Smutna twarz arystokraty ducha

Leszek Bugajski
#

Tekst z pierwszego w 2013 roku numeru Twórczości (1/2013)

Marek Bieńczyk zdobył za tom esejów Książka twarzy nagrodę Nike. Tej samej jesieni Wojciech Karpiński wydał też zbiór esejów zatytułowany Twarze. Przez swoje tytuły jakoś mi się te dwie książki „skleiły”. Ale nie tylko z powodu użytego słowa – podobieństwa są głębsze. Bieńczyk w swojej zebrał teksty, które pokazują jego zainteresowania, ulubionych pisarzy, nawiązują do wydarzeń z jego prywatnej historii (szkoła, dziecięce zabawy, młodzieńcze wycieczki, rodzina). Z tego wszystkiego powstało coś na kształt jego duchowej autobiografii, intelektualny autoportret między innymi ułożony z portretów innych osób, zwierzeń na temat przeżyć wywołanych lekturami. Na podobnym, jeśli nie wręcz takim samym pomyśle oparta jest książka Karpińskiego –  wydawca w notce na czwartej stronie okładki nazywa rzecz po imieniu. „Twarze Wojciecha Karpińskiego – możemy tam przeczytać – to duchowa autobiografia rozpisana na szereg portretów szczególnie mu bliskich twórców, dawnych i współczesnych”. Czyli, mówiąc inaczej, pisząc o innych, Karpiński opisuje siebie, pokazuje tych pisarzy, którzy –  jak uważa – ukształtowali jego sposób myślenia, jego pisarstwo, jego postawę wobec świata.

Podobne tytuły, podobny pomysł na dyskretne zaprezentowanie autobiografii, ale oczywiście na tym podobieństwa się kończą, bo przecież wiadomo, że każdy człowiek jest inaczej ukształtowany w sferze ducha, a za to ukształtowanie w dużej mierze odpowiedzialne są lektury, które mniej czy bardziej świadomie zaliczyło się w swoim życiu. W tym procesie sięgania po książki istotną rolę odgrywa przypadek, ale to oczywiste i nie ma powodu rozwijać tego tematu. Każdy przeżył ten moment, że sięgnął po książkę, ot tak, bez celu, zaczął czytać i nagle doznał olśnienia, bo był akurat w odpowiednim nastroju, bo potrzebował od czegoś się oderwać, o czymś zapomnieć. To doświadczenie niepowtarzalne, niemożliwe do odtworzenia przez kogoś drugiego. Więc nawet jeśli takie zbiory esejów jak Bieńczyka i Karpińskiego są podobnie zaplanowane, to reszta musi je różnić. Zupełnie jak dwa obrazy, na przykład pejzaże, namalowane przez dwóch malarzy: niby ten sam temat, podobny format, mogą być nawet umieszczone w takich samych ramach, ale to, co u nich ważne, jest inne.

Bo oni są inni. Bieńczyk, młodszy znacznie od Karpińskiego, jest jak i on poważnym erudytą, ale nie ukrywa w swoim pisaniu, ze jest otwarty na uroki życia, że nie tkwi zamknięty tylko w bibliotece i muzeum, bo tak przystoi intelektualiście. Pisze esej o kajakowych wyprawach, o prozie Raymonda Chandlera, o grze w piłkę nożną czy o urokach picia wina. To nie przeszkadza mu powiedzieć sporo ciekawych rzeczy o romantycznych poetach czy współczesnych intelektualistach. Pokazuje – można tak chyba powiedzieć w uproszczeniu – „twarz” z szerokim uśmiechem i oczami z zainteresowaniem rozglądającymi się po świecie.

Karpiński zaś pokazuje „twarz” zatroskaną losem kultury polskiej, losem Polski w ogóle. Jeśli pisze o sobie, to pokazuje się w muzeach. gdzie kontaktuje się wyłącznie ze sztuką „wysoką”, jeśli podróżuje, to albo po kolebkach kultury śródziemnomorskiej albo do Maisons-Laffitte, bo tam jego zdaniem biło serce polskiej kultury. I jednoznacznie wskazuje poprzez dobór esejów, ze ludzie z kręgu paryskiej „Kultury” uformowali go, że to pod ich wpływem, w trakcie lektur ich tekstów kształtowała się jego twarz, jego intelektualna osobowość (wpływ mieli jeszcze Stanisław Wyspiański, Paweł Muratow – o którego wielkości chce nas przekonać, ale pisze jakoś zdawkowo i bez ognia – oraz Nicola Chiaromonte i Paweł Hertz).

