Sztandar z Krzywickiej

Małgorzata Szpakowska
#

Bo i z kogo innego można było uczynić sztandar? Inna rzecz, że sama byłaby nie od tego. Dużo włożyła wysiłku, żeby stać się ikoną emancypacji. Przed wojną bardzo dbała, by jej romans z Boyem nie umknął niczyjej uwagi, deklarując zresztą cały czas miłość do legalnego małżonka. Pisała prowokacyjne artykuły, domagając się comiesięcznych urlopów zdrowotnych dla kobiet na czas menstruacji. Propagowała świadome macierzyństwo (także w praktyce świecąc przykładem: Boy Boyem, a synów, jak się zaklinała, rodziła tylko mężowi). Walcząc z patriarchalnym modelem rodziny, obsmarowała we wspomnieniach własnego teścia, Ludwika Krzywickiego, jako brudasa, niechluja i niewiarygodnego skąpca. Przyjaciół zresztą potraktowała nie lepiej, bo o ulubionym Słonimskim napisała, że był nieuk i pomysły do Kronik tygodniowych podsuwać mu musiała Maria Knasterowa, a o Iwaszkiewiczu, że był antysemitą i poszukując introligatora zastrzegał, żeby to nie był Żyd. W opublikowanej po dziewięćdziesiątce autobiograficznej książce1, która zdobyła największe powodzenie z wszystkich jej utworów (pięć wydań w latach 1992-2002), sama ogłosiła się gorszycielką, wspominając z rozrzewnieniem panów, co ją kochali, a w każdym razie emablowali – poza mężem i Boyem między innymi Romain Rollanda, Waltera Hasenclevera, Witkacego (który w Zakopanem omal miał ją kiedyś zgwałcić w narkotycznym szale), Zdzisława Czermańskiego, Jules’a Romains, a nawet własnego ojczyma. Koniec życia przyniósł jej sławę może nawet większą, niż miała przed wojną i której jej poskąpiło pośrednich pięćdziesiąt lat.

Do tej sławy przyczyniła się także edytorka Wyznań gorszycielki, Agata Tuszyńska, która kilka lat później wydała o Irenie Krzywickiej własną książkę – Długie życie gorszycielki2. Jest to swego rodzaju montaż świadectw, w którym wypowiedzi samej bohaterki przeplatają się ze wspomnieniami innych osób – od Ryszarda Matuszewskiego i Jana Garewicza po kolegów szkolnych syna. Tuszyńska skoncentrowała się właśnie na tych niezbyt udanych dla Krzywickiej latach powojennych, nie ukrywając ani jej kompletnej dezorientacji politycznej, ani usiłowań, by jak najlepiej wpisać się w peerelowską rzeczywistość, ani miotania się między socrealizmem a Giedroyciem, w obu przypadkach z miernym powodzeniem. Stworzyła wiarygodny portret kobiety, która, niegdyś osiągnąwszy sukces zawodowy i towarzyski, próbuje go odtworzyć w kompletnie zmienionych warunkach, nie zdając sobie sprawy z własnej anachroniczności: podejmuje tematy, które dawno przestały elektryzować publiczność; prowadzi „salon”, którego karykaturę można znaleźć w Życiu towarzyskim i uczuciowym Tyrmanda; usiłuje patronować komórce ZMP w liceum TPD II imienia Klementa Gottwalda w przeświadczeniu, że w ten sposób dochowuje wierności swoim przedwojennym postępowym poglądom. Ale ten portret jest tak plastyczny, że dzięki niemu bohaterka książki mimo wszystkich swoich wad i mankamentów tylko zyskała na popularności.

Do tej popularności mogły się przyczynić również wspomnienia syna Krzywickiej, Andrzeja3, w dużej części poświęcone osobie matki. Ta książka – jak zresztą i obie pozostałe, o których była mowa – musiała uprzytomnić czytelnikom jeszcze jedne aspekt osobowości „gorszycielki”: ogromne znaczenie, jakie w jej życiu odegrało macierzyństwo. Było to w dodatku macierzyństwo samotne i naznaczone tragedią: mąż, Jerzy Krzywicki, zginął w Katyniu, a starszy syn Piotr zmarł w lutym 1943 roku. Matka jego pamięć otoczyła czcią nieledwie religijną; zresztą i za życia wyraźnie go faworyzowała kosztem młodszego, Andrzeja. Na nim jednak później skoncentrowała swoje uczucia, gdy zaś w 1953 roku zachorował na polio, włożyła mnóstwo wysiłku w jego rehabilitację, a nawet – w owym czasie był to jednak wyczyn – załatwiła mu kurację w Szwajcarii. Musiała też przez wiele lat troszczyć się o utrzymanie obojga. Zarazem trudno nie dostrzec, że jako matka daleko odeszła od własnych przedwojennych artykułów, w których propagowała pedagogiczne poglądy Bertranda Russela (dziecko od niemowlęcia należy traktować stanowczo i z rygorystyczną punktualnością; „Dziecko powinno funkcjonować jak dobry pociąg”4). Z drugiej strony jednak to przesadne, egzaltowane macierzyństwo mogło z Krzywickiej uczynić ikonę także dla innej grupy kobiet, już nie tylko tych emancypowanych obyczajowo, ale także tych przekonanych o znaczeniu esencjalnej kobiecości, skoncentrowanych na macierzyństwie i poświęceniu.

