Glosy i dygresje do 'teczek' i Dzienników Zygmunta Mycielskiego (1)

Danuta Gwizdalanka
#

Tekst z trzeciego numeru Ruchu muzycznego (3/2013)

Czytaj on-line ostatni numer Ruchu muzycznego na stronie czasopisma

Zygmunt Mycielski był jedną z niewielu postaci ze środowiska muzycznego, która przez wiele lat konsekwentnie dawała publiczny wyraz swojej dezaprobacie wobec stosunków panujących w PRL. Po jednej z pierwszych takich demonstracji, w 1968 roku, zwolniono go ze stanowiska redaktora naczelnego "Ruchu Muzycznego", po ośmiu latach pełnienia tej funkcji. Szykanowano go, nie zezwalając na drukowanie jego tekstów, wykonywanie muzyki, odmawiając zgody na wyjazdy za granicę. Informacje na temat poglądów i postępowania Mycielskiego z jednej strony, a działań podejmowanych przez SB z drugiej, czerpać można z dwóch źródeł. Jednym są Dzienniki samego Mycielskiego, których ostatni tom ukazał się w ubiegłym roku, drugim - "teczki" sprokurowane w MSW, a dziś dostępne w archiwach IPN. Jak bowiem czytamy w raporcie sporządzonym w styczniu 1979 (a bynajmniej niebędącym jeszcze podsumowaniem sprawy):

"Z. Mycielski pozostawał w zainteresowaniu [MSW] [...] od 9.01.1967 w związku z tym, że wielokrotnie dawał wyraz swym wrogim poglądom i podejmował działania p-ko linii politycznej partii i rządu, a m.in.:
- w 1966 r. w związku z obchodami 1000-lecia Polski, nie uznając uroczystości państwowych, na znak protestu wycofał się w sposób demonstracyjny z Rady Programowej Teatru Wielkiego, rozpisując jednocześnie listy do wielu wybitnych muzyków, w których namawiał ich do pójścia w swoje ślady;
- w 1967 r., w czasie agresji Izraela na kraje arabskie rozsyłał do znajomych listy, w których solidaryzował się z walczącymi Żydami;
- w lutym 1968 r., w związku z nadzwyczajnym zebraniem Oddziału Warszawskiego ZLP przesłał list solidaryzujący się z przeciwnikami zdjęcia ze sceny Teatru Narodowego Dziadów w reżyserii K. Dejmka;
- w listopadzie 1968 przesłał list otwarty do muzyków czeskich i słowackich w związku z wydarzeniami w Czechosłowacji. List ten został następnie opublikowany w pismach "Borba", "Le Monde", paryskiej "Kulturze" oraz w RWE;
- w listopadzie 1974 r. podpisał petycję przygotowaną przez Antoniego Słonimskiego, Adama Michnika i in. w sprawie Polaków zamieszkałych na terenie ZSRR, tzw. List 15;
- w listopadzie 1975 r. wraz z 58 innymi osobami podpisał list otwarty do Sejmu PRL (tzw. "List 59") domagający się zagwarantowania podstawowych wolności obywatelskich oraz występujący przeciwko uznaniu kierowniczej roli PZPR"1.

Autor raportu, jak widać, powoływał się na listy otwarte tudzież teoretycznie "zamknięte", bo objęte tajemnicą prywatnej korespondecji, ale przecież nie dla Wydziału "W" zajmującego się perlustracją, pospolicie nazywaną zaglądaniem do cudzych listów. W tej zaś sprawie korespondencja była dla SB bezcennym, bo praktycznie jedynym źródłem informacji o poglądach Mycielskiego, który w domu nie miał telefonu, a otaczał się ludźmi na ogół dyskretnymi, przynajmniej zaś nieskorymi do współpracy z MSW.

