokój jest na piętrze. Przyjeżdża to do mnie od lat i ciągle o tej samej porze, bo u mnie najlepiej mu się pisze. Spytałam go kiedyś, czy wciąż te wspomnienia pisze, bo żeby tyle lat. Wspomnień nie ma przecież człowiek tak dużo. Co tam z życia da się wycisnąć. Ale jakoś dziwnie mi odpowiedział.

- Żeby napisać o wszystkich i o wszystkim, życia za mało, pani Apolonio. Poza tym nie mam się do czego spieszyć. I tak się nie ukażą, aż po mojej śmierci, boby mnie zadziobali.
I nagle spytała jak się mój pies wabi.
- Oskar.
- Głodny pewnie – powiedziała z troską. – Szkoda, że pan nie zadzwonił, że przyjedzie z pieskiem. Bym coś świeżego i dla pieska przygotowała. Ale dam mu coś z puszki.

Rzeczywiście nie zadzwoniłem, ale miałem go zamiar oddać na ten czas do przechowalni dla zwierząt. Przeczytałem jednakże w prasowym ogłoszeniu, że gdyby ktoś chciał przyjechać z psem, kotem, kanarkiem czy papużką, to jesienią będzie mile widziany. Wobec tego uznałem, że z psem będę przynajmniej zmuszony wychodzić regularnie na spacery, bo z własnej woli nie wiem, czyby mi się chciało. Chodzić bez celu i zmuszać się dzień w dzień do podziwiania tego samego krajobrazu nie miałbym cierpliwości. Pies w takich przypadkach okazuje się niezastąpiony, nie pozwala człowiekowi ugrzęznąć we własnych myślach czy własnej pustce.
Początkowo prowadziłem go na smyczy, aby mi się nie zgubił w nieznanej ani jemu, ani mnie okolicy. Każdego ranka, gdy świt ledwo zaczynał bielić, szliśmy zazwyczaj najpierw na wysoki, urwisty brzeg jeziora znajdującego się w niewielkiej odległości od pensjonatu. Z piętra, z okna, to jezioro wydawało się nawet bliższe. Ostre, jesienne powietrze przywracało równowagę po źle przespanej nocy, bo i tu źle spałem, może dlatego, że próbowałem spać bez proszków.

Na jeziorze zalegała o tej porannej porze mgła, czasami tak gęsta, że gdy się stanęło na tym wysokim brzegu, wzrokiem nie docierało się do lustra wody w dole. Dopiero kiedy wstające po drugiej stronie, na przeciwległym brzegu słońce zaczynało rozrzedzać mgłę, wyłaniało się z wolna i jezioro. Było coś niezwykłego w tym słońcu wydostającym się z takim uporem i przebijającym się przez tę mgłę jakby zacieśniającą się przed nim w obronie. Ale, być może, już zapomniałem, jak wstaje słońce, i teraz na nowo to odkrywałem. Bo też kiedy ja widziałem ostatni raz wstające słońce, próbowałem sobie przypominać. Musiało to być bardzo dawno, tak że pamięć się zerwała.

Pożałowałem, że nie maluję już, bo gdybym malował, postawiłbym na brzegu sztalugi i próbował przenieść to słońce na płótno. Miałbym nawet tytuł: Narodziny słońca. Omal bezświetliste, odarte z promieni, pozbawione ciepła, rozrzedzone przez mgłę, która jakby je wysysała wraz z całym światem, że nawet ziemia nie miała siły, aby mu pomóc. Czułem jego ból, jego niewiarygodny wysiłek, gdy wypychało się samo na ten świat. Wydawało mi się, że unosi z sobą również cała ziemię wraz z tą przepastną mgłą. I doznawałem wręcz ulgi, gdy się wreszcie wydobyło. Po czym, zmierzając szerokim pasem po wyrąbanym jakby dla niego lesie, aby go nic już nie zatrzymało na drodze do jeziora, dochodziło po tamtej stronie do brzegu i tam zanurzało się, obmywając ze swojej męki. I już po tafli, rozbryzgując tę mgłę promieniami, szło najwyraźniej  ku nam, że nawet czułem jakiś rodzaj napięcia, towarzyszący zapewne każdemu oczekiwaniu, kiedy podejdzie pod ten wysoki brzeg, gdzie staliśmy ja i mój Oskar. Pewnie czuł to samo i Oskar, bo nie dał się nigdy odciągnąć, dopóki słońce nie podeszło na tyle blisko do nas, że mogłem powiedzieć, dzięki ci, słońce, żeś wzeszło, a Oskar radośnie zaszczekał. Po kilku dniach sam mnie już ciągnął każdego ranka na ten brzeg. Przysiadał na tylnych łapach i ani zaskamlał, warknął czy zaszczekał. Podnosił tylko łeb i z niepokojem popatrywał na mnie. I czekaliśmy, kiedy to słońce zacznie wschodzić, i dopiero gdy podeszło do nas, dał się poprowadzić w las.

