Książkomaniak, czyli szlachetny szaleniec

Maciej Robert
#

Tekst z czwartego numeru Nowych Książek (4/2013).

Badania nad czytelnictwem w Polsce przynoszą zatrważające wyniki. Tymczasem – co zaskakuje – jedna po drugiej ukazują się książki o przyjemności czytania i o bibliofilskich szaleństwach.

Ledwo skończyliśmy lekturę Książki o czytaniu Justyny Sobolewskiej, a już dostajemy do rąk Młodszego księgowego Jacka Dehnela, który znajduje się w o tyle gorszej sytuacji od dziennikarki „Polityki”, że jest pisarzem. Sam autor doskonale zdaje sobie z tego sprawę i już na początku zaznacza: „Zdrowy rozsądek poopowiada, że poeci i prozaicy nie powinni brać się do krytyki literackiej, podobnie jak malarze nie powinni się parać krytyką artystyczną, a muzycy – muzyczną. Choćby dlatego, że środowisko artystów, bez względu na uprawianą sztukę, składa się w sporej części z ludzi niebywale ambitnych, łaknących sławy, nadwrażliwych, obrażających się łatwo o każdą recenzję, która nie jest hymnem pochwalnym, a do tego połączonych w rozmaite jawne i niejawne związki, koterie, stronnictwa, grupy wsparcia”. Dlaczego zatem autor Lali, nie bacząc na konsekwencje takiego ruchu, zabiera się za komentowanie spraw literackich? Z kilku powodów, które warto tutaj wymienić, ponieważ poniekąd zakreślają horyzont tematyczny pomieszczonych w Młodszym księgowym tekstów.

Otóż Dehnel – jako czynny bywalec i komentator internetowych portali literackich – zdążył się uodpornić na ataki rozżalonych i sfrustrowanych mniej zdolnych kolegów po piórze oraz literatów in spe. Jednym celnym zdaniem potrafi zastopować małostkowe szarże rozżalonych wierszokletów, nie waha się również przed napiętnowaniem „dzieł” autorów, u których samoocena zdaje się być w kompletnym zaniku. Ta część książki, którą Dehnel poświęca „podopiecznym kopniętej muzy”, jest fragmentem nieodparcie śmiesznym, a jednocześnie przerażającym, ponieważ uświadamia czytelnikom, że ich peregrynacje lekturowe obejmują jedynie czubek wydawniczej góry lodowej. Mieści się na nim nikły odsetek twórców, którym udało się odnieść literacki sukces, natomiast poza zasięgiem wzroku kłębią się nieprzebrane masy autorów, u których rozbuchane ego pozostaje w zasadniczej rozbieżności z ich literackimi możliwościami.

Opisując żałosne próbki pisarskie internetowych napinaczy, Dehnel nawiązuje w swoich tekstach do pamiętnych Książek najgorszych Stanisława Barańczaka. Z tą różnicą, że w czasach rzeczywistości internetowej praca komentatora literackiego jest o wiele trudniejsza niż w okresie PRL-u. Książki wyśmiewane przez Barańczaka, choć były nieznośnymi pod względem ideologicznym utworami klasy B, pozostawały wszak literaturą tworzoną przez osoby, które przynajmniej w podstawowym stopniu opanowały pisarski warsztat. Dzisiejsi radośni twórcy literatury naiwnej nie mają już żadnych hamulców, a nieograniczona przestrzeń w sieci, w której każdy grafoman znajdzie kącik dla siebie, daje im dodatkowy asumpt do płodzenia kolejnych utworków-potworków. Dehnelowi chciało się zgłębić tę otchłań. Chwała mu za podjęty trud, albowiem wyłowił stamtąd kilka pereł, które kładzie przed swoimi czytelnikami. Ku przestrodze.

Krytyczna złośliwość rymuje się w pewien sposób z polemicznym stylem pozostałych tekstów pomieszczonych w Młodym księgowym; tekstów, które cechują się także doraźnością. A doraźność, obok zawartości polemicznej, to wszak główny wyznacznik felietonu (i tak też trzeba wypowiedzi te postrzegać – były one przecież publikowane przez Jacka Dehnela w serwisie Wirtualna Polska właśnie jako felietony). Jako felietonista zatem (a nie krytyk) Dehnel w osobistym, lekkim i nieco zjadliwym tonie komentuje rzeczywistość polskiego życia kulturalnego. A to wda się w korespondencyjny pojedynek z pewną dziennikarką i wykpi forsowana przez nią dość karkołomną woltę retoryczną, a to odniesie się do słów posłanki Krystyny Pawłowicz, które ta wygłosiła po śmierci Wisławy Szymborskiej, a to przypomni zaskakujące decyzje byłego ministra edukacji dotyczące kanonu lektur szkolnych. Są to teksty celne i dowcipne, z publicystycznego punktu widzenia nic im nie brakuje, aczkolwiek ich doraźność powoduje, że szybko tracą na aktualności. Mało kto już pamięta (na szczęście mało kto chce pamiętać) wiceministra Orzechowskiego odpowiedzialnego za zaskakujące reformy w spisie lektur. Nieczytelny kontekst historyczno-polityczny i szybkie zmiany tematów, jakimi żyje opinia społeczna, powodują, że publicystykę autora Saturna można podsumować trawestacją pytania , które pojawia się w tekście: „A pamięta pan, kto był wiceministrem edukacji ledwie osiem lat temu?”.

Na szczęście doraźności w Młodszym księgowym nie ma zbyt wiele, nawet tej literackiej. Bo choć Dehnel, jako jeden z niewielu współczesnych pisarzy, na bieżąco przygląda się z uwagą wydarzeniom na scenie literackiej, to jego sympatie czytelnicze (ale też kolekcjonerskie) sytuują się w zasadniczo odmiennych rejonach. Jacek Dehnel, jako „młodszy księgowy”, jawi się bowiem nie jako krytyk i komentator, ale przede wszystkim jako czytelnik, obsesjonat książki, misjonarz bibliofilstwa. Stąd i najważniejszy, bo podarty znaczącą większością tekstów, powód, dla którego Dehnel z chęcią zabiera się za pisanie o czytaniu – jego teksty, w których emocjonuje się antykwarycznymi znaleziskami, nie robią żadnej krzywdy rówieśnym mu pisarzom. Są hołdem złożonym przyjemności czytania, buszowania po księgozbiorach, odnajdywania tajemnych ścieżek łączących różne teksty literackie.
Felietony Dehnela są sprawozdaniem z zajmującej przygody, jaką jest książkomania. Ile frajdy przynosi takie coraz bardziej ekstrawaganckie hobby, wie tylko ten, kto, jak Dehnel, ze sterty makulatury upchniętej u bukinisty wyjmuje chociażby przedwojenny Specjalny cennik paryskich, amerykańskich i niemieckich gumowych i innych higienicznych środków ochronnych dla mężczyzn i kobiet. Kto odkrywa, że książka dla dzieci Opowieści o Cebulku Gianniego Rodariego ma wiele wspólnego z Lampartem Tomasiego di Lampedusy. Kto bez wahania skłonny jest wydać fortunę na polski album zdjęć policyjnych z lat 1933-35. Najwięcej radości mają zaś czytelnicy, którzy współdzielą z Dehnelem czytelniczo-bibliofilską pasję. Młodszy księgowy jest dla nich jak przepustka do tajnego, ekskluzywnego klubu. Jest jak porozumiewawcze mrugnięcie okiem: „Nie jesteście osamotnieni. Takich szaleńców jest więcej.”