Pod koniec lat 1970. Mycielski znów stał się obiektem inwigilacji, tym razem z powodu tekstów przechwyconych przez Wydział "W", a przeznaczonych do publikacji w paryskiej "Kulturze". Również w późniejszych latach dawał służbom powody do zainteresowania swoją osobą i dopiero w 1985 roku zaniechano zbierania informacji na jego temat i "dokumentowania do celów procesowych wrogiej działalności figuranta".

Porównując wiadomości zgromadzone przez SB z zawartością Dzienników Zygmunta Mycielskiego, punktów zbieżnych odnajdziemy niewiele. Przykładowo: po pobycie w Anglii na początku 1959 roku Mycielskiego wezwano do MSW na rutynową w owych czasach rozmowę, podczas której zazwyczaj chciano poznać opinie, jakie krążyły na temat PRL za granicą i upewnić się, czy polskiego gościa nie usiłował zwerbować obcy wywiad. Mycielski nie uznał tego epizodu za wart odnotowania w Dziennikach, acz - jak czytamy w jego teczce - poszedł do Ministerstwa Kultury "stwierdzając, że jest zaniepokojony faktem rozmowy z nim prac. MSW". Bywa też odwrotnie: 21 marca 1961 to Mycielski odnotował w Dzienniku, że bezpieka zaczyna interesować się jego osobą, a tymczasem z akt MSW wynika, że zajęto się nim dopiero parę lat później. W okresach nasilonej inwigilacji Mycielski rezygnował z prowadzenia Dziennika, przezornie nie chcąc narażać znajomych na dekonspirację w wypadku rewizji i zarekwirowania notatek przez MSW.

Pozostawiając skrupulatne porównanie obu źródeł przyszłemu biografowi Zygmunta Mycielskiego, czytelnikom "Ruchu Muzycznego" proponuję rzut oka na kilka spraw poważnych bądź uderzająco absurdalnych wyłaniających się z "teczek" samego Mycielskiego i paru innych osób należących do kręgu osób pisujących i opisywanych na łamach "Ruchu Muzycznego".

Arystokrata pracujący
W dzisiejszych dokumentach zazwyczaj wpisujemy PESEL zdradzający datę urodzenia, natomiast w PRL żelazną pozycją w ankietach osobowych było "pochodzenie społeczne". W grę wchodziły cztery: (1) robotnicze, (2) chłopskie, (3) inteligencja (z nieodzownym przymiotnikiem) pracująca i (4) rzemieślnicze (w domyśle: prywatna inicjatywa, a w podtekście wróg klasowy). Kiedy więc w połowie lat 1960. sekretarza Związku Kompozytorów Polskich, Andrzeja Dobrowolskiego, poproszono o oficjalną charakterystykę Zygmunta Mycielskiego, napisał: "Pochodzenie społeczne: inteligencja pracująca", bo jak inaczej miałby określić pochodzenie osoby, która według przedwojennej terminologii nosiła tytuł hrabiego? (Z pochodzenia Mycielskiego wzięła się natomiast pierwsza wzmianka na temat jego osoby w aktach UB, sporządzona w 1955 roku w Krakowie, kiedy zwrócono na niego uwagę z powodu kontaktów z emigracją oraz faktu, że "b. arystokrata". Tymczasem w nowym ustroju ex-hrabia doskonale sprawdzał się w roli "inteligenta pracującego"; pracującego najpewniej dużo i dobrze, skoro w tym właśnie 1955 roku najwyższe władze uhonorowały go Orderem Sztandaru Pracy).

Opinie przekazywane sobie przez urzędy zawierały również "oceny polityczne" i zgodnie z ówczesną konwencją Dobrowolski następująco "ocenił" Mycielskiego: "zasłużony działacz społeczny i kulturalny, walczący aktywnie o postępowość polskiej kultury muzycznej". Skąd bowiem miałby wiedzieć, że w SB, która zażądała tej opinii od ZKP w 1967 roku, wystawiano już Zygmuntowi Mycielskiemu zupełnie inną cenzurę z postawy politycznej?

