Ukraińska literatura chce nadrobić stracony czas

Z Oksaną Zabużko rozmawia Stanisław Lubieński
#

Nie bała się pani, że siedemsetstronicowe Muzeum porzuconych sekretów może przestraszyć czytelnika?

Na Ukrainie to był olbrzymi problem, tam nikt nie pisze takich wielkich książek. Czytelnicy ukraińscy po prostu nie są do tego przyzwyczajeni. Kiedy powieść wydano w Niemczech, okazało się, ze nie ma żadnego kłopotu, bo Niemcy to jest kultura, która wyrosła na Blaszanym bębenku i wieloczęściowych Mannach. Gdy podczas spotkania autorskiego w Berlinie czytelnicy podchodzili do mnie ze słowami: „czytam pani książkę…”, to ja, jak na Ukrainie, nabierałam powietrza i mówiłam przepraszającym tonem: „jak pan/pani przebrnie przez trzysta stron, to zobaczy, jak te wątki się spotykają, zazębiają, łączą". A Niemcy patrzyli na mnie jak na wariatkę. „Keine problem, wszystko w porządku. Czytam i bardzo mi się podoba". Ciekawa jestem, jak to będzie teraz z Polakami.

W Muzeum porzuconych sekretów akcja toczy się w różnych płaszczyznach czasowych, splatają się gatunki, narracje, perypetie damsko-męskie, polityka i wielkie katastrofy historyczne XX wieku. Mimo to wydaje mi się, że pani książka to przede wszystkim opowieść o miłości i śmierci.

W którymś momencie zorientowałam się, że wielu znajomych z mojego pokolenia już umarło. Niby mamy pokój, ale ludzie umierają. Zabijają się, chorują, giną w wypadkach samochodowych. Statystyka jest przerażająca. To był bezpośredni powód, dla którego chciałam napisać tę książkę. Miłość i śmierć to kategorie uniwersalne, dlatego możemy utożsamiać się z Romeem i Julią czy Antygoną. Ale w każdej epoce ludzie kochają i umierają w inny sposób. Inaczej to wyglądało za naszych dziadów, inaczej wygląda dzisiaj, w czasach moich bohaterów - Daryny i Adriana. Zależało mi na pokazaniu jednostki, która nie podda się wpływowi czasów i będzie bronić prawa do bycia sobą. Muzeum porzuconych sekretów okrzyknięto na Ukrainie powieścią XXI wieku, ale faktycznie opiera się ona na wątkach klasycznych. I rzeczywiście opowiada o miłości i śmierci. Kolejny klasyczny motyw to poszukiwanie, w tym przypadku śledztwo dziennikarskie, które prowadzi Daryna. Bohaterka szuka, ale nie „straconego czasu", lecz pamięci i tożsamości. To było też moje śledztwo, bo kiedy zaczynałam pracę, słabo sobie wyobrażałam, jak kolosalny wysiłek mnie czeka. Moje dochodzenie było właściwie paralelne z poszukiwaniami bohaterki. A wiec powieść układała się w trakcie pisania, jak to zwykle u mnie bywa. Kiedy byłam młoda, wydawało mi się, że tak nie powinno być w „prawdziwej" prozie, miałam z tego powodu kompleksy, dopóki nie przeczytałam jakiegoś wywiadu z Julio Cortazarem. On przyznawał, że kiedy zaczyna pisać, nie wyobraża sobie, jak potoczy się główny wątek. Pisze, by dowiedzieć się, jak naprawdę było. Podobnie ja, zabierając się do pisania Muzeum, mniej więcej, mgliście wiedziałam, co się stało, ale chciałam ustalić, jak do tego doszło. Przez siedem lat pisałam, prowadziłam śledztwo, aż to wszystko przyjęło kształt 700 stron. Jeszcze około 400 stron mam w pokreślonych brudnopisach, które w nieskończoność przepisywałam, przeredagowywałam. Szlak moich bohaterów był więc równocześnie moim szlakiem.

To jest także powieść o pamięci. Przez historie rodzinne Adriana i Daryny spotykają się dwa doświadczenia historyczne Zachodu i Wschodu Ukrainy. Partyzantka UPA i Wielki Głód. Jak te pamięci połączyć, jaki może być ich wspólny mianownik?

