Głosy i dygresje do 'teczek' i Dzienników Zygmunta Mycielskiego (4)

Danuta Gwizdalanka
#

Tekst z szóstego numeru Ruchu muzycznego (6/2013).

Czytaj on-line ostatni numer Ruchu muzycznego na stronie czasopisma

Glosy i dygresje do 'teczek' i Dzienników Zygmunta Mycielskiego (1)
Glosy i dygresje do 'teczek' i Dzienników Zygmunta Mycielskiego (2)
Głosy i dygresje do 'teczek' i Dzienników Zygmunta Mycielskiego (3)

W dobie zimnej wojny informacje i propaganda miały strategiczne znaczenie. Obywatel utrzymujący kontakty z cudzoziemcami był więc z jednej strony podejrzany, lecz z drugiej mógł być pożyteczny. Z wieloma osobami wybierającymi się na Zachód prowadzono zatem tzw. rozmowy profilaktyczno-ostrzegawcze, mające uwrażliwić je na zakusy zachodnich służb wywiadowczych oraz podejmowanie prób nie tylko werbunku, ale także wykorzystania ich zachowań i głoszonych opinii do wrogich PRL-owi celów propagandowych.

Rozmowy profilaktyczne
W kwietniu 1964 Zygmunt Mycielski po raz kolejny wybierał się do Paryża i przeprowadzenie z nim rozmowy profilaktyczno-ostrzegawczej zlecono pracowniczce KC PZPR (w niedalekiej przyszłości podwładnej Mycielskiego w redakcji "Ruchu Muzycznego"). Przebieg jej opisał sam Mycielski w Dzienniku.

"Przed samym wyjazdem, 23 kwietnia, poszedłem - w wyniku telefonu, o 10 - do pani Szubertowej, do Komitetu Centralnego. Rozmowa była dziwaczna, pamiętam ją niemal dosłownie. Po przywitaniu ja:
Co też to pani ma takiego pilnego do zakomunikowania mi? (chciała ze mną rozmawiać, a nie załatwiać przez telefon). Ma pani jakieś instrukcje w związku z moim wyjazdem?
Szubertowa: Ależ nie, żadnych instrukcji. Chciałam panu tylko powiedzieć, żeby pan uważał, żeby pan bardzo uważał.
Ja: Proszę pani, ja bardzo uważam. Latałem dotychczas często samolotem, teraz jadę pociągiem.
Szubertowa: Chodzi mi o co innego. Ja byłam tak pilnowana w czasie mego pobytu w Holandii - jak to panu już opowiadałam.
Ja: Pani jest - ostatecznie - członkiem Komitetu Centralnego (ona tam pracuje, co wiem, że jest różnicą, ale umyślnie jej tak powiedziałem), więc to możliwe, że Holendrzy panią pilnowali, ale ja nigdy nie zauważyłem, żeby mnie Francuzi pilnowali.
Szubertowa: Tak. Ale niech pan uważa. Pan może być sprowokowany...
Ja: Ależ ja się tak łatwo nie dam sprowokować. Ostatecznie, już nie pierwszy raz wyjeżdżam.
Szubertowa: Pan ma taki kryształowy charakter. Sądzi pan innych po sobie...
Ja: Pani mnie idealizuje.
Szubertowa: Nie. My pana znamy, cenimy...
Ja: Proszę pani, o co wam chodzi? Bo, wie pani, ja na żadne warunki nie idę. Albo jadę i będę widział tych ludzi, których zawsze widuję. Pani wie, to byłoby nawet dla was gorzej, gdybym ich unikał, to by powiedzieli, żeście mnie zastraszyli. I będę im mówił to, co myślę. A żeby pani powiedzieć, co myślę, musiałbym tu u pani siedzieć przez rok.
Szubertowa: Ależ - my wiemy. My pana bardzo cenimy, pana krytyki płyną z pozycji pozytywnych.
Ja: I wiecie, że nie jestem marksistą? Że mam tam dużo znajomych, przyjaciół, krewnych?
Szubertowa: Wiemy. Oczywiście, że pan musi widzieć wszystkich, których pan widuje, tylko niech pan uważa, żeby się pan nie dał sprowokować. Oni mają tyle sposobów, mogą pana wykorzystać, ogłosić jakieś oświadczenie pana.
Ja: Więc boicie się po prostu, żebym się nie skompromitował?
Szubertowa: Tak, tak.
Ja: Ale ja pani powiedziałem, że warunków żadnych nie przyjmuję. Albo jadę, jak zawsze, albo mogę nie jechać.
Szubertowa: My panu żadnych warunków nie stawiamy.
Ja: No - to w takim razie (patrzę na zegarek), jest już blisko jedenasta. Jeżeli mam jechać, to muszę już iść.
Szubertowa: Niech pan jedzie.
I pożegnaliśmy się w najlepszej zgodzie.