Szpiedzy i spiski
W aktach warszawskiej SB Zygmunt Mycielski pojawił się po raz pierwszy niejako przy okazji, z powodu zainteresowania się służb jego redakcyjnym kolegą, Józefem Kańskim, na którego w 1962 roku padło podejrzenie, iż jest skrzynką kontaktową dla pracownika wywiadu angielskiego, przedwojennego przyjaciela swego ojca. Kańskiego objęto więc kontrolą korespondencji, podsłuchem telefonicznym, a wreszcie obserwacją szczegółową2 i, jak czytamy w raporcie z 15 X 1962: "obserwacja za 'Klarnetem' należała do bardzo trudnych prac obserwacyjnych. Figurant był bardzo ruchliwy, spostrzegawczy, a przy tym zwykle po ulicy nie szedł, a biegł, co sprawiało trudności w utrzymaniu go pod obserwacją". Z zebranych doniesień wywnioskowano, że recenzent "Ruchu Muzycznego" przewoził informacje "w zeszycie z nutami", a po roku "ustalono", że innym przedmiotem, którym Kański posłużył się do przerzucenia tajnych informacji do Anglii, była płyta z nagraniem Koncertu na orkiestrę Witolda Lutosławskiego.

Pragnąc zdemaskować "Klarneta", po wielu miesiącach bezowocnych zabiegów z kręgu osób związanych z "Ruchem Muzycznym" zwerbowano tajnego informatora i zlecono mu wystawienie opinii kolegom z redakcji. Na ogół były one wzorowe, tak więc: Ludwik Jerzy Erhardt - "wbrew pozorom jakie stwarza podobieństwo nazwiska i imienia (są na ten temat plotki) nie ma nic wspólnego z kanclerzem RFN. [...] najzdolniejszy wśród piszącej młodzieży"; Jan Weber - "najwybitniejszy krytyk muzyczny w Polsce. Poziom na skalę europejską [...] ma stałe trudności z niezałatwionymi formalnościami - jak typowy artysta. To się okazuje, że nie ma zameldowania, to znów, że z wojskiem nie dopełnił jakichś formalności..."; redaktor naczelny, Zygmunt Mycielski - "najwybitniejsze pióro w Polsce".

Ani wtedy, ani później pracownicy i współpracownicy "Ruchu Muzycznego" nie garnęli się do roli tajnych agentów, a kiedy już udało się któregoś z nich nakłonić na spotkanie, to wyraźnie unikali rozmów o kolegach. Najdalej posunął się w oporze Tadeusz A. Zieliński, który nękany przez pracowników MSW parokrotnymi wizytami, "oświadczył, że nie będzie nam udzielał żadnych informacji o swoich znajomych, gdyż jest to sprzeczne z jego filozofią życiową, a więc cała nasza rozmowa jest bezprzedmiotowa", a kierowany dobrą intuicją lub pożyteczną wiedzą na temat działania służb podał też, że "w miejscu pracy powiedział, że będzie miał wizytę przedstawiciela MSW"3. Nic więc dziwnego, że przy takim nastawieniu środowiska, po wielu latach, gdy to Mycielski stanowił już główny przedmiot zainteresowania służb, w raporcie z 4 stycznia 1980 major Witold Górski skrytykował swoich podwładnych za "pasywny" sposób prowadzenia jego sprawy i, oceniając mizerne efekty inwigilacji, podsumował: "gdyby nie dok.[umenty] "W" [tj. kontrola korespondencji], to nie wiedzielibyśmy absolutnie nic o figurancie".