Popularność Ireny Krzywickiej widoczna w ostatnich latach zbiegła się z wzrostem zainteresowania historią ruchów kobiecych, jaki nastąpił w Polsce po 1989 roku. Tu już mniej zajmowano się nią jako skandalistką, więcej uwagi budziły jej aktywność społeczna i jej poglądy. Szukając korzeni polskiego feminizmu, Aneta Górnicka-Boratyńska opisała cztery projekty emancypacyjne powstałe w stuleciu poprzedzającym drugą wojnę światową; powiązała te projekty z czterema patronkami: Elizą Orzeszkową, Paulina Kuczalską, Zofią Nałkowską i właśnie Ireną Krzywicką. Trzy pierwsze z opisanych przez nią programów można w dużym uproszczeniu przedstawić jako emancypację kolejno: przez służbę społeczną (Orzeszkowa domagała się dla kobiet prawa do pracy i nauki w imię dobra ogółu); przez równouprawnienie wyborcze, społeczne i cywilne (program Kuczalskiej i sufrażystek z kręgu pisma „Ster”); wreszcie przez esencjalną samorealizację uczuciową i seksualną (wczesna proza, a przede wszystkim skandalizujące wystąpienie Nałkowskiej na Zjeździe Kobiet w 1907 roku). Czwarty projekt, połączony z nazwiskiem Krzywickiej, również uwzględniał samorealizację kobiety, także seksualną, ale dużo wyraźniej sytuował ją w kontekście społecznym. Nie darmo ten rozdział książki Górnickiej-Boratyńskiej zawierał w tytule hasło „Prywatne jest publiczne” i odwoływał się do tej formacji feministycznej, która głosi, że każde doświadczenie jednostkowe ma swój wymiar polityczny. Krzywicka mieściła się tutaj i jako pisarka (przede wszystkim jako autorka Pierwszej krwi), i jako publicystka społeczna, animatorka „Życia Świadomego” i ruchu kontroli urodzin, i w końcu recenzentka, która – czytamy – próbowała „zbudować alternatywne (specyficznie żeńskie) podejście krytyczne dla literatury pisanej przez kobiety i o kobietach”5, będąc w ten sposób prekursorką dzisiejszej ginokrytyki. Jej program można by więc od biedy nazwać programem równouprawnienia nie tylko ducha, ale też i ciała kobiecego, które wcześniej kultura kazała otaczać milczeniem.

Skandalistkę zatem w społecznym odbiorze stopniowo zaczęła uzupełniać myślicielka. Krzywicka może zaspokajać bardzo różne zapotrzebowania. Pierwszą krew wznowiła w 2008 roku Krytyka Polityczna jako świadectwo nowoczesnego podejścia w obszarze psychologii rozwojowej i jako próbę podważenia patriarchatu. Wyznania gorszycielki z kolei wpisały się w renesans Drugiej Rzeczpospolitej, jaki nastąpił po 1989 roku i zaowocował między innymi numerem Trzeciej; renesans ten objął zresztą przede wszystkim facecje i anegdoty – i tu Krzywicka pasowała jak znalazł. Wreszcie rodząca się historia kobiet6 potrzebowała wyrazistych postaci – i tu znowu Krzywicka nie mogła się nie pojawić. Jej nazwisko – niemal jak przed wojną – stało się synonimem kobiecej subwersywności, nawet dla tych, którzy nigdy nie mieli żadnej jej książki w ręku.

