Wolność na Północy, to znaczy na Południu

Tomasz Bocheński
#

W domu zbudować własnymi rękoma piec, po wodę chodzić do jeziora, zimą wyrąbać przerębel, chorobę zwalczyć głodówką, wokół mieć nieskończoną przestrzeń do włóczęgi, z szamanami i z koczownikami zaznawać Północy, studiować jak mnich stare książki – o takim życiu opowiadał Mariusz Wilk w dziennikach włóczęgi. Jakże zmienił się w ostatniej książce, w Lotem gęsi. Pojechał do Francji na zjazd pisarzy podróżników, tropem innego pisarza udał się do Kanady, dom wyremontowali mu ruscy fachowcy i – najgorsze – wyniósł się z Północy. Przestał być też pewien swojej drogi, swojej „tropy”, choć ciągle nas zapewnia, że nic się nie zmieniło.
Lotem gęsi broni się Wilk przed licznymi chorobami ducha współczesnego: nadmiarem informacji, marnowaniem czasu, głupotą, hałasem, turyzmem, nudą itd. Od czasu Baudelaire’a, który gazety zalecał czytać w rękawiczkach, niejeden pisarz zachęcał czytelników do uważnego życia, do prowadzenia własnego, niepowierzchownego dziennika. Tak chce pisać Wilk, papce informacyjnej przeciwstawiać sens, dziennikom współczesnym, papierowym i elektronicznym, własny dziennik istotny. Na każdej stronie nowej książki udowadnia, czym warto i jak warto żyć. Moralizuje, rezonuje, umacnia się w przekonaniach, dyscyplinuje. „Sęk bowiem w tym, że albo przeżywasz każdą chwilę jako czas święty, to znaczy otwarty na wieczność, albo zabijasz czas codziennie, by chociaż chwilę pobalować”. Nie dowierzam mu, kiedy tak peroruje, bo w jego „albo – albo” kryje się zwątpienie.

Wilk czuje się w dzisiejszej Polsce jak w klatce. Każde miejsce zapełnione gadżetami, reklamami, słowami, ciasnota i hałas, niebo jak ołowiana kołdra, przyduszeni ludzie. To nie jego Polska, „obłąkana”, obca duchowi Giedroycia, Gombrowicza i Miłosza, jego przewodników. Samotność, przestrzeń i cisza zostały unicestwione przez „kulturę”. Taką „kulturę” pisze Wilk w cudzysłowie. On, przybysz z ziemi bez kresu, wolny włóczęga, dziwi się, że tak zmalała mu ziemia ojców i że tak niewielu tę ciasnotę odczuwa. „Rozejrzyj się dookoła siebie – wykrzykuje – żadnej otwartej głowy! Wszystkie zabite esemesami, muzyczką z nauszników i medialnym szlamem”. Nie tylko Polskę pokrył „medialny szlam”, ale większą część świata. Gdzie jest jeszcze cicho i czysto, tam szlam przynoszą neurotyczni turyści – nowocześni bezdomni. Mogą dotrzeć w każde miejsce, zaliczyć, sfotografować, opisać, udeptać. Gdzie może się schronić samotny włóczęga, który ponad wszystko ceni „przestwór” i „pustkę”, gdzie może wydeptywać swoją ścieżkę, znaczyć swoją „tropę”? Zdawało się Wilkowi, że takie miejsca znajdują się na dalekiej Północy, na Sołowkach czy Labradorze, albo nad brzegiem Oniego, gdzie mieszkał, ale i tam dociera nowoczesna bezduszność, ale i stamtąd trzeba będzie uciekać. W poprzednich książkach Mariusz Wilk opisywał wędrówkę do, w Lotem gęsi opisał ucieczkę przed; nie trzeba dodawać, że daremną.