Nawet z "niczego" próbowano jednak wysnuwać wnioski. Plutonowa Henryka Dębska, której w 1967 roku powierzono sprawę Mycielskiego, korzystając z informacji zgromadzonych wcześniej o Jerzym Waldorffie, jako jeden z powodów wszczęcia tej sprawy podała, że "w mieszkaniu J. Waldorffa jest swego rodzaju nieoficjalny urząd, gdzie w gronie muzyków reprezentujących te same poglądy jak Bursztynowicz, Kisielewski, Krzeczkowski, Lutosławski, Kański, Ochlewski i inni rozpatrywane są wszystkie problemy dotyczące działalności placówek muzycznych w kraju - od ustalenia aktualnego programu do omawiania i kształtowania sytuacji kadrowej. Mycielski jako uznany autorytet muzyczny w sprawach tych odgrywa niepoślednią rolę".

Na początku lat 1980. podejrzewano Mycielskiego o udział w kolejnym spisku. Takich bowiem intencji domyślano się w zebraniach redakcji "Res Facta".

Zaczęło się w Teatrze Wielkim
19 stycznia 1965 Mycielski zanotował: "Od 12 do 16.30 byłem na Radzie przy Teatrze Wielkim. [...] Powiedziałem na wstępie, że się dowiedziałem z gazety o tej nominacji, że się na operze nie znam, że nie wiem, zwłaszcza po przeczytaniu regulaminu, co my mamy robić, jaką radą służyć, co załatwić, uchwalić, w czym pomóc. Że obawiam się, iż wszystkie decyzje będą szły, podobnie jak to miało miejsce z Radą Kultury, poza tą Radą Programową i że ma to być tylko jakiś parawan dla tych posunięć"4. Dalej przyznawał się, że jest w Radzie z pobudek finansowych, nie chciałby też zaogniać sytuacji, lecz po roku dojrzało w nim przekonanie, że czas przestać firmować fikcję i zgłosił swoją rezygnację. Nie mogąc zaś publicznie przedstawić powodów swojej decyzji, list w tej sprawie rozesłał do grona najbliższych znajomych.

"Wiesz, że zrezygnowałem z Rady Programowej przy Teatrze Wielkim - czytamy w liście wysłanym 26 marca 1966 do Witolda Lutosławskiego, a zachowanego tym razem nie w Fundacji Paula Sachera w Bazylei, lecz w archiwum IPN. - Pisałem Wam kopie (10 kopii), nie mam zamiaru też wchodzić do Rady Kultury, gdyby ją reaktywowali. Gdyby mi proponowali, odmówię. Gdyby mi też proponowali jakikolwiek udział w jakimś millenium - państwowej uroczystości, to też odmówię. To jest millenium Chrztu Polski. Skoro zbojkotowali i nie dopuścili do dużego międzynarodowego millenium w Częstochowie z ewent. papieżem - to nie będę się wygłupiał z Kliszką i Jarosławem [Iwaszkiewiczem] w Pałacu Kultury czy w Operze. Cieszyłbym się gdyby paru moich najcenniejszych w sztuce znajomych zajęło takie stanowisko".

Nie chcąc być figurantem w państwowych radach - Mycielski wkrótce stał się więc "figurantem" SB, bo tak nazywano osoby objęte obserwacją i rozpracowaniem. Zainteresowanie jego osobą tłumaczy fragment doniesienia sporządzonego 30 grudnia 1966 na podstawie informacji "WS" związanego ze środowiskiem operowym i prasy kulturalnej: "jeżeli Mycielski podejmowałby jakąś negatywną działalność, byłby o wiele groźniejszym przeciwnikiem niż Waldorff, który w środowisku znany jest jako 'pyskacz' w przeciwieństwie do Mycielskiego szanowanego za wiedzę, dyskrecję"5. 5 stycznia 1967 postawiono więc wniosek o wszczęcie sprawy operacyjnej kryptonim "Wierny" i tym sposobem Zygmunt Mycielski stał się obiektem regularnego zainteresowania SB. Po tym pierwszym akcie ostentacyjnej niesubordynacji w kuluarach Teatru Wielkiego rychło nastąpiły bowiem kolejne.