W moim przekonaniu nie wykrztusiła tego, co mi miała powiedzieć. Nie padło niczyje nazwisko, ani Maisons-Laffitte, ani inne...1
W roku 1970, gdy pomimo wspomnianego w poprzednim odcinku zastrzeżenia wyjazdów "do kk" przez MSW Mycielski otrzymał paszport dzięki wstawiennictwu Ministerstwa Kultury i Sztuki, znowu starano się go "ostrzec".

"Płaza miał ze mną i drugą, zresztą bardzo uprzejmą rozmowę, w której niepokoił się, czy nie zostanę tam Ťomotanyť. ŤPrzez kogo? - zapytałem - ja się tak łatwo nie dam przecie omotaćť. ŤChociażby prasa może się tam Pana wyjazdem zainteresować, czy tu nie było jakich prześladowańť. ŤPanie dyrektorze, na prasę nie mogę mieć wpływu, co oni tam napiszą. A co do moich jakichś oświadczeń to - może pan o tym słyszał - jeżeli jakieś oświadczenia robię, to tylko tu, w kraju, a nie za granicąť" 2.
W roku 1975 Mycielski wybierał się z prywatną wizytą do brata mieszkającego w Republice Południowej Afryki. W tym czasie ponownie znalazł się na celowniku MSW, tym razem z powodu tzw. listu 15. Memoriał ów, wystosowany do władz w listopadzie 1974 roku, postulował okazywanie Polakom mieszkającym w ZSRR podobnego zainteresowania jak Polonii z Europy Zachodniej i Stanów Zjednoczonych, którą z pobudek propagandowych, ale także ekonomicznych, zaczęto w tych latach wyraźnie kokietować. Podpis Mycielskiego figurował na pierwszym miejscu tego listu. Teraz więc rozmowę profilaktyczno-ostrzegawczą przeprowadził z nim etatowy pracownik MSW, major Romuald Szapałas, a przebieg jej opisał w raporcie dołączonym do akt sprawy. 

"W dniu 27 stycznia b.r. w pomieszczeniach KSMO w Warszawie przeprowadziłem rozmowę profilaktyczno-ostrzegawczą z figurantem kwestionariusza ewidencyjnego krypt. ŤWiernyť - Zygmuntem Mycielskim (Przy rozmowie obecny był pracownik Wydz. III KSMO por. Filipowski).

Zgodnie z przyjętym planem zakomunikowałem Z. Mycielskiemu, iż zaangażował się w szkodliwą politycznie działalność, czego ewidentnym dowodem jest podpisanie przez niego tzw. Ťlistu 15ť. Zaznaczyłem, że nie jest to przypadek odosobniony, bowiem jesteśmy zorientowani w podejmowaniu przez niego w przeszłości szkodliwych inicjatyw, bądź angażowania się w takowe już w latach ubiegłych, począwszy od 1966 r., a także w latach 1967-68. Wspomniałem w tym miejscu o jego liście z 1968 r. adresowanym do muzyków czeskich [...]. Jego ówczesne wystąpienia dotyczyły nie tylko spraw kraju, a wykraczały również poza granice, chociażby w postaci publikowania wspomnianego listu przez zachodnie ośrodki masowego przekazu oraz wrogie ośrodki dywersyjne, jak ŤKulturať paryska i ŤWolna Europať. Zauważyłem, że zrobiło to na Mycielskim duże wrażenie, zwłaszcza wzmianka o ŤWolnej Europieť.

