Glosy i dygresje do 'teczek' i Dzienników Zygmunta Mycielskiego (2)

Danuta Gwizdalanka
#

Tekst z czwartego numeru Ruchu muzycznego (4/2013)

Czytaj on-line ostatni numer Ruchu muzycznego na stronie czasopisma

Głosy i dygresje do 'teczek' i Dzienników Zygmunta Mycielskiego (1)

W kwietniu 1968 roku Zygmunt Mycielski wystosował list otwarty do Związku Literatów Polskich, wyrażając w nim swój sprzeciw wobec zdjęcia Dziadów1,a bezpośrednią konsekwencją tego gestu było odwołanie go ze stanowiska redaktora naczelnego ,,Ruchu Muzycznego''. 1 września 1968 roku, w reakcji na interwencję wojsk Układu Warszawskiego w Czechosłowacji, skierował list otwarty do muzyków czeskich i słowackich2. Jak ustalono w MSW ,,list ten został następnie opublikowany w pismach <>, <>, paryskiej <> oraz w RWE'', co w oczach władz było przestępstwem większym od samego listu. Rząd PRL zachowywał się bowiem trochę niczym pani Dulska: problem uważano za poważny, gdy informacje o nim przedostawały się poza granice kraju. Mycielski wiedział o tym, toteż pisząc do siostry o pewnej „rozmowie profilaktycznej”, jaką przeprowadzono z nim w MSW przed wyjazdem za granicę, podzielił się z nią taką obserwacją; właściwie może mówić i robić co chce –  byle nie występował ze swoimi poglądami publicznie. I dodał – cytuję za listem przepisanym do jego „teczki” w UB: ,,dbają więc o swoją  <<reputację>> tam, na Zachodzie, jak dbali o nią zawsze, za Katarzyny II czy Mikołaja I”.

Plutonowa Dębska gromadzi informacje
Po przeanalizowaniu treści listu Mycielskiego do czeskich i słowackich muzyków, w notatce sporządzonej 19 X 1968 stwierdzono  „brak podstaw prawnych do wszczęcia postępowania karnego p-ko fig. za przesyłanie listów otwartych do muzyków czeskich”, skoro „wyraża [on] poparcie przemianom dokonującym się w Czechosłowacji i gloryfikuje postawę legalnych przywódców partyjnych i rządowych tego kraju”. Mycielskiego nie postawiono więc w stan oskarżenia, lecz nie oznaczało to zamknięcia sprawy. Obserwacją jego osoby, opatrzoną kryptonimem „Wierny”, nadal kierowała plutonowa Henryka Dębska, zorientowana w sprawach środowiska muzycznego chociażby dzięki temu, iż od czterech lat gromadziła informacje na temat Jerzego Waldorffa. To zadanie było jednak nieporównanie trudniejsze od sprawy „Puzon” i kiedy wkrótce sporządzała analizę materiałów zgromadzonych dotychczas przez MSW, to nie pozostało jej nic innego, jak przyznać, że wykorzystywani w sprawie t.w. [tajnego współpracownika] „nie mają możliwości bezpośredniego dotarcia do figuranta w związku z czym przekazywane przez nich informacje nie zapewniają nam właściwej kontroli działalności Z. Mycielskiego”. Kto obejrzał film życzka, ten domyśla się, na czym polegać miała owa kontrola i wie, że jedną z głównych zagadek stojących przed pracownikami i współpracownikami MSW było ustalenie, w jaki sposób osobom takim jak Zygmunt Mycielski udawało się przemycać za granicę teksty drukowane potem w „Kulturze” albo odczytywane w audycjach „Wolnej Europy”.

W mieszkaniu Mycielskiego, określanym odtąd jako ,,obiekt  ”, zainstalowano zatem podsłuch pokojowy; ku utrapieniu wielu instytucji, w tym UB, bowiem do końca życia właściciela nie założono w nim telefonu. „Pluskwę” zamontowano 9 listopada 1968 i – jeśli wierzyć zachowanym dokumentom – przydała się ona 5 i 6 grudnia, kiedy „na obiekcie” udało się podsłuchać dwie rozmowy, z których dowiedziano się, co na tematy dość obojętne miał do powiedzenia przyjaciel Mycielskiego, on sam bawił bowiem od jesieni w Sopocie w Domu Pracy Twórczej ZAiKS-u.