Czy ta sława jest usprawiedliwiona? Tu mogę mówić tylko we własnym imieniu. Opublikowana w 1930 roku Pierwsza krew do dzisiaj zaskakuje trafnością obserwacji, zwłaszcza gdy się pamięta, że napisała ją późniejsza autorka rewolucyjnej sagi Rodzina Martenów i socrealistycznego dramatu Dr Anna Leśna. Debiutancka powieść Krzywickiej zawiera historię dojrzewania trojga nastolatków, bardziej zresztą społecznego niż biologicznego; tytułowa „pierwsza krew” istotnie się pojawia, ale wcale nie jest głównym tematem. Jest nim natomiast po prostu kryzys tradycyjnej rodziny: każdy z domów, w których wyrastają młodziutcy bohaterowie powieści, jest po swojemu patologiczny, i to akurat pokazane zostało z dużą siła przekonywania. Zarazem książkę cechuje powściągliwość stylistyczna, uderzająca w zestawieniu z twórczością innych autorek z tamtych czasów, choćby z Kuncewiczową czy Nałkowską; pod tym względem jest to pisarstwo naprawdę nowoczesne, zupełnie wyzwolone z śladów Młodej Polski.

Nazwisko Kuncewiczowej padło nieprzypadkowo. Krzywicka o literaturze pisywała już wcześniej, naprawdę jednak zwróciła na siebie uwagę w 1928 roku artykułem Jazgot niewieści albo przerost stylu7, w którym zaatakowała czułostkowość i manieryczność polskiej prozy kobiecej. Nazwisk nie wymieniała; w przytoczonych cytatach rozpoznała się jednak Maria Kuncewiczowa, która na łamach „Wiadomości Literackich” wystąpiła z protestem; polemika między paniami toczyła się potem przez dalsze numery pisma. W ogóle przedwojenne recenzje Krzywickiej bywały całkiem ciekawe; ich wybór kilka lat temu wydała Agata Zawiszewska8. Te, które ukazywały się w „Wiadomościach”, poświęcone były w przeważającej części literaturze pisanej przez kobiety – nie sposób orzec, czy z woli samej Krzywickiej, czy z decyzji redakcji; nic dziwnego, że wyraziście mógł się w ich ujawniać kobiecy punkt widzenia. Warto zresztą pamiętać, że w dwudziestoleciu międzywojennym głos pisarek brzmiał przynajmniej równie głośno jak głos pisarzy-mężczyzn, wystarczy wymienić nazwiska Dąbrowskiej, Nałkowskiej, Jasnorzewskiej-Pawlikowskiej, Kossak-Szczuckiej, Przybyszewskiej. Na łamach ‘Wiadomości Literackich” przeciw „zlewowi kobiecości” w literaturze protestował nawet – całkiem serio – Ludwik Hieronim Morstin9; zarzucał mianowicie piszącym kobietom, że przyznają sobie pozycje niezależne, zamiast zająć się tym, do czego są stworzone, to jest miłością.

Krzywicka w krytyce literackiej szła drogą wytyczoną przez Boya: powieści interesowały ją głównie jako opis przypadków z życia. Mniej zwracała uwagę na środki formalne i prądy artystyczne, bardziej na świadectwo obyczajów. Zdarzało się jednak, że jej teksty ujawniały świetny zmysł syntezy. Tak było na przykład, kiedy ukazał się przekład pierwszego tomu W poszukiwaniu straconego czasu: opisała polskim czytelnikom powieść Prousta jako wielowariantowe studium miłości – dziecinnej, chłopięcej, ojcowskiej, homo- i heteroseksualnej – która nigdy nie zazna nasycenia, bo jej przedmiot zawsze pozostaje nieprzenikniony i nieprzewidywalny, jak matka, na której wieczorną wizytę narrator rozpaczliwie oczekuje w dzieciństwie. Tak było, gdy w Podróży do kresu nocy Céline’a uchwyciła najważniejszy wątek, istotny zwłaszcza w części wojennej: napisała, że jest to opowieść człowieka, który cały czas panicznie się boi, a patriotyzm, którego dowództwo oczekuje od żołnierzy, „to jest w istocie rzeczy pańska zabawa”, która na polu bitwy zastępują „zwierzęcy strach śmierci, ludzka nienawiść i ludzka rozpacz”. Tak było wreszcie, gdy w powieściach Rodziewiczówny nieoczekiwanie dostrzegła apologię ciężkiej pracy, jakiej wymaga prowadzenie gospodarstwa rolnego; pozostając na ideologicznych antypodach, potrafiła zachwycić się zmysłową wyrazistością, z jaką tamta „z pasją ziemianki oprowadza nas po gospodarstwie, każe zaglądać koniom w zęby, brać w rękę kłosy, macać kury”10. I choć ten entuzjazm dla wiejskich zajęć mógł być w ujęciu Krzywickiej trochę zabawny, zarazem dobrze świadczył o jej obiektywizmie krytycznym (a trochę też tłumaczył późniejszy brak oporów wobec socrealizmu).
Faktem jest jednak, że dzisiejsza emblematyczność Ireny Krzywickiej pozostaje w luźnym związku z jej dokonaniami krytycznymi, a nawet z jej twórczością literacką. Bardziej już z jej publicystyką społeczną, a przede wszystkim z legenda biograficzną. Była niewątpliwie jedną z tych, które uczyniły sztandar ze spódnicy, nie przejmując się śmiesznością ani zgorszeniem. Obelżywe (w zamyśle) określenie, jakiego Jan Ludwik Popławski użył w recenzji z pierwszego tomu nowel Zapolskiej, łatwo dało się przekształcić w zawołanie bojowe; sztandar ze spódnicy to „nie gorszy sztandar od wielu innych”11 – to już sama Krzywicka zauważyła. O miejsce dla kobiet w kulturze walczyła, jak umiała – czasem piórem, czasem własnym życiorysem. I w zasadzie odniosła zwycięstwo: nie została do końca zapomniana, jest ikoną.