[...] Posługując się posiadanymi egzemplarzami ŤKulturyť paryskiej oraz nasłuchem rozgłośni ŤDeutsche Welleť wykazałem szkodliwość jego uczestnictwa w negatywnej działalności politycznej, a jednocześnie, że wystąpienia w których uczestniczył w przeszłości oraz ostatnio, służą ośrodkom dywersji jako dodatkowy pretekst do antypolskiej działalności skierowanej przeciwko naszemu krajowi i jego obywatelom, a wyrażającej się m.in. w rozpowszechnianiu szkalujących ocen sytuacji politycznej w PRL. W czasie tego monologu Mycielski usiłował kilkakrotnie wtrącić swoje uwagi, zdołałem go jednak przywołać do porządku i kontynuowałem dalej rozmowę w ustalonym kierunku.
[...] Zakomunikowałem, iż mimo zaangażowania się w szkodliwą politycznie działalność, kompetentne władze wyraziły zgodę na jego wyjazd do krajów kapitalistycznych, ponieważ jednak liczymy się z możliwością nawiązania przez niego kontaktów z pracownikami ŤKulturyť paryskiej i wykorzystaniem tych kontaktów do przekazywania informacji, względnie podjęcia politycznej działalności - ostrzegam go przed:
- wszelkimi kontaktami z pracownikami wrogich ośrodków, szczególnie z dywersyjno-polityczną Ťszczekaczkąť, jaką jest ŤKulturať paryska;
- przekazywaniem informacji z terenu kraju;
- przekazywaniem, bądź pobieraniem za granicą opracowań dokumentów i publikacji o charakterze politycznym;
- wszelkimi inicjatywami godzącymi w dobro kraju i narodu polskiego; 
[...] Uprzedziłem, że niezastosowanie się do naszego ostrzeżenia pociągnie za sobą nie tylko negatywne skutki polityczne dla kraju, a spowoduje również określone implikacje dla niego osobiście... [...]

Oceniając zachowanie się Mycielskiego podczas rozmowy - na podstawie zewnętrznych symptomów w tym względzie można wnioskować, że był on zaskoczony zarówno faktem zaproszenia go na rozmowę, jak i jej treścią oraz charakterem. Znajdowało to wraz m.in. w nieskładnie budowanych zdaniach, zauważalnym drżeniu rąk, a także w dość nieumiejętnie podejmowanych próbach dyskusji i zupełnie nie przekonującej argumentacji.
W odpowiedzi na enuncjacje Mycielskiego przypomniałem mu, że nie został zaproszony na dyskusję w przedmiocie swoich poglądów i refleksji, a celem rozmowy jest zakomunikowanie mu stanowiska władz w kwestii jego zachowania się podczas pobytu zagranicą. [...]"3.
"Radio Erewań"
Zamykając tę kolekcję glos do Dzienników Zygmunta Mycielskiego opartych na lekturze "para-dziennika" prowadzonego przez pracowników MSW oraz dygresji sprowokowanych pojawiającymi się w nich wątkami, sięgnę do epizodu, który - co nie należy do sytuacji częstych - pojawia się w obu źródłach. 
Zimą 1964 roku Mycielski wybrał się w podróż do Związku Radzieckiego. Z Dzienników znamy dokładną jej trasę i przebieg. Wiemy zatem, że 17 listopada wyjechał do Moskwy, skąd dalej miał się udać do Tbilisi, jako gość Związku Kompozytorów Gruzińskich. W Moskwie wiedziano, że Polaków i Gruzinów łączyła szczególna sympatia, gdyż oba narody czuły się ujarzmione przez Rosję. Czytamy więc w Dzienniku:
"Moskwa, piątek, 20 listopada.
O 11 dowiaduję się w Związku Kompozytorów, że w Związku Kompozytorów w Tbilisi pękły rury kanalizacyjne. Że kompozytorzy tam są zrozpaczeni, że cieszyli się na mój przyjazd, że mnie przepraszają, ale Związek jest w remoncie z powodu tych rur, i nie mogą mnie przyjąć, że żałują. Ale mogę jechać, gdzie tylko zechcę. Na przykład do Erewania. Erewań jest wspaniały. Kompozytorzy armeńscy będą niesłychanie szczęśliwi, jeżeli będą mogli mnie tam przyjąć"4.
Po miłym skądinąd pobycie w Erewaniu samolotem (to ważne!) Mycielski udał się do Leningradu na trzy dni, po czym - jak zwykle w towarzystwie tzw. tłumaczki, a w rzeczywistości "anioła stróża" z KGB - nocnym pociągiem wrócił do Moskwy 30 listopada, by następnego dnia odjechać stąd do Warszawy. 
Minęło kilkanaście miesięcy i w listopadzie 1966 [!] pracownik UB w Warszawie odnotował: "Organa bezpieczeństwa ZSRR poinformowały nas, że w grudniu 1964 [!], w pociągu Moskwa - Leningrad Ťodbyło się podejrzane spotkanie jednego z radzieckich uczonych, mającego dostęp do tajnych informacji, z ob. Zygmuntem Mycielskimť". Opowiadając po powrocie z ZSRR o tej podróży znajomemu, który - traf chciał - był donosicielem UB, Mycielski wspomniał, że w Rosji ma krewnego profesora fizyki, z którym się spotkał i który z tego powodu miał potem jakieś kłopoty. Może to właśnie ów krewny był "uczonym mającym dostęp do tajnych informacji"? Ale jak mógł spot­kać Mycielskiego w pociągu na trasie Moskwa - Leningrad?
Ile takich wiadomości na poziomie przysłowiowego Radia Erewań zaprzątało w tamtych latach uwagę pracowników UB? Trzy lata przedtem podobnie niepokojącą wiadomością zaalarmowano UB w Krakowie.
"Depeszą z dnia 19.II. 63 r. Zostaliśmy powiadomieni przez tow. Rumuńskich, że ob. PENDERECKI Krzysztof delegowany do Bukaresztu w sprawach R.W.P.G. spotkał się w dniu 12.II.63 r. z pierwszym sekretarzem ambasady izraelskiej w Bukareszcie Gherson Amiv. Gherson Amiv podejrzany jest o prowadzenie działalności wywiadowczej na rzecz Izraela", odnotował pracownik krakowskiego UB. Z dalszego ciągu depeszy wynikało, że spotkanie izraelskiego agenta z Krzysztofem Pendereckim trwało jedną minutę [sic!], a miało miejsce w domu handlowym Contignat. Pracownicy stołecznego urzędu chcieli dowiedzieć się od krakowskich kolegów, kim jest ów Krzysztof Penderecki i jaki mógł być przebieg owego spotkania dwóch szpiegów w Bukareszcie. W odpowiedzi dowiedzieli się:
"W wyniku sprawdzeń ustalono Pendereckiego Krzysztofa, kompozytora z Krakowa, który jednak nigdy nie brał żadnego udziału w pracach R.W.P.G. oraz w 1963 r. do Bukaresztu nie wyjeżdżał. [...] Penderecki przebywał w Bukareszcie w dniach od 19.II.1962 r. do 27.II.1962 r. i delegowany był przez Ministerstwo Kultury i Sztuki celem zapoznania się z twórczością kompozytorów rumuńskich...5.
Rakietowy finał