Materiały operacyjne uzyskiwano w różny sposób, ale przede wszystkim, kontrolując korespondencję - setki listów wysyłanych przez Mycielskiego i do niego kierowanych. Wśród mniej lub bardziej szczegółowych notatek bądź odpisów sporządzanych przez pracowników MSW jest odpis zrobiony 8 czerwca 1967 z telegramu zaadresowanego „Przewiel. Ksiądz Prof. (sic) Zygmunt Mycielski” o następującej treści: ,,Serdecznie dziękuję za przesłane z Paryża szczere życzenia i proszę o pamięć w modlitwach. Kard. Wojtyła”.

Najlepsze świadectwo sprawności Wydziału „W” znalazłam natomiast w teczce Krystyny Kobylańskiej. W roku 1962 pewna niezbyt zrównoważona dama wysłała do niej z Valldemosy 9-stronicowy elaborat zakończony ostrzeżeniem: Proszę pamiętać,  że każdy list lub cokolwiek innego co nie będzie podpisane przeze mnie nie będzie ode mnie. Proponuję poza tym kod: początek ballady G Moll”. Ten i następne listy w podobnym tonie, wysyłane do TiFC-u w Pałacu Ostrogskich, spoczywały w archiwach MSW do momentu, gdy osoba adresatki zainteresowała służby i kiedy przekazano je do tłumaczenia: a było to sześć (!) lat później3.

Nie bez podstaw Mycielski przerywał pisanie Dziennika wtedy, gdy podejrzewał, że MSW szczególnie interesuje się jego osobą. Informacje na jego temat dwukrotnie pochodziły bowiem z takich właśnie dokumentów, zarekwirowanych podczas rewizji. W marcu 1968 roku z mieszkania Jana Grossa zabrano korespondencję adresowaną do jego ojca, prawnika i kompozytora Zygmunta Grossa. Był w niej list, który w reakcji na konflikt na Bliskim Wschodzie Mycielski wysłał do kolegi 7 czerwca 1967. Pisał w nim najpierw o podręczniku instrumentacji Feliksa Wrobla, dalej przypuszczalnie (kopia jest bardzo niewyraźna) o utworze adresata, a potem krótko wyraził swój niepokój o „ok. 3 000 000 Żydów w Izraelu, w obawie, że los ten skończy się tragicznie...”4. Na esbeckiej kopii słowa solidarności z Izraelczykami zostały podkreślone jako godne szczególnego zainteresowania i stąd właśnie ów stawiany mu jeszcze po latach zarzut, że „w 1967 r. w czasie agresji Izraela na kraje arabskie rozsyłał do znajomych listy, w których solidaryzował się z walczącymi Żydami”.

Nie wnikając w szczegóły antysemickich wątków pojawiających się (niestety, obficie) w relacjach ze środowiska muzycznego z lat 1960., wspomnę tylko, że w kwietniu 1968 w kartotece wniosków o wyjazd do Izraela odnotowano nazwisko Zofii Lissy, a treść notatki wskazuje, że wnioskodawcą była Komenda Stołeczna MO. Przeglądając materiały z tych lat, odnosi się wrażenie, iż problemem budzącym najwięcej zainteresowania i złych emocji było wówczas pochodzenie „rasowe”.

Znacznie słabszym echem odbijało się w donosach i raportach życie erotyczne inwigilowanych osób. W maju 1970 czytamy w notatce na temat „Wiernego”: „w zakwestionowanym podczas rewizji dzienniku Jerzego Kornackiego, pod datą 26 maja 1961 r. Kornacki dokonał następującego zapisu: <<”…Wczoraj nie byliśmy w Krzywym Kole, ale dzisiaj mamy na obiedzie Janusza Odrowąża, który nam opowiada różności z tejże parafii, między innymi podsłuchaną przy tym samym stoliku w ‘Bristolu’ rozmowę Kisiela z Mycielskim>>''. Odrowąż usłyszał wtedy szczegóły dotyczące pewnego epizodu z 1958 roku, w Dziennikach wzmiankowanego dość enigmatycznie jako kolizja z „paragrafem 330”. Mycielskiego zatrzymała wtedy w Paryżu policja za próbę nawiązania homoseksualnego kontaktu, co według francuskiego prawa stanowiło przestępstwo. Konsekwencje, jakie poniósł, były nie tylko finansowe, ale i formalne, gdyż przez pewien czas nie chciano mu dać francuskiej wizy. Mycielski wyraźnie jednak nie przejmował się ewentualnymi reperkusjami tej sprawy w Polsce, bo -  jak zanotował w Dzienniku:  „Tutaj obyczajowe skandale są traktowane raczej lekko, najgorsze są polityczne”5.