To jest jego tradycja duchowa. Na tych postaciach się skupia i ja to rozumiem, ale też przez to jego książka jest jakaś zamknięta, ma ograniczony obszar poszukiwań, jest kostyczna i wiele nowego z niej nie wynika, bo o kręgu paryskiej „Kultury” napisano już tyle, że trudno dorzucić coś nowego, atrakcyjnego dla czytelników, zwłaszcza takich, którzy coś tam już z tego, co się dotychczas ukazało (także przecież i za sprawą samego Karpińskiego), przeczytali. Rozumiem też, że Karpiński chce oddać hołd i pożegnać tych ludzi, których podziwiał, znał osobiście, z którymi się spotykał, rozmawiał i którzy już zmarli. Wszystko to bardzo piękne i budzi szacunek, bo przecież rzeczywiście ich rola – zwłaszcza, moim zdaniem, Jerzego Giedroycia –  jest olbrzymia, ale czy trzeba przy każdej okazji padać na kolana przed kapliczką Maisons-Laffitte? Mnie to nudzi, a nawet śmieszy, bo co do artystycznych dokonań ludzi z tego kręgu, to nie jestem tak bezkrytyczny, jak Karpiński, ba, późną prozę Gustawa Herlinga-Grudzińskiego uważam za zwyczajnie kiepską, a napuszona poezja Czesława Miłosza mnie denerwuje, zwłaszcza gdy się to jego przekonanie o swojej wyjątkowości zbiega z nieruchawym, ale patetycznym językiem, jakim się posługiwał. Nie jestem przekonany, że – jak twierdzi Karpiński – Miłosz, Herling czy Aleksander Wat – uczestniczyli w tworzeniu „zarysu czwartej polszczyzny”. Dla niego jest to –­­ jak pisze­ „czwarty, zasadniczy etap <> w literaturze polskiej (po mitycznych początkach, po Kochanowskim w okresie renesansu, po Mickiewiczu w czasach romantycznych). W dziełach omawianych przeze mnie pisarzy Gombrowicz, Miłosz, Herling-Grudziński, Czapski, Wat, Stempowski, Jeleński –  polski głos osiągnął żywą równowagę, to znaczy potrafił się skutecznie zmagać z wyzwaniami rzeczywistości''. Rozumiem, że o gustach się nie dyskutuje, ale litości, jak sobie próbuję uzmysłowić, że porównuje się to, co i jak zrobił w polskiej literaturze Herling-Grudziński, z tym, co zrobił Jan Kochanowski, to odpadam. A i porównanie Miłosza z Kochanowskim – wprawdzie w okolicznościowym, wspomnieniowym eseju, który rządzi się specyficznymi prawami – jest mocno naciągane, by nie powiedzieć: uprzejmościowe.

Ale Karpiński formułuje w swoich tekstach postulaty, które są ważne i których tym samym nie można zlekceważyć takim grymasem, jak przed chwilą. Nie wdając się w polityczne apele o europejską jedność i temu podobne, które są a priori słuszne i szlachetne, z punktu widzenia interesu kultury i sztuki najważniejszym wydaje mi się „ratowanie przeszłości”. Tu oczywiście mógłbym sypnąć całą wiązkę podniosłych banałów o niezaprzeczalnych korzyściach płynących z poczucia więzi z tradycją i temu podobnych, a także o niebezpieczeństwach płynących z nawiązywania do złej tradycji. Ale to wiadomo. Karpiński apeluje – idąc śladem Józefa Czapskiego o ratowanie tego, co się da, nawet wtedy, gdy się wie, „że będzie to tylko fragment. Nie siląc się na niemożliwe, na ocalenie wszystkiego, patrzeć na świat z otwartymi oczami”. Jakoś wśród tych cytowanych przez Karpińskiego podniosłych zawołań skromny pragmatyzm Czapskiego robi sympatyczne wrażenie, podobnie jak zrozumienie Karpińskiego dla postawy Pawła Hertza, którego darzy szacunkiem i sympatią i chyba pisze o nim najcieplej ze wszystkich postaci, jakie pokazuje w swojej książce. Za co? Za to, że Hertz jest osobny, zdystansowany i idzie na kompromisy z dawną władzą, byle tylko uratować, co się da z przeszłości, byle możliwie dużo dzieł ulokować w ówczesnym obiegu kulturalnych dóbr. Wyraźna jest tu sprzeczność pomiędzy podniosłymi deklaracjami niektórych z postaci „kształtujących” Karpińskiego z taką właśnie postawą, ale żadna twarz (prawdziwa, więc tym bardziej i taka, tworzona z papieru) nie jest symetryczna, więc dziwić się nie ma czemu.