W czasie rozmów "sprawozdawczych" osoby powracające z zagranicy przechodziły swoisty test na ewentualną przydatność dla MSW. Kto chętnie lub dużo opowiadał o kolegach i napotkanych znajomych, miał szansę "awansować" na t.w. [tajnego współpracownika]. Skarga, z jaką Zygmunt Mycielski udał się do Ministerstwa Kultury, kiedy został wezwany przez pracownika MSW po podróży do Anglii w 1959 roku (wspominałam o tym w pierwszym odcinku), najpewniej sprawiła, że więcej go w podobny sposób już nie niepokojono. Relacje z podobnych rozmów prowadzonych z rozmaitymi osobami ze środowiska muzycznego, na jakie natrafiłam w archiwach IPN, wskazują, że ewentualni, a nawet i faktyczni informatorzy ze środowiska muzycznego na ogół jednak wykazywali się nikłą przydatnością. Bodaj najefektowniej zniechęcił zaś do siebie pracowników MSW Józef Patkowski, "odpytywany" jesienią 1962 roku po podróży do Włoch, jaką odbył akurat w czasie kryzysu kubańskiego. Kto pamięta jego charakterystyczną postać, będzie mógł sobie wyobrazić rozmowę, w czasie której z całą powagą poinformował swego interlokutora z UB, "że amerykański statek przywiózł transport pocisków rakietowych do jednej ze swoich baz znajdujących się na terenie Włoch".
"Do jakiego portu przywieziono pociski?" - zastanawiał się potem kapitan Federowicz, by w końcu dojść do wniosku, że "Kompozytor" (bo takim kryptonimem określono szefa Studia Eksperymentalnego) nie dość, że sprawia kłopoty, to jeszcze do niczego się nie nadaje. Trudności, z jakimi musiało sobie radzić MSW z powodu Józefa Patkowskiego, to jednak materiał na historię zupełnie inną niż ta, jaką opowiadają Dzienniki i "teczki" Zygmunta Mycielskiego. 


1 Notatka pod datą 24 czerwca 1964, Dziennik 1960-1969, s. 231-232.
2 Dzienniki t. III s. 18.
IPN BU 0246/988/2, k. 148-151.
4 Dziennik 1960-1969, 20 listopada 1964, s. 289.
5 IPN Kr 009/8692/DVD