Tak zresztą pozostało do końca PRL. W jednej z teczek pewnej prominentnej osoby ze środowiska muzycznego parokrotnie wspominano, iż – mówiąc dzisiejszym językiem – molestuje chłopców ze szkoły baletowej, a sprawa była na tyle poważna, że rodzice dzieci interweniowali w Ministerstwie Kultury. Pracownicy MSW przechodzili jednak nad tą sprawą do porządku dziennego, bo ani dzieci nie nadawały się na informatorów, ani nie sposób było wykorzystać tak nagłośnionej sprawy jako narzędzia szantażu. Tymczasem to były główne powody, dla których UB interesowało się życiem intymnym figurantów, jak to zresztą dwukrotnie miało miejsce również w sprawie „Wiernego”.

W roku 1972 Stanisławowi Kołodziejczykowi, długoletniemu partnerowi Mycielskiego, na podstawie anonimów postawiono zarzut nieobyczajnego zachowywania się we własnym mieszkaniu. Oskarżony złożył w tej sprawie oświadczenie zaprzeczające zarzutom, a z późniejszej korespondencji wewnętrznej (notatka z 15 V 1973) wynika, że była to nieudana próba werbunku. Cztery lata potem w aktach pojawiła się informacja o anonimowym dokumencie, którego autor zarzucał Mycielskiemu dokonanie homoseksualnego gwałtu i używanie narkotyków.  Wezwany w tej sprawie na milicję Mycielski bez trudu wykazał absurdalność zarzutu, bo w chwili „popełnienia przestępstwa” był daleko poza Warszawą.

Pod obserwacją
Mycielskiego dość regularnie obserwowano w czasie jego pobytów w domach pracy twórczej ZAIKS-u w Sopocie lub literatów w Nieborowie. 7 lutego 1973 na przykład ppłk Andrzej Maj zwrócił się do zastępcy komendanta MO w Sopocie z prośbą „o operacyjne zabezpieczenie jego pobytu i przekazywanie nam informacji o jego zachowaniu, kontaktach i jaki mają one charakter”; w odpowiedzi, która nadeszła w marcu, dowiedziano się, że Mycielskiego odwiedziła w domu ZAIKS- u, „jedna osoba”. W dniach 1-4 i 7-10 października 1975 Mycielskiego poddano drobiazgowej, całodziennej obserwacji w miejscu zamieszkania, czyli w Warszawie. Odnotowano sporo szczegółów, mało jednak odkrywczych, przypominają one wyniki obserwacji Eugenii Umińskiej opisane w mojej ubiegłorocznej relacji z zawartości „teczek” skrzypaczki – domniemanego szpiega. I tak na przykład 2 X stwierdzono, że Mycielski przebywał w redakcji Ruchu Muzycznego, pomiędzy I2:10 a 13:01 (!).

Zainteresowanie kontaktami i oddziaływaniem Mycielskiego na środowisko sprawiało, że wydarzenia muzyczne o międzynarodowym zasięgu, na których spodziewano się, że będzie obecny, stawały się przedmiotem specjalnego zainteresowania służb.  Jako krytyk Mycielski miał bywać na przesłuchaniach IX Konkursu Chopinowskiego w październiku 1975 roku, toteż koncerty te poddano specjalnej obserwacji, gdyż – jak napisano w uzasadnieniu wszczęcia Sprawy Obiektowej „Fortepian”6 – „istnieje możliwość nawiązywania przez niego kontaktów z dziennikarzami KK oraz pracownikami placówek dyplomatycznych”. Z tajnego, bo jakżeby inaczej, sprawozdania sporządzonego po Konkursie dowiadujemy się przy okazji, że: „podczas trwania Konkursu Chopinowskiego (…) nie stwierdzono faktów, które mogłyby stanowić źródło zainteresowania Służby Bezpieczeństwa. Jedyne kłopoty, jakie miała dyrekcja Filharmonii i organizatorzy wystąpiły w sferze organizacyjnej (zbyt mała ilość miejsc na sali a zbyt wielu chętnych) oraz porządkowej (niedostateczna liczba pracowników porządkowych, którzy w wielu przypadkach nie byli w stanie poradzić sobie z napierającą publicznością – wynik: zbite szyby i pogięte kraty w wejściach). Wg słów KO7, obecni na konkursie goście zagraniczni byli zdumieni i gratulowali organizatorom tak wspaniałej publiczności” (na marginesie tej sprawy warto zaznaczyć, że Konkurs Chopinowski w 1975 „obsługiwało” czterech tajnych współpracowników, Konkurs dyrygencki w Katowicach w grudniu 1983 – aż jedenastu).