Dziwi natomiast, ale tylko na pierwszy rzut oka, determinacja , z jaką Karpiński wraca przy rozmaitych okazjach do postulatu stworzenia czy odnowy języka tak, by dało się nim swobodnie opisywać rzeczywistość „podwójnego myślenia”, która w poprzednim ustroju była przecież stanem normalnym, to znaczy nienormalnym i patologicznym na planie szerokim, ale tak silnie obecnym w codzienności, że bezrefleksyjnie uznawanym za normalny, i wszyscy jakoś z tym żyliśmy i dawaliśmy radę. Karpiński natomiast ubolewa i szuka wzorca, „potrzebowałem pomocy w ożywieniu głosu, ożywieniu spojrzenia” – zwierza się, jakby sam nie mógł wyciągnąć wniosków z tego, co widzi. Wybór był przecież jasny: albo jest się niezłomnym i rezygnuje z aktywności w obiegu oficjalnym, albo w imię racji wyższych jest się gotowym na kompromis, który sam opisuje z sympatią, i pisze się tak, by przemycić jak najwięcej z tego, co się chce opisać, oczywiście za cenę pewnych samoograniczeń. Wszyscy sobie z tym radzili bez marudzenia. (Abstrahuję od ocen moralnych, bo zdarzało się, że ktoś za daleko posuwał się w tym kierunku, który eufemistycznie trzeba nazwać „kompromisem").

Zastanawiałem się, dlaczego akurat Karpiński miał taki kłopot z językiem w tamtych czasach. I doszedłem do wniosku, ze powodem był wewnętrzny arystokratyzm Karpińskiego. Nie wiem i nie obchodzi mnie, czy on ma rzeczywiste związki z arystokracją, czy nie ma i tylko tak się duchowo zakorzenił, ale wydaje mi się, że tu jest sedno. Arystokracja – piszę to bez cienia sympatii dla tej klasy społecznej – najwięcej cierpiała w sensie kulturowym na tym, że Polska budowała socjalizm. Bo na własnej skórze odczuła zniewolenie, wszystkie inne klasy były zawsze w jakimś stopniu, od drastycznego do aksamitnego, zniewolone i przez wieki zdążyły wypracować język mówienia i pisania o świecie. W końcu komuś, kto nie był wolny, było wszystko jedno, czy wolność odbiera mu właściciel ziemi czy sekretarz partii zarządzający jakimś tutejszym sowchozem. Istota takich relacji była taka sama i (dwoisty) język mówienia o niej był taki sam. Był więc gotowy –  ezopowy, unikowy, omowny czy jakim go tam jeszcze nazwiemy. Arystokracja takiego doświadczenia nie miała, w każdym razie na skalę powszechną, stąd ten zamęt. A Karpiński pozostał jej wierny, bo jeszcze w 2010 roku pisał śmiało, że „grupy, które tworzyły naszą kulturę i cywilizację”' to „arystokracja, ziemiaństwo, przemysłowcy, kupcy''. I to akurat nie jest prawda, bo kulturę tworzą wszyscy, wszystkie grupy czy klasy i warstwy społeczne. Nie ma na to rady. On jednak pozostaje temu wierny i całej tej arystokratycznej powadze i sztywności przekonań, która w dzisiejszym świecie jest coraz bardziej egzotyczna. Zupełnie inaczej brzmi na przykład książka Bieńczyka, od której zacząłem, bo jej autor wie, ze na kulturę składa się tak samo poezja Zygmunta Krasińskiego, jak mecz piłkarski czy tenisowy. I ”wrzuca na luz”. Karpiński długo dochodził do uświadomienia sobie tego, „że stosując specjalną taktykę, zachowując <>, można podjąć próbę mówienia w sposób uczciwy i swobodny o sprawach dla mnie naprawdę ważnych” – wyznał dopiero w tekście datowanym na 1997 rok. Ale rokuje coraz lepiej, bo sam przecież w późniejszym o kilka lat swoim eseju cytuje jako puentę, co nadaje temu szczególne znaczenie –  Starego Prometeusza Zbigniewa Herberta: „Prometeusz śmieje się cicho. Jest to teraz jego jedyny sposób wyrażenia niezgody na świat”. Niestety, przykro to pisać, ale ludziom rozsądnym pozostał już tylko ten „cichy śmiech” niezgody na ten świat i na tamten.


Wojciech Karpinski, Twarze. Zeszyty Literackie. Warszawa 2012.