Wystarczyło, że pojechał na Labrador śladami Kennetha White’a, innego pisarza włóczęgi, i od razu zrozumiał, że zaczyna się nowa kolonizacja Północy. Mógł Wilk dotrzeć do tych samych miejsc co White, zobaczyć Indian, przyjrzeć się wodospadom, ruszyć statkiem na spotkanie wielorybów, ale nie doświadczył jednak świata pierwotnego, przedchrześcijańskiego, nie zobaczył szamańskich obrzędów. A zresztą nawet gdyby mógł zobaczyć, obejrzałby tylko przygotowany dla turystów folklorystyczny spektakl, gdyż wszędzie już dotarli turyści, niektórzy wyposażeni w notatniki, jak nasz autor. Skoro na Labradorze nie ma już tamtego duchowego świata, to znaczy – wnioskuje Wilk – że za chwilę zniknie duch północnej Rosji. Przyjadą też do niego, nad Oniego, turyści zachęceni reklamami świata dzikiego i dziewiczego i zadepczą jego „tropę”, a co gorsza, zniszczą Północ, zdeprawują mieszkańców, gościnność zamienią w gospodarski spryt. „Turyści psiakrew – klnie Wilk. – Jeśliby ode mnie zależało, tobym w ogóle zabronił (pod groźbą szubienicy) masowej turystyki na Dalekiej Północy”. Bezsilną wściekłością przypomina wielu myślicieli od Tołstoja przez Witkacego do Dàvili, którzy wyrzekali na chaos docierający do ich pracowni. Dàvila, którego Wilk podczytuje, napisał przecież, że w idealnym kodeksie karnym wulgarność karano by śmiercią. Te wyrzekania, te przekleństwa, te wyimaginowane zemsty każą przywołać figurę pustelnika kuszonego przez grzeszny świat. Musi pustelnik złorzeczyć, by odpędzić pokusy, musi też nieustannie utwierdzać się w wyborze duchowej drogi.

Napiszmy teraz „prawdy” wypowiadane przez Wilka w cudzysłowie i sprawdźmy, co znaczą „mądrości” z jego książek. Wilk sławi przedchrześcijańską, pierwotną więź z naturą, szamańskie przeniknięcie porządku świata. Nad Jeziorem Cartera zapisuje: „Umysły tubylców były klarowne, póki biali ludzie nie przywlekli tu wody ognistej”. Tę piękną myśl (jak z Karola Maya) rozwinąć można jednak przewrotnie, w duchu białego kolonizatora: jednak whisky to lepszy lek niż czysta świadomość, albo inaczej: od jasności lepsze jest jednak otępienie. Wilk powtarza przecież Russowską myśl o degradacji świata i o czystym pierwotnym umyśle. Dodaje jeszcze przekonanie o języku, który tylko pierwotnymi formami zaświadcza o duchowym związku człowieka z naturą. Podobnie jak Kenneth White czuje się Wilk archeologiem doświadczenia, który musi zedrzeć warstwy chrześcijańskiej kultury, by doświadczyć rzeczy: widnokręgu, chłodu, bliskości świata zwierząt, właściwie wszystkiego, co podstawowe. Powtarza więc za White’em, że chrześcijaństwo skolonizowało świat, zrytualizowało sacrum, oddzieliło człowieka od natury, a językowi nadało charakter mechanicznego powtórzenia. Wolny włóczęga musi zapomnieć o chrześcijańskiej mowie i znaleźć język pierwszy, gdyż on lepiej nazywa jezioro czy skałę. O kolonizatorach wypowiada się Wilk z sarkazmem; to ludzie, którzy „tkwiąc całe życie w czarnej księdze, brali z niej nazwy i przyczepiali jak popadło – do rzeczywistości”. Czy niechęć do „ewangelicznej toponimiki”, i w ogóle do ludzi „czarnej księgi”, dobrze tłumaczy liczne rusycyzmy w dziennikach podróżnych Wilka? Tłumaczy na pewno zachwyt nad indiańską toponimiką, ale czy tłumaczy fascynację prawosławiem, o którego kolonizacyjnej misji nie mówi Wilk ani słowa? Na rosyjski jeszcze nasz autor nie przechodzi, choć zdanie: „Coraz częściej mam wrażenie, że jestem rosyjskim pisarzem piszącym po polsku”, już wypowiedział. Nic dziwnego, że jedynym szamanem polskim nazywa Czesława Miłosza, bo z nim chciałby dziedziczyć kłopoty z urodzeniem, i pewnie zazdrości Miłoszowi litewskości. Nie pierwszy polski pisarz, który chce się na nowo urodzić, w innej kulturze, gdyż w polskiej nie znajduje właściwego wymiaru dla własnej duchowości. Podciąć chciałby korzenie, ex post zmienić własną biografię, wymyślić od nowa narrację swojego istnienia. Pewnie w tym celu zamieścił w książce obszerny paszkwil na „Solidarność”, autorstwa przyjaciela z czasów opozycji, zawierający frazę: „Szkoda, że właśnie tak skończyłaś, sprzedajna stara zdziro »S«”. Niestety Wilk nie pisze, czy grafomania to już szlam, czy jeszcze nie.