Po drugiej stronie jeziora widać było jakiś budynek, dom wczasowy czy też pensjonat. Wydawał się dużo większy niż nasz, lecz nawet w pełnym słońcu niewiele można było dostrzec prócz tego, że stoi. Nasz nie był duży, można by rzec skromny, ale ogłoszenie prasowe zachęcało, że gdzie jak gdzie, tutaj na pewno odpocznę, w głębi lasów, pomyślałem, zapewne niewiele w nim będzie osób, bo kto by przyjeżdżał w taki czas, gdy już liście z drzew prawie opadły, a poranki zaczynały być zimne.

I rzeczywiście, oprócz mnie, mieszkał tylko wspomniany pan Dionizy. Gdyby nie właścicielka i jej syn, który wpadał dwa, trzy razy w tygodniu, bo mieszkał gdzie indziej, pensjonat sprawiałby wrażenie wymarłego. Mieszkałem sam na całym piętrze, pan Dionizy zaś na parterze, jako że miał kłopoty z chodzeniem. Ciężko wspierał się na lasce, jakby każdy krok opłacał bólem. Chyba nie wychodził w ogóle na spacer. W każdym razie nigdy go nie widziałem, nie tylko z rana, ale i po południu czy wieczorem. Przywiózł podobno ze sobą pełny samochód książek. Syn właścicielki, który zajmował się zaopatrzeniem pensjonatu oraz różnymi naprawami, a jesienią, jak teraz, i grabieniem opadłych liści, nie dał rady wnieść tych książek za jednym razem. W dodatku doszedł mu obowiązek przywożenia panu Dionizemu w sobotę wieczorem prawie wszystkich gazet i czasopism z całego tygodnia.

Zastanawiałem się, kiedy pisze, jeśli to wszystko czyta. Proponował mi nieraz jakąś gazetę lub czasopismo, w którym, jego zdaniem, było coś interesującego. Dziękowałem, że chętnie bym przeczytał, lecz również przyjechałem pracować i nie ma czasu na czytanie. Poza tym, ile razy wychodziłem na spacer czy wyprowadzałem psa, słyszałem, że słucha radia. Był widocznie przygłuchy czy też lubił tak głośno, aby niczego nie uronić. Są ludzie, którzy nie lubią ciszy, gdyż gubią się w ciszy jak we mgle. A może cisza jest dla nich równoznaczna  z samotnością.

Oddaliwszy się już spory kawałek od pensjonatu, to radio za sobą słyszałem. Wieczorami natomiast, gdy zaczynały się dzienniki, regularnie zasiadał w jadalni przed telewizorem.  Dnie nie opuścił, a oglądał nieraz do późna w nocy. Nie tylko dzienniki, także dyskusje, konferencje prasowe, komentarze, wywiady, zmieniając stacje i podkręcając czasem głośność, aż na piętro przez drzwi do mojego pokoju docierało. Co prawda, ucieszył się, gdy przyjechałem, wyczłapał na tej lasce i serdecznie mnie przywitał, jakbyśmy się już nieraz w tym pensjonacie spotkali:

- O, to będzie wreszcie z kimś słowo zamienić. Witam z nadzieją szanownego pana.
I już następnego dnia przy obiedzie, jadł właśnie drugie danie, gdy zszedłem do jadalni, złapał talerz, nóż, widelec i przysiadł się do mojego stolika.
- Pan pozwoli, źle się samemu je. Na długo pan przyjechał?
A następnego dnia wręczył mi wizytówkę.
- Jest tam i komórka dopisana, bo daję ją tylko zaufanym osobom. Gdyby pan był w naszym mieście, serdecznie zapraszam do siebie. Proszę tylko przedtem zadzwonić.

Rzuciłem wzrokiem. Dionizy Orzelewski, nic więcej. I adres.

- Dziękuję – powiedziałem. – Jeśli tylko będę, nie omieszkam skorzystać z zaproszenia. – I też mu się przedstawiłem. A wizytówkę wetknąłem do kieszonki w marynarce na piersiach. Później, już w domu, po powrocie, przepisałem ją do notesu, chociaż zastanawiałem się, po co. Gdybym nawet był w tym mieście, gdzie mieszkał, nie zadzwoniłbym przecież. A w pensjonacie nie miałem zamiaru być drugi raz. Nie trafiłem jakoś na tę jego wizytówkę w moim notesie. Ale może się podlepiła pod inną. Wizytówki tak się czasem sczepiają, gdy się do nich nie zagląda.