Ukraińcy wyszli z kolonialnej, radzieckiej doby wyłącznie z fragmentaryczną wiedzą historyczną. Nie mieliśmy nic oprócz rodzinnych opowieści. Kiedy chodziłam do szkoły, to nie było nawet oddzielnych lekcji z historii Ukrainy. Rok wolności, 1991, zastał nasz kraj zupełnie nieprzygotowany do niepodległości. W pierwszych latach trzeba było przekładać z angielskiego napisany w Kanadzie podręcznik do historii Ukrainy. Przez wiele lat nasza tożsamość lepiła się z prywatnych historii, z tego, co mówiła babcia. Na wschodniej i centralnej Ukrainie pamięć o Wielkim Głodzie była przekazywana szeptem, w rodzinach, ale była przekazywana. Tak samo wyglądało to na zachodzie kraju. To jest ten wspólny mianownik Wschodu i Zachodu. Prywatnie pielęgnowano historie o UPA, bardzo ważne dla formowania współczesnej ukraińskiej tożsamości. Wzięłam wiec dwa kamienie węgielne naszego narodu: Głód, z rodzinnych opowieści Daryny, i partyzantkę, czyli doświadczenia bliskich Adriana. Te dwie historie łączą się poprzez miłość moich bohaterów. Bardzo mnie zaskoczyła reakcja ukraińskich czytelników nieukraińskiego pochodzenia, czyli takich, dla których to nie są opowieści rodzinne. Po lekturze mojej książki ci ludzie zaczynają interesować się swoimi przodkami, sięgają trzy pokolenia wstecz. Na spotkaniach opowiadają mi, że ich dziadek czy pradziadek był czerwonym komandirem, po drugiej strome barykady, ale do poszukiwań skłoniło ich dopiero Muzeum porzuconych sekretów. Wygląda na to, że ta książka wynosi na powierzchnie i otwiera zakorkowane butelki. Ale jest też reakcja odrzucenia, wyparcia: „nie chce wiedzieć”, „po co to rozdrapywać?”, „spróbujmy o tym zapomnieć". To myślenie ma korzenie radzieckie, bolszewickie i jest w istocie bardzo naiwne, dziecinne. „Udawajmy, że tego me ma i nie było" albo „nie patrzmy w tamtą stronę”. Inny sposób to zalać wszystko asfaltem, jak swego czasu Babi Jar (wąwóz, dziś w granicach Kijowa, w którym w latach 30. egzekucji dokonywało NKWD, a w czasie wojny - hitlerowcy). Stalinowskie podejście brzmiało: „nie ma człowieka, me ma problemu", ale to nieprawda. To jest dopiero początek problemu. Osip Mandelsztam pisał w jednym z artykułów, że energia spalonych brulionów nie ginie. W mojej powieści jest wątek niezrealizowanej miłości, która jest sama w sobie takim brulionem. Ile odziedziczyliśmy po poprzednich pokoleniach, milionach ofiar, energii niezrealizowanego życia. Nienarodzonych dzieci, nienapisanych utworów. To jest myśl, która zaczyna do ciebie przemawiać w momencie, w którym orientujesz się, ze żyjesz na wielkim cmentarzu. Lecz ta energia nie ginie, wciąż jest obecna w naszym życiu, wpływa na teraźniejszość. Przenika. Zniszczono mnóstwo bibliotek, cerkwi, ludzi, ale ich idee znalazły jakieś inne, boczne szlaki. Od lat szalenie interesuje mnie zagadnienie przeszłości, która objawia się w teraźniejszości, niezależnie od naszej o niej wiedzy. Ona jest tutaj, w nas, i kształtuje teraźniejszość i przyszłość.

Jest takie utarte telewizyjne sformułowanie: „odkrywać zapomniane karty historii”. Tymczasem w pani książce pada zdanie, że Ukraińcy mają „same zapomniane karty historii”. A więc nie ma niezapomnianych. Dlaczego tak się dzieje?

Praktycznie od zawsze toczyła się u nas wojna z pamięcią. Ten proces trwał wiele stuleci, ale XX wiek można by w tym kontekście nazwać epoką wielkiej ukraińskiej katastrofy. W czasach radzieckich wojna z pamięcią przybrała rozmiary orwellowskie. Wyrwano całe rozdziały historii i pisano je na nowo. Zerwanie ciągłości to dola każdego kolonialnego narodu. Totalna zagłada zaczęła się z dojściem do władzy Stalina. Po jego śmierci pokolenia szestydesiatnyków starało się przerzucić jakąś kładkę przez tę czarną dziurę i nawiązać do intelektualnego dorobku lat 20. Ale nawet ten skromny, minimalistyczny plan spotkał się z represjami. Ukraińska inteligencja 6o.-70. lat była prześladowana, dlatego że starała się przywrócić pamięć o pokoleniu lat 20. Chodziło tylko o stworzenie jakiegoś fundamentu, podłoża, na którym można coś zbudować Ukraina była zresztą unikatowym poligonem…

Cały wyawiad w grudniowym numerze Nowych Książek (12/2012).