Dobrze czyta się rozważania o ciszy, pustce i przestworze dalekiej Północy, kiedy z głośników leci muzyka, gdy coraz to odzywa się telefon, przypływają mejle i powiadomienia z Facebooka, otwarte strony internetowe zapraszają, telewizor gada w sąsiednim pokoju, a za oknem maszyny budowlane przygotowują teren pod drogę szybkiego ruchu. Dobrze, bo wtedy lepiej dostrzegamy teatr wtajemniczenia odgrywany w Lotem gęsi i innych książkach. Dopóki Wilk był cierpliwym podróżnikiem do miejsc nieznanych, czytało go się z przyjemnością, gdy z rozdrażnieniem krytykuje, czyta go się podejrzliwie. Dlaczego nie widzi związku między zabijaniem wielorybów a jedzeniem lokalnych przysmaków? Dlaczego znajduje tylko dobre słowa dla Putina i chwali jednocześnie wolność? I jakiż z niego włóczęga wydeptujący własną „tropę”, skoro rusza na Labrador fordem, dokumentację przygotowuje mu jakaś Agnieszka, opisuje swe podróże na podstawie zrobionych fotografii, żywi się nieraz w barach, w ogóle w Kanadzie je przemysłowe byle co, i nawet nad Oniego coraz to rusza po pomoc do cywilizacji. Wiem, łatwo mówić, gdy się nie chodzi co dzień po wodę do jeziora i przez dach nie widać nieba. Czytamy przecież jego książki, bo jest naszym wysłannikiem, który oszczędza nam wysiłków, który dla nas poddaje się próbom i dla nas – niczym dawni pątnicy – sprawdza, czy warto tak daleko zajść, żeby doznać iluminacji. Właśnie, nie wiemy, czy warto, skoro Wilk napisał najgorszą książkę od lat i sam po iluminacje sięga do innych, do Gómeza Dávili, do Kennetha White’a, a nawet do Henry’ego Millera. Nie wystarczy pojechać w pustkę, by samemu odczuć dobrodziejstwa pustki i nie wystarczy zrozumieć chaosu współczesności, by doznawać wewnętrznego spokoju. Poprzez porównania i oceny nieustannie komunikuje się Wilk ze światem zgiełku i szlamu. Posłuchajmy, jak „klasztorny skryba”, „mozolnie kontemplujący w milczeniu” pisze o kąpieli w lodowatej wodzie: „Być może stąd ta energia, z którą na brzeg wyrywałem, a może moce kosmiczne dały mi kopa, bo byłem potem nakręcony jak po amfetaminie”. Kiedy tak Wilk pisze, nie rozmawia z White’em, który dotarł do szamanów na Labradorze, ani z Dávilą, który w samotnym skupieniu odrzucał nasze czasy, ale z didżejem i jego dziećmi, którzy z łatwością wchodzą w trans na dyskotece. Może zresztą wszystkie te wysokie słowa z książek Wilka, jak: „duchowość”, szamanizm”, „pustka”, przestwór”, „samotność”, okleja brud niskiego, materialnego świata, może noszą ślady ekstaz w handlowym centrum i olśnień masowej turystyki. Może Wilk tylko na krok oddalił się od hałaśliwego, szybkiego współczesnego życia i egzorcyzmuje przy pomocy przekleństw i złorzeczeń demony, które zabrał ze sobą w pustkę Północy?

W stylu zawsze znaleźć można potwierdzenie duchowej suwerenności pisarza. W nowej książce Wilka, inaczej niż w książkach poprzednich, ciągle znajdujemy znaki niepokoju i gorące zapewnienie o wewnętrznej wolności. I paradoksalnie, gdy w jego „kontemplacje” pustki wpadają trywialne śmieci, wtedy Wilk staje się nam bliski w innym sensie, niż sam założył, bliski nie jako klasztorny skryba, samotnik czy uciekinier z chaosu, ale jako opętany, który sam siebie egzorcyzmuje. Podobny jest też w marzeniu o opuszczeniu miasta, wycofaniu się z wyścigu, zamianie chaotycznej diety i medytacji z kolorowego miesięcznika na prawdziwe życie w zgodzie z sobą. Z Lotu gęsi widać, że zarówno Wilka, jak i nas – jego czytelników jednak pożre zachodnia cywilizacyjna pustka. A przecież wcześniej nie pożerała jego świetnej prozy podróżnej. Jedyne pocieszenie, że zdarzy się kosmiczna katastrofa, która położy kres cywilizacyjnej pomyłce. I taki nawet obraz znajdziemy u Wilka, podobny do innych apokaliptycznych życzeń pisarzy. Witkacy, Miller, Cioran czy Mrożek, kiedy już zrozumieli, że dążąca do wolności jednostka jest bezsilna wobec masowego duchowego zniewolenia, wyrażali czasem życzenia końca cywilizacji. U Wilka to życzenie ma formę geopoetyki, czyli poezji pisanej w imię dręczonej przez człowieka planety.