Mycielski był nietypowym reprezentantem środowiska, które tak charakteryzowano w raporcie z 12 kwietnia 1968: "W środowisku, w którym przebywa [t.w.] "JJ", tj. Ruch Muzyczny i zarząd Okręgu Warszawskiego SPAM tematy aktualnej sytuacji politycznej nie są treścią dyskusji. Istnieje atmosfera wyczekiwania i raczej wymownego milczenia. Jest to wg JJ od dawna praktykowana zasada w tych środowiskach, że jeżeli coś się dzieje na zewnątrz to należy się temu biernie przyglądać i zająć postawę dopiero jak się sytuacja wyjaśni do końca. Środowiska te nie są na tyle pozytywne aby obecnie zadeklarować się po stronie Partii, a tak tchórzliwe, że nie wystąpią oficjalnie z żadną opozycją".

Konsekwencją tego stanu było umiarkowane zainteresowanie MSW muzykami. Od czasu do czasu w aktach pojawiały się wzmianki, iż wśród kompozytorów nie ma agentury. Sporadyczne próby inwigilowania środowiska muzykologicznego zazwyczaj nie przynosiły efektów; pewna osoba, którą próbowano zwerbować po zatrzymaniu spowodowanym "antysocjalistycznym" wystąpieniem, tak długo zamęczała prowadzącego oficera sekretami muzyki wczesnego baroku, aż skapitulował i dał spokój. Z wyjątkiem doraźnych sytuacji, MSW nie podejmowało zresztą specjalnych kroków mających na celu zdobycie szczegółowego rozeznania w tym środowisku i jeszcze w październiku 1973, kiedy ppł Zygmunt Frydrych usłyszał od t.w. "Jasia", że chętniej informowałby go na temat muzyków i kompozytorów, z którymi pracuje niż na temat środowiska PAX-u, z którym ów były salezjanin utrzymywał kontakty, pomysł ten nie wzbudził jego entuzjazmu6.

Glosy i dygresje do 'teczek' i Dzienników Zygmunta Mycielskiego (2)
Glosy i dygresje do 'teczek' i Dzienników Zygmunta Mycielskiego (3)
Glosy i dygresje do 'teczek' i Dzienników Zygmunta Mycielskiego (4)


Przypisy:

1. IPN BU 0256/346, k. 19-20.
2. IPN BU 0208/2074 t. 1.
3. IPN BU 01224/41/D. Brak dyskrecji był chyba najskuteczniejszą obroną przeciwko werbunkowi, o czym przekonała się niegdyś Angela Merkel. W polskim środowisku muzycznym przytomnie i skutecznie posłużył się nią Tadeusz Kaczyński, który, otrzymawszy propozycję współpracy, decyzję swą uzależnił od opinii spowiednika. Podobnie zareagował Romuald Twardowski, który poinformował próbującego zwerbować go oficera, że o złożonej mu propozycji powiadomił żonę, przed którą - podkreślił - nie ma tajemnic. W efekcie zrezygnowano z niego, uznając, że jest "dziwakiem, na którym nie można polegać" (sic!); IPN BU 001043/556/J.
4. Dziennik 1960-1969, s. 324-325.
5. IPN BU 0224/224. W tym czasie Jerzy Waldorff, na którego w 1964 roku założono sprawę "Puzon", miał już w MSW spore dossier, a w uzasadnieniu tej sprawy czytamy: "charakterystyka sprawy: destrukcyjna, negatywna działalność w środowisku muzycznym". Nie takie były jednak priorytety MSW, toteż kiedy 20 V 1966 Dębska składała ponowny wniosek o obserwację Waldorffa, podpierając go obszerną charakterystyką jego osoby i swoich dotychczasowych ustaleń na temat roli, jaką odgrywa w środowisku, opinia zwierzchnika była krytyczna. "Wniosek nie jest rzeczowy - zawiera zbyt wiele nieistotnych fragmentów. Nie wolno 'gubić' zasadniczych problemów, które są przedmiotem zaint. S.B.".
6. IPN BU 001043/2044/J, K. 159.