Jako ikona właśnie pojawia się w dramacie Julii Holewińskiej. Patronuje kobiecym żalom i losom – i takim, z którymi mogłaby się identyfikować, i takim, które pewno wywoływałyby jej zdziwienie i protest. Ale ten patronat w zderzeniu z rzeczywistością okazuje się jednak iluzoryczny. Chór kobiet składający się na tę sztukę czytał z pewnością i Wyznania gorszycielki, i Pierwszą krew, bo obie książki wykorzystuje do prezentacji kobiecej biologii; potem jednak wielogłos daleko wykracza poza tak zarysowany horyzont. Nawracające fragmenty z tekstów Krzywickiej – o jej zaręczynach, o skąpstwie starego Krzywickiego, o śmierci kotki Wobicy, o kuracji aplikowanej synowi i o dotkliwej własnej starości – wszystko to coraz bardziej odstaje od kołowrotu historycznego i politycznego, w którym splatają się Auschwitz ze sklepem mięsnym, dziewictwo z okrzykiem „precz z komuną”, miłość lesbijska z Solidarnością i kartki na mydło z Urzędem Bezpieczeństwa. Trywialność i wzniosłość kobiecego losu w Polsce – zdaje się pisać Holewińska – przerastają wyobraźnię patronki; ten sztandar jeszcze powiewa, ale chyba już zaczyna blaknąć. W zakończeniu dla jednej z chórzystek Krzywicka jest jeszcze przedwojenną gwiazdą literackiego salonu, ale dla drugiej już tylko peerelowską radną, dla trzeciej Żydówka, dla czwartej „komunistyczną pisareczką”.
A ostatnia mówi: „Irena Krzywicka? Nie, nie znam. Nie ma jej na facebooku”. Dowcip prościutki. Ale może tak już niedługo będzie.


1 Wyznania gorszycielki, opracowała Agata Tuszyńska, wydanie V – Czytelnik, Warszawa 2002.
2 Agata Tuszyńska Długie życie gorszycielki. Losy i świat Ireny Krzywickiej, Iskry, Warszawa 1999.
3 Andrzej Krzywicki Diabelski młyn, Czytelnik, Warszawa 2005.
4 Bertrand Russell o wychowaniu, „Wiadomości literackie” nr 20/1932, dodatek „Życie świadome”.
5 Aneta Górnicka-Boratyńska Stańmy się sobą. Cztery projekty emancypacji (1863-1939), Świat Literacki, Izabelin 2001, s. 209.
6 Myślę tu na przykład o badaniach zapoczątkowanych przez Annę Żarnowską i Andrzeja Szwarca, które zaowocowały wielotomową serią wydawniczą „Kobieta i…”, a także o antologii Anety Górnickiej-Boratyńskiej Chcemy całego życia (Res Publica, Warszawa 1999), zbierającej wypowiedzi programowe polskich feministek od Narcyzy Żmichowskiej po właśnie Krzywicką.
7 „Wiadomości literackie” nr 29/1928.
8 Kontrola współczesności. Wybór międzywojennej publicystyki społecznej i literackiej z lat 1924-1939, zebrała i wstępem opatrzyła Agata Zawiszewska, Wydawnictwo Feminoteki, Warszawa 2008.
9 Hieronim Morstin Zalew kobiecości, „Wiadomości Literackie” nr 21/1933
10 Wszystkie przywołane artykuły krytyczne Krzywickiej ukazały się w „Wiadomościach Literackich”: Proust po polsku w numerze 46/1936, Podróż u schyłku nocy w 10/1933, Piewczyni polskiego Far Westu w 10/1936.
11 Gabriela Zapolska, „Wiadomości Literackie” nr 15/1932.