– Czy nie tak będzie znowu wyglądała [gigantyczne skały, rozrzucone w górach – uzup. T.B.] nasza planeta, gdy mając dosyć ludzkości, strząśnie ją z siebie wraz z jej tworami, jak reny otrząsają się z owadów na ciele?
– Nie mam nic przeciwko temu, pod warunkiem, że moje oczy będą to widziały.

Tak pisał w Tropami rena, gdy żył przez jakiś czas życiem północnego koczownika. W Domie nad Oniego, gdy spał na piecu w swej drewnianej chacie nad jeziorem, zauważał w sobie rysy przeciwnika demokracji, on, były (?) zwolennik demokratycznych swobód. W Lotem gęsi powtarza już znaną myśl, że ludzie wykorzystują wolność, by się „miło” duchowo zniewolić. Wyczytujemy z książek Wilka, że dzisiejsza cywilizacji zachodnia to jedynie nazwa procesu utraty siebie, zniszczenia duchowego spokoju i wewnętrznej wolności. Gdziekolwiek nie spojrzeć, widać oznaki upadku: „Dawniej umieli budować wspaniałe domy, dziś nawet porządnej szopy nie mogą postawić”, „informacje mnożą się jak króliki” bez sensu, pozbawiony licznych gadżetów „biały człowiek nie potrafi już przeżuwać rzeczywistości” itd.

Jak się leczyć? Najpierw zrzucić z siebie Polaka, katolika, potem nowoczesnego człowieka i cofnąć się przed oświecenie, gdy jeszcze nauka nie oddzieliła się od poezji, później jeszcze zrzucić białego człowieka, w końcu wyrzucić z siebie ludzką formę, a potem? A potem, po tych wszystkich egzorcyzmach, zamieszkać na Krymie! Naprawdę, Mariusz Wilk przeprowadził się na Krym, bo urodziła mu się córka! I na ostatnich stronach książki informuje, że nie chce już być pisarzem, tylko ojcem! Skandal, jak mógł? Osiemnaście lat spędził na Północy, jedną trzecią życia, chwalił pustkę i przestwór, włóczył się za renami, poznał niejednego szamana, a teraz uciekł nad Morze Czarne. To tak, jakby Stasiuk zamieszkał w apartamentowcu na Mokotowie albo w betonowym hotelu w Złotych Piaskach. Wyrzekał Wilk w swych dziennikach podróżnych na turystów, by zawędrować tam, gdzie turystów dowożą czarterami, do Ałupki, kilkanaście kilometrów od Jałty! Napisał tyle stron o dobroczynnym wpływie północnych pustych przestrzeni, tyle wzniosłych apoteoz bezkresu, tyle wersów o potrzebie ucieczki przed historią, by się osiedlić na półwyspie, gdzie historia i współczesność zapełniają każde wolne miejsce. I w ostatnim akapicie swej ostatniej książki Lotem gęsi jeszcze Wilk odważa się przekonywać czytelników, że „północ to stan umysłu”, i że wszystko jedno, gdzie się znajduje, ważne, by „umiał zachować w umie pustkę”. Przekonać może tylko sam siebie. Lotem gęsi to nie dziennik pustego umysłu, który „wpuszcza” w siebie „świat zewnętrzny” – jak chciałby Wilk – ani diariusz medytacji, ale notatki z niepokoju, zapiski włóczęgi ściganego przez cywilizację. „A dzikie łabędzie – oswojono, podcinając im skrzydła” – brzmi ostatnie zdanie książki. Mamy uwierzyć, że nie uda się Wilka oswoić również na Krymie? Poddajmy autorowi pod rozwagę słowa poety, który już Krym poznał: „I ręką tam nie wskazuj – nie masz u rąk pierza”.

Tekst ukazał się w październikowym numerze Teatru (10/2012).