A za kilka dni zaczął mi opowiadać, co wyczytał właśnie w gazetach, przechodząc potem na radio, czego wysłuchał, po czym oglądał wczoraj wieczorem w telewizji. Niby słuchałem tego, lecz myślami byłem gdzie indziej, wyrobiłem w sobie taką umiejętność, aby nikt nie poznał, że nie słucham. Do tego usta miał pełne jedzenia, tak że słowa, przedzierając się przez to jedzenie, były niewyraźne, jakby zmielone z tym jedzeniem, tak że mało które były zrozumiałe. No, a któregoś z tych kolejnych dni, chyba pewny, że mnie może obdarzyć zaufaniem, rozognił się, jakby uczestniczył w którejś z debat czy dyskusji oglądanych wczoraj wieczorem w telewizji, podnosił głos nabrzmiały nieomal wściekłością lub kpił, szydził, wybuchał sarkastycznym śmiechem, rzucał inwektywami, a nie mogłem się zorientować, na kogo.

- Co oni sobie myślą, durnie. To przecież nieuki! – I aż trzasnął widelcem w talerz, więc tyle zrozumiałem, że chodzi o jakichś durniów czy nieuków.
Mniej więcej w połowie mojego pobytu byłem nim tak zmęczony, że zacząłem się zastanawiać, jak się tu uwolnić od niego. Wpadłem na pomysł, aby przychodzić wcześniej na posiłki, lecz nic to nie dało. Potem, aby później, ale to też nic nie dało. Wiedziony jakimś instynktem, przychodził tak samo wcześniej lub tak samo później. Zastanawiałem się nawet, czyby nie wyjechać, jeśli wysłuchiwanie go przy każdym posiłku miałoby trwać do końca, bo nie będzie odpoczynku, a na odpoczynek przecież przyjechałem.

Kiedyś znów się przysiadł przy obiedzie do mojego stolika, najwyraźniej rozgorączkowany, bo nie umościwszy się jeszcze dobrze na krzesełku, jako że miał kłopoty i z siadaniem wskutek tej niesprawnej nogi, rzucił we mnie pytaniem:

- Co pan o tym wszystkim sądzie, co się teraz dzieje?
- A co się dzieje? – odpowiedziałem niby naiwnym pytaniem, aby ostudzić jego podniecenie.
- Jak to? – obruszył się. – Nie czyta pan gazet, nie słucha radia, nie ogląda telewizji? Dzieje się historia, i to na naszych oczach. – I wbił się wyczekującym wzrokiem we mnie.

Spokojnie, jakbyśmy o niczym nie rozmawiali, ukroiłem kawałek befsztyka, wsadziłem w usta, pogryzłem, przełknąłem i dopiero odpowiedziałem:

- Historia zawsze się dzieje na naszych oczach, tylko nie zawsze te oczy chciałaby być nasze.
- Nie rozumiem.
- Nie musi pan.
- Ale może chciałbym. Zrozumieć to nie znaczy zaraz zgodzić się. Zależy zresztą z kim.
- Wobec tego zacytuję panu, co ktoś powiedział o historii: „Co mnie obchodzi historia. Mój świat jest pierwszy i jedyny”.
- Kto? – warknął, nie ukrywając złości.
- Powinien pan go znać.
- Nie sądzę. Nie zawieram znajomości z durniami.
- Nie dureń. Filozof.
- Filozof? – Machnął lekceważąco widelcem, po czym zdarł z widelca nabity już kawałek mięsa. I mieląc to mięso w zębach, powiedział: - Pan myśli, że wśród filozofów nie ma durniów?
- W takim razie może bardziej miarodajny byłby dla pana oficer, bo był i tym, i tym. I nie jakiś tam, lecz dzielny, zasłużony, odznaczany za hart ducha i odwagę.
- Filozof, oficer? – Wstrzymał się na chwilę z jedzeniem, jakby się nad czymś zastanawiał. Myślałem już, że oficer go przekonał, lecz wzgardliwie rzucił: - I co z tego?

Odtamtąd nie przysiadł się już ani razu do mnie. I chociażby o pogodę nigdy nie zagadnął, gdy wracałem rano ze spaceru i natknęliśmy się na siebie.

Obszerniejszy fragment w kwartalniku Akcent.