Mycielskiego obserwowano we wrześniu 1977 w Baranowie Sandomierskim na Spotkaniach Muzycznych, gdzie obchodzono jego siedemdziesiąte urodziny: „jego zachowanie oraz kontakty nie budziły żadnych uwag ani zastrzeżeń”. Podczas zjazdu ZKP w 1979 roku odnotowano, z kim rozmawiał w kuluarach oraz zaobserwowano, że wręczył Antoniemu Buchnerowi kartkę, na której było napisane: „Otrzymałem już trzy decyzje odmowne…”. Dalszej treści owej notatki nie dostrzeżono, ale łatwo się domyśleć, że chodziło o odmowę paszportu.

Niektóre informacje kwalifikowano jako bezwartościowe, gdyż nie nastały jeszcze czasy googli pozwalających na szybkie odsłanianie rozmaitych powiązań ludzi i spraw, a nie widziano potrzeby konsultowania z ekspertami wszystkich pozyskanych danych. Kiedy więc w maju 1977 stwierdzono, że z Mycielskim skontaktowała się pewna Ewa Dworska, chcąc odebrać walizkę „wuja Andrzeja” z rękopisami i fotografiami dziadka, to ustalono wprawdzie, że jest ona córką Mirosława Panufnika, lecz zarazem „nie stwierdzono aby posiadała rodzinę lub znajomych w krajach kapitalistycznych” (sic!), co postawiło ją poza kręgiem osób interesujących służby.

Niedoszły agent kontrwywiadu
Osoby utrzymujące kontakty z cudzoziemcami zawszę były dla MSW cenne, a ci, którzy nawiązywali prywatne kontakty z pracownikami placówek dyplomatycznych, byli wręcz bezcenni. Z tego więc powodu jesienią 1972 Zygmunt Mycielski znalazł się w orbicie zainteresowania wydziału MSW zajmującego się wyszukiwaniem takich właśnie osób z zamiarem zwerbowania ich do współpracy. Do tej roli udało się namówić parę osób ze środowiska muzycznego, z racji kontaktów zawodowych miewających znajomych wśród cudzoziemców przebywających w Warszawie. Jeden z muzyków, zwerbowany w czasie rozmowy w Biurze Paszportowym, podpisał taką deklarację: „Zobowiązuję się do zachowania w ścisłej tajemnicy moich kontaktów z przedstawicielem Służby Bezpieczeństwa PRL dotyczących działalności w naszym kraju przedstawicieli obcych służb dyplomatycznych”. Inna osoba podpisała zobowiązanie sformułowane w następujący sposób: „Niniejszym zobowiązuję się dobrowolnie do udzielania pomocy kontrwywiadowi polskiemu w ujawnianiu szkodliwej dla naszego Państwa działalności obcokrajowców oraz innych osób związanych z nimi”.

I rzeczywiście, jeśli do współpracy dochodziło, a nie kończyła się ona po paru spotkaniach wypełnionych ciekawymi –  jak podkreślano potem w raportach –  ale całkiem bezużytecznymi dla pracy UB wykładami z historii muzyki, to głównym tematem rozmów były poglądy, zachowanie i kontakty cudzoziemców pracujących lub uczących się w Polsce.

Zachowanie takich kontrwywiadowców-amatorów sprawia niekiedy wrażenie, jakby w szarej rzeczywistości wypełnionej lekcjami, ćwiczeniem i sporadycznymi koncertami dawało im to posmak sensacji, pozór obecności w świecie kojarzonym z filmami szpiegowskimi. O pewnym altowioliście prowadzący go oficer napisał: „Podczas krótkiej rozmowy zorientowałem się, iż podobała mu się rola człowieka związanego z kontrwywiadem”. Treść opasłej teczki innej osoby sugeruje, że znakomicie poczuła się w roli uczestnika tajnych misji w sferach dyplomatycznych i pozorowanych romansów, a opisując w raportach swe obserwacje, wręcz wyżywała się literacko, cytując fragmenty zapamiętanych rozmów po angielsku bądź francusku.

W takiej roli chętnie widziano by i Zygmunta Mycielskiego, którego zidentyfikowano w otoczeniu szwajcarskich dyplomatów. Wiedząc jednak o tym, iż był on już obiektem zainteresowania Wydziału III zajmującego się „ochroną operacyjną” środowisk naukowych i artystycznych, 4 października 1972 do naczelnika tego wydziału zwrócono się z prośbą „o wypowiedzenie się, czy Zygmunta Mycielskiego nie można wykorzystać przy zabezpieczaniu kontrwywiadowczym wspomnianej ambasady”.  Po trzech dniach nadeszła odpowiedź: „Powodem założenia kwestionariusza była negatywna postawa polityczna w/w oraz szeroko utrzymywane kontakty z emigracją polityczną wrogą naszemu ustrojowi. Z powyższych względów wykorzystanie go do kontrwywiadowczego zabezpieczenia wymienionej przez Was ambasady, jest niemożliwe”.

Jedną z dróg wyławiania kandydatów na takich współpracowników była identyfikacja właścicieli pojazdów parkujących pod rezydencjami dyplomatów. Dzięki tej procedurze własnej teczki doczekał się Witold Lutosławski. Jako właściciela pojazdu o znakach rejestracyjnych WJ2732 odnotowywano go niejeden raz, lecz zdarzało się to już w latach 1980, kiedy w MSW nikt raczej nie wpadłby na pomysł zaproponowania mu roli agenta kontrwywiadu.

Głosy i dygresje do 'teczek' i Dzienników Zygmunta Mycielskiego (3)
Głosy i dygresje do 'teczek' i Dzienników Zygmunta Mycielskiego (4)


1. Z. Mycielski, Dziennik 1960-1969, Warszawa 2001, Iskry, s. 546
2. Tamże, s. 613
3. IPN BU 002082/224. Krystyna Kobylańska znalazła się na „liście Wildsteina” (IPN BU 002082/224 oraz IPN BU 002086/531), gdyż 20 XI 1969 została zarejestrowana przez kpt. Mariana Muchę pod pseudonimem „Sonata” jako tajny współpracownik. Tymczasem nie było to prawdą, a sama Kobylańska padła ofiarą wyjątkowo absurdalnych procedur.
Na list osoby tak ewidentnie niezrównoważonej, jak cytowana Charlotte Landau, Krystyna Kobylańska nie zareagowała, wobec czego Landau wybrała się do ambasady polskiej w Brukseli, próbując nawiązać z nią kontakt. W konsekwencji Kobylańską zainteresowało się MSW. Po rozmowie w 1976 r., por. Mucha doszedł jednak do wniosku, że nie ma podstaw do interesowania się osobą chopinolożki, co jego przełożony skomentował odręczną uwagą: „Słusznie”. Mimo to, po pewnym czasie do osoby Kobylańskiej powrócono, „uwieczniając” ją w aktach MSW jako rzekomą t.w. i właścicielkę „lokalu kontaktowego” (czyli własnego mieszkania, w którym nawiedzał ją po kolejnych podróżach w sprawach spuścizny Chopina pracownik MSW). Kobylańska nie tylko niczego nie podpisała, ale też o nikim nie informowała. Jedynie w 1971 roku wspomniała, że pewien skrzypek w Paryżu, jacky Proust, który podobno chciałby założyć Towarzystwo Chopinowskie, sprawia wrażenie „nawiedzonej” osoby, która może sprawiać kłopoty. A oto wniosek, jaki wyciągnął z tej informacji oficer: „Z uwagi na podejrzane zachowanie Prousta proponuję wykorzystać rozmówczynię do kontroli Prousta w wypadku jego przyjazdu do Polski”.
4. O przejęciu tego i innych swoich listów Mycielski wspomina w Dzienniku 14 marca 1968 (s. 562)
5. Z. Mycielski, Dziennik 1950-1959, Warszawa 1999, Iskry, s. 360-361.
6. IPN BU 0246/45
7. KO, czyli „kontakt operacyjny”: osoba udzielająca informacji MSW, zazwyczaj z zakresu podlegających jej